Jednocześnie silne sygnały ostrzegawcze przed zwrotem koniunktury na świecie wysyłają rynki walutowy i towarowy. W sytuacji mocno wyśrubowanych wycen naszych spółek nie można się dziwić, że poszczególne ruchy w górę bardziej przypominają chęć podciągnięcia kursów niż rzeczywistą skłonność do kupowania drogich akcji. Indeksy jeżdżą w górę i w dół, ciągnięte jedną, dwiema spółkami. Nie daje to szans na trwały ruch w górę, choć trzeba przyznać, że poniedziałkowa sesja trochę odsunęła zagrożenie szybkim powrotem zniżki na parkiet.
Coraz bardziej niepokojąco wygląda sytuacja na amerykańskim rynku technologicznym. Wczorajsza czarna świeca tylko potęguje negatywne wrażenia. Wygląda na to, że mocniejszy spadek w USA wisi na włosku. Fed wczorajszym komentarzem, mówiącym o zrównaniu się groźby niepożądanego spadku inflacji jest takie samo jak jej wzrostu otworzył sobie drogę do podwyżki stóp. To jednak nie bardzo wzmocniło dolara. Za to osłabiło obligacje, które są już o krok od zmiany długoterminowego trendu. To byłoby zabójcze dla giełd, na których wyceny akcji są wyższe niż na szczycie internetowej hossy.
U nas nie pozostaje nic innego, jak czekać na rozwój wypadków. Kluczowe wsparcie dla WIG20 to 1484 pkt. Jego przełamanie otwierałoby drogę do zniżki w kierunku 1300 pkt. Wcześniej przed przeceną broni 1508 pkt. Szansą dla rynku jest to, że do Świąt nie pozostało już tak dużo czasu. To może skłaniać fundusze do prób utrzymania status quo na rynku. Jeśli jednak na świecie dojdzie do spadkowej serii (co wcale nie jest takie nieprawdopodobne w kontekście słabych notowań z wtorku) będzie to trudne zadanie. Wczoraj indeks zatrzymał się na wysokości średniej kroczącej z 45 sesji. Odrobił połowę zniżki rozpoczętej w połowie października. Jednocześnie dopełnił ruch powrotny do dolnego ramienia wrześniowo-październikowego trójkąta. Wynika z tego, że potencjał wzrostowy jest mocno ograniczony, choć nie jest łatwo ocenić, czy to, że rynek nie ma dużo miejsca na zwyżkę będzie oznaczać, że natychmiast zacznie spadać.