MMT: nadzieja ekonomii czy szarlataneria?

Co się stanie, jeśli bank centralny sfinansuje wszystkie wydatki rządu? Gośćmi Grzegorza Siemionczyka w środowym wydaniu „Prosto z parkietu” byli dr Iwo Augustyński z Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu oraz dr Arkadiusz Sieroń z Wydziału Prawa, Administracji i Ekonomii Uniwersytetu Wrocławskiego.

Publikacja: 31.12.2020 07:23

Gośćmi Grzegorza Siemionczyka w środowym wydaniu „Prosto z parkietu” byli dr Iwo Augustyński z Uniwe

Gośćmi Grzegorza Siemionczyka w środowym wydaniu „Prosto z parkietu” byli dr Iwo Augustyński z Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu oraz dr Arkadiusz Sieroń z Wydziału Prawa, Administracji i Ekonomii Uniwersytetu Wrocławskiego.

Foto: parkiet.com

W ekonomii jest dziś niewiele tematów wywołujących tyle emocji co MMT, czyli nowoczesna teoria monetarna. Z jednej strony MMT budzi wielkie nadzieje, bo sugeruje, że wiele spośród naszych problemów gospodarczych jest iluzorycznych, od ich rozwiązania powstrzymują nas arbitralne ograniczenia narzucane na politykę pieniężną i fiskalną. Z drugiej strony ten optymistyczny przekaz MMT sprawia, że jest to teoria kontrowersyjna, a w głównym nurcie ekonomii uchodzi za szarlatanerię.

Dyskusję o MMT komplikują też kwestie definicyjne. Zwolennicy tej teorii twierdzą, że krytycy nie zadają sobie nawet trudu, żeby ją zrozumieć, walczą z chochołem, którego sami tworzą. Krytycy z kolei nie bez racji twierdzą, że sami zwolennicy nie mogą dojść do porozumienia, co należy do rdzenia tej teorii. Od tego zacznijmy debatę. Co jest istotą MMT?

Dr Iwo Augustyński (I.A.): Oficjalna nazwa tej teorii w kręgach akademickich to neochartalism. Nowoczesna Teoria Monetarna to jest swego rodzaju nazwa marketingowa. Z kolei neochartalism wywodzi się z początków XX w. To jest teoria pieniądza ustawowego, która powstała jako alternatywa dla metalizmu. Wskazuje, że twórcą pieniądza jest państwo i to ono reguluje jego wykorzystanie.

Na czym miałaby polegać nowość MMT? Przecież wszyscy wiemy, że żyjemy w świecie pieniądza fiducjarnego, a nie opartego na metalach szlachetnych. I że pieniądz powstaje w wyniku akcji kredytowej.

I.A.: Polskie tłumaczenie MMT jest nieco niefortunne. Należałoby w tym przypadku mówić raczej o teorii „współczesnej", a nie „nowoczesnej". Ta teoria pokazuje, jak współcześnie funkcjonuje pieniądz, skąd się bierze, jaka jest w tym rola banków komercyjnych, banku centralnego i państwa. Pieniądz jest długiem kreowanym przez banki. To oznacza, że popyt kreuje pieniądz. Nie mam przekonania, że to jest dla ekonomistów oczywiste, a tym bardziej, że jest to powszechnie zrozumiałe. Wystarczy spojrzeć, jakie emocje budzi rzekome „drukowanie pieniądza" przez banki centralne. Zaletą MMT jest właśnie to, że pokazuje mechanizmy kreacji pieniądza.

