Inwestorzy na tyle już się jednak przyzwyczaili do obecnego trendu wzrostowego, iż dzisiejsze wydarzenie przeszło praktycznie bez echa. Dość szybko zresztą doszła do głosu podaż, sprowadzająca notowania do poziomu 1.0560. Można podejrzewać, że przyczyniła się do tego pogłoska o znacznie lepszej grudniowej sprzedaży detalicznej w USA, podawanej oficjalnie o 14:30. Jak się później okazało, pogłoska nie znajdująca pokrycia w faktach. Opublikowane dane wykazały wzrost sprzedaży o 1,2%, na co wpłynął głównie handel samochodami. Dane cząstkowe, dotyczące obrotów w punktach sprzedaży detalicznej, były raczej mizerne, co ostatecznie udaremniło prognozowany wzrost o 1.5-2.0%. Reakcją EUR/USD był ponowny skok do 1.0600, jednak nie stanął za nim żaden poważniejszy popyt; wartość ta pozostała niepokonana.
Równie ciekawie było na rynku krajowym, na którym kurs USD/PLN obsunął się do najniższego poziomu od lipca 1999 roku. Co ciekawe, towarzyszyło temu spore umocnienie złotego także wobec euro, w związku z czym stare odchylenie od parytetu przekroczyło dotychczasowy opór na 8.50%, sięgając nawet 8.65% - spadek USD/PLN nie wynikał wyłącznie ze wzrostów EUR/USD. Na rynku nie było jednak większych obrotów, co nieco utrudnia stawianie prognoz na najbliższe dni. Biorąc jednak pod uwagę, że dzisiaj już ostatecznie przełamaliśmy wsparcie na poziomie 3.8200, naturalne wydaje się oczekiwanie kontynuacji spadków. Dobrym miejscem do zwiększenia aktywności popytu wydają się okolice 3.7800, gdzie rynek uformował długoterminowy dołek w lecie 1999 roku. Niewykluczone, iż jutrzejsze dane o wysokości grudniowej inflacji w Polsce okażą się wystarczającym do tego pretekstem.