Są tacy, którzy twierdzą, że niedawne wybory połówkowe („midterms”) w USA nie miały wyraźnego zwycięzcy. Są też tacy, którzy uważają, że miały one samych przegranych. Demokraci mogą być zadowoleni z tego, że zdołali utrzymać kontrolę nad Senatem – choć losy ostatniego mandatu senackiego poznamy dopiero po 6 grudnia, czyli po dogrywce wyborczej w Georgii. Ta kontrola nie będzie jednak absolutna. W praktyce losy wielu głosowań będą nadal zależały od stanowiska dwojga umiarkowanych demokratycznych senatorów: Joe Manchina i Kyrsten Sinemy. Prezydent Joe Biden może się pocieszać, że w ostatnich wyborach demokraci stracili mniej miejsc w Kongresie niż w czasie wyborów połówkowych za rządów Obamy czy Clintona. Mimo to wygląda na to, że kontrola nad Izbą Reprezentantów przejdzie w ręce republikanów. (W czwartek republikanie uzyskali większość w Izbie wynoszącą 218 mandatów. Ponadto w sześciu okręgach wciąż liczono wówczas głosy). Nancy Pelosi przestanie więc już być przewodniczącą Izby Reprezentantów, a republikanie zyskają kluczowy wpływ na budżet federalny. O ile więc administracja Bidena miała dotychczas spore problemy ze spełnianiem swoich obietnic wyborczych, o tyle teraz będzie jej znacznie trudniej.