Zarzewiem konfliktu stało się wykrycie finansowych niedoborów w kasie szczecińskiego salonu Reserved. Pieniądze się w końcu znalazły, winni zostali zwolnieni, sprawę zamknięto. Tymczasem dla sprzedawców konflikt się nie skończył. Kilka dni po incydencie, 10 stycznia, dwunastu (obecnie już czternastu) pracowników utworzyło Tymczasową Komisję Zakładową NSZZ Solidarność przy LPP. Spotkanie z kierownikiem regionalnym w sprawie niedoboru w kasie, które odbyło się dwa dni później, posłużyło do omówienia możliwości przedłużenia umów o pracę. - Kierownik proponował pracownikom salonu podczas rozmów w cztery oczy podpisanie umów na czas nieokreślony, w zamian za wystąpienie ze związku - twierdzi Mieczysław Jurek, przewodniczący Zarządu Regionu NSZZ Solidarność Pomorza Zachodniego. - To jawny szantaż.
- Kierownik regionalny nie tylko tego nie zrobił, ale nawet nie miał uprawnień, by występować w tej sprawie - mówi Dariusz Pachla, dyrektor finansowy LPP. - Kompetencje i prawo decydowania w kwestiach zatrudnienia ma jedynie zarząd spółki. Poza tym nie mamy nic przeciwko istnieniu związków zawodowych w naszej firmie.
Ośmiu pracowników salonu chce wnieść oskarżenie przeciw LPP do prokuratury. To odpowiedź na brak dialogu między spółką a pracownikami ze Szczecina.
- Nie róbmy szumu, usłyszeli sprzedawcy od prezesa LPP, Marka Piechockiego - twierdzi Mieczysław Jurek. - Niby w trosce o wizerunek firmy. Ale im też zależy na dobrym wizerunku. Nie wiem tylko, czy ci w zarządzie wiedzą, jak traktowani są podwładni.
Złe traktowanie to, zdaniem protestujących, brak szacunku, wymówienia z dnia na dzień, zawieranie umów terminowych.