Arkadiusz Sieroń (A.S.): Nawet banki centralne otwarcie przyznają, że pieniądz jest tworzony w wyniku ekspansji kredytowej. Co do tego zgoda. Zgadzam się także z tym, że MMT nie jest, ściśle rzecz biorąc, nowoczesna. To jest zbiór pewnych starych oczywistości, takich jak ta, że państwo może tworzyć pieniądz, albo ta, że państwa nie mogą zbankrutować w tym samym sensie, w jakim bankrutują prywatne firmy. To nie są tezy przełomowe. Moim zdaniem obecna popularność MMT bierze się z tego, że to jest teoria atrakcyjna na trudne czasy, oferująca magiczne rozwiązanie wszelkich trapiących nas problemów. MMT sugeruje, że możemy przestać przejmować się ponurą ekonomią, ograniczeniami wynikającymi z jej praw, inflacją oraz stanem finansów publicznych. Jeśli tylko rząd emituje walutę, to nie podlega żadnym ograniczeniom, może sfinansować wszystko: pełne zatrudnienie i misję na Marsa. To piękna, pociągająca wizja, ale ekonomia raz po raz pokazuje, że jest fałszywa. Istnieją uniwersalne prawa ekonomiczne, których nie przekroczymy, nie narażając się na istotne koszty.

Skoro pieniądz powstaje jako kredyt, to mamy wybór, czy chcemy, aby jego źródłem były prywatne banki czy też bank centralny kredytujący rząd? Czy w MMT chodzi o to, żeby znaleźć lepszą równowagę między tymi źródłami kredytu i pieniądza?

I.A.: To, kto dokładnie odpowiada za jaki procent kreacji pieniądza w gospodarce, nie jest najważniejsze. Kluczowe są cele państwa i polityki fiskalnej. Od tego, jak się te cele określi, zależy poziom i struktura wydatków państwa. Ta decyzja nie jest decyzją ekonomiczną, tylko polityczną. To jest jeden z ważnych aspektów MMT: trzeba sobie zdawać sprawę z tego, gdzie przebiega granica między polityką a ekonomią. Działanie banku centralnego czy ramy prowadzenia polityki fiskalnej nie są podyktowane prawami ekonomii, tylko decyzjami politycznymi. Ekonomia oczywiście rzuca światło na to, jakie mogą być konsekwencje tych decyzji, ale nie narzuca żadnych rozwiązań. MMT mówi, że jeśli np. społeczeństwo zdecyduje, że państwo powinno dążyć do pełnego zatrudnienia przy stabilnych cenach, to ma możliwości, żeby ten cel zrealizować.

Czy MMT to jest opis gospodarczej rzeczywistości czy zbiór rekomendacji, jak tę rzeczywistość kształtować, jeśli przed państwem postawimy inne cele niż obecnie?

A.S.: To nie jest prawdziwy opis rzeczywistości gospodarczej. Współcześnie ponad 90 proc. podaży pieniądza powstaje w systemie bankowym. Już z tego powodu fundamentalna teza MMT – że państwo, które kontroluje emisje swojej waluty, nie może zbankrutować, ponieważ zawsze może wyemitować pieniądze i spłacić wierzycieli – nie jest prawdziwa. Znamy zresztą przypadki krajów, które ogłosiły niewypłacalność, np. Rosja w latach 90. XX w. MMT to jest pewien opis alternatywnego układu instytucjonalnego, a zwolennicy tej teorii nie wyjaśniają, dlaczego obecnie istnieje inny układ, niż oni postulują. A jest tak dlatego, że działania, które proponują zwolennicy MMT, miałyby wysokie koszty, głównie w postaci inflacji. Banki komercyjne nadzorowane przez niezależny od rządu bank centralny to układ instytucjonalny, który pozwala trzymać inflację w ryzach.

Jeśli dobrze rozumiem, zwolennicy MMT twierdzą, że obecny układ instytucjonalny jest zły i należy go zmienić. I to jest właśnie pytanie o cele, jakie stawiamy przed państwem.

I.A.: Dokładnie. Weźmy kwestię niezależności banku centralnego od rządu. W świetle MMT bank centralny i rząd to jeden sektor budżetowy. Instytucjonalnie, prawnie te instytucje są oddzielne, ale ekonomicznie – nie. Bank centralny musi się dostosować do tego, co robi rząd. Państwo nie może zbankrutować, chyba że chce.

