Po wczorajszym wzroście nadzieje części inwestorów były zapewne
rozbudzone. Zresztą trudno się dziwić. Mocny wzrost przy znacznym obrocie
mógł być odebrany jako zapowiedź większego ruchu. Sytuacja była o tyle
pikantna, że wszystko to działo się w bezpośrednim sąsiedztwie lipcowych
szczytów hossy. Można więc było sadzić, że kontynuacja wzrostu zaowocuje
nowymi rekordami wartości indeksu WIG20. Rekordy na kontraktach na ten
indeks już się pojawiły wczoraj, ale to nie instrument pochodny jest tu
najważniejszy, ale ten, na który został on wystawiony.
Okazja do ataku na lipcowy rekord nie wynikała jedynie z faktu bliskości
aktualnych notowań, ale także z dobrych nastrojów za granicą. Opublikowany
wczoraj protokół z ostatniego posiedzenia FOMC, na którym obniżono stopy o
50 pkt. bazowych, został odebrany jako zapowiedź możliwości kolejnej
obniżki w najbliższym czasie. Wprawdzie trwa dyskusja, czy po wymowie
raportu o stanie rynku pracy w USA kolejna obniżka jest jeszcze potrzebna,
to wygląda na to, że rynek powoli przyjmuje, że do kolejnego cięcia jednak
dojdzie. Takie oczekiwania podniosły ceny akcji i sprawiły, że kilka
indeksów osiągnęło rekordowe wartości.
Te rekordy w USA oraz w miarę dobra sytuacja w Azji były podstawą do
oczekiwania wzrostowego początku sesji na warszawskim parkiecie. Tak też
się stało, choć skala zwyżki nie była na tyle duża, by wyznaczyć już na
początku nowe rekordy. Dalsza część sesji pokazała, że z rekordami musimy
poczekać. Wprawdzie na terminowym ponownie zanotowano historyczną ceną
najpłynniejsze serii kontraltów, ale to indeks jest tu ważniejszy. Ten
jednak rosnąć nie chciał. Pierwsze minuty stały pod znakiem przewagi
podaży. Nie była ona na tyle silna, by na dłużej sprowadzić ceny pod
poziom poprzedniego zamknięcia. Do południa udało się popytowi
przywrócić poziom notowań z początku sesji. W okolicy maksimów dnia kursy
wahały się przez ponad trzy godziny. Im bardziej się ta konsolidacja
przedłużała, by mniejsze były szanse na skuteczny wzrost cen. Po kilku
nieudanych próbach podniesienia rynku nastąpiło wybicie w dół.
Spadek cen w ostatniej godzinie notowań może niepokoić, ale jest to obawa
przedwczesna. Skala przeceny nie jest bowiem duża, i w skali kilku dni
popyt ma nadal przewagę. Ceny nie oddaliły się znacznie od swoich
ostatnich lokalnych szczytów. Nadal istnieje więc szansa na skuteczny atak
i wyznaczenie nowych rekordów hossy.