W drugiej połowie lat 80. na fali gorbaczowowskiej głasnosti (czyli polityki jawności) w ZSRR zaczęto, początkowo bardzo nieśmiało, mówić o problemach, których oficjalnie wcześniej w tym kraju w ogóle nie było. Jedną z takich kwestii była wówczas możliwość oddzielenia się od ZSRR niektórych z republik związkowych. Chodziło przede wszystkim o tzw. Pribałtykę, czyli Litwę, Łotwę i Estonię.
Opinia wszystkich Rosjan, z którymi miałem wówczas możliwość rozmawiać na ten temat, była identyczna. Mówili, że secesja każdej z trzech małych republik nadbałtyckich, choć teoretycznie możliwa, bo dopuszcza to konstytucja ZSRR, w praktyce nigdy nie nastąpi. Dlaczego? - Oni sobie po prostu bez nas nie poradzą - twierdzili wszyscy moi ówcześni rozmówcy.
Nic nie dawało tłumaczenie, że na świecie istnieją i świetnie się mają znacznie mniejsze kraje niż Litwa, Łotwa czy Estonia. Przykład maleńkiego Luksemburga, który może się pochwalić najwyższym w Europie wskaźnikiem PKB na głowę, nie robił na moich interlokutorach żadnego wrażenia. Być może dlatego, że sam termin "PKB" (po rosyjsku "WWP" od Włałowyj Wnutriennij Produkt) niewiele im wówczas mówił. Odpowiedź była zawsze taka sama: "nie poradzą sobie bez nas i już". Czasami można było też przy okazji usłyszeć tyradę dotyczącą korzyści, jakie to nie tylko republiki związkowe, ale także kraje "obozu socjalistycznego" mają dzięki ZSRR.
Na marginesie dodam jeszcze, że autorka jednej z takich opowieści wyjaśniła mi nawet przyczyny kryzysu gospodarczego, z jakim na początku lat 80. mieliśmy do czynienia w PRL: - W polskiej telewizji wyświetlano za dużo amerykańskich filmów - klarowała mi młoda komsomołka. - Polakom przewróciło się od tego w głowach, zaczęli strajkować i stąd cały kryzys - mówiła z pełnym przekonaniem.
Cóż, takie były czasy, taka była radziecka propaganda... Naszpikowani nią Rosjanie mówili to, co mogli usłyszeć w telewizji i co mogli przeczytać w "Prawdzie".