Czy polityka pieniężna po 2008 r., czyli upowszechnienie się ilościowego łagodzenia polityki pieniężnej (QE), w ramach którego banki centralne kupują obligacje skarbowe na rynku wtórnym, przybliża nas do modelu instytucjonalnego proponowanego przez MMT? Banki centralne teoretycznie prowadzą QE w celach monetarnych, ale chcąc nie chcąc, ułatwiają prowadzenie ekspansywnej polityki fiskalnej. A mimo to inflacji nie widać. Czy to coś zmienia w rozumieniu roli ich niezależności?

A.S.: Rzeczywiście, granica między polityką fiskalną i pieniężną na skutek ilościowego łagodzenia się zaciera. Ale nie zgodziłbym się z tym, że nie ma presji inflacyjnej. To, że inflacja nie przejawia się w indeksach cen konsumpcyjnych, nie świadczy o tym, że jej nie ma. Skutkiem wzrostu podaży pieniądza są m.in. zwyżki cen aktywów, w tym nieruchomości. Poza tym nawet jeśli działania banków centralnych rzeczywiście w coraz większym stopniu służą zapewnieniu korzystnych warunków finansowych dla rządów, to wciąż są to decyzje leżące w gestii niezależnych banków centralnych.

Ale czy nie jest tak, że polityka pieniężna w obecnym kształcie świadczy o tym, że nawet banki centralne uważają, że ciężar zarządzania cyklem koniunkturalnym powinien w większym stopniu spoczywać na rządach i polityce fiskalnej? Jak powinna wyglądać optymalna polityka fiskalna?

I.A.: Zgadzam się z prezes EBC Christiną Lagarde oraz jej poprzednikiem Mario Draghim, którzy wielokrotnie podkreślali, że w zakresie polityki pieniężnej zrobili wszystko, co można było zrobić, a teraz piłka jest po stronie polityki fiskalnej. Od czasów Keynesa wiemy, że polityka pieniężna może skutecznie ograniczać wzrost gospodarczy przez podwyższanie stóp procentowych, ale nie może go skutecznie pobudzić. Można przyprowadzić konia do wodopoju, ale nie można zmusić go do picia. Głównym problemem w okresach dekoniunktury jest słabość popytu. Jedynym aktorem, który może ten popyt efektywnie zwiększać, jest państwo. Nie tylko przez możliwości wydatkowe, ale też przez mnożniki wydatków. Chodzi o to, że każda złotówka wydana przez rząd jest czyimś dochodem, który też jest wydawany. A jeśli dodatkowo stosuje się automatyczne stabilizatory koniunktury, które są charakterystyczne dla polityki fiskalnej, to cykl koniunkturalny się wygładza. MMT przywraca właściwe proporcje między polityką fiskalną i monetarną.

Przypuszczam, że ekonomiści w większości zgadzają się z tym, że w warunkach kryzysu rząd musi zwiększać wydatki, kompensując spadek popytu sektora prywatnego. Pytanie, jak polityka makroekonomiczna prowadzona zgodnie z rekomendacjami MMT wyglądałaby w czasach prosperity? Czy byłaby w stanie utrzymać inflację w ryzach?

A.S.: Tego mi właśnie brakuje w pracach poświęconych MMT: niewystarczającego wskazywania ryzyka i kosztów związanych z przypisywaniem polityce fiskalnej większej roli. Odejście od polityki fiskalnej ku polityce pieniężnej (w latach 80. XX w. – red.) nastąpiło dlatego, że z polityką fiskalną wiążą się poważne problemy. Politycy są krótkowzroczni, a ich działania są często procykliczne, czyli zmniejszają stabilność makroekonomiczną. Przekazanie pałeczki bankom centralnym opierało się na przekonaniu, że dobrze jest odebrać nieco władzy politykom i przekazać ją niezależnym instytucjom. Badania pokazują, że istnieje odwrotna relacja między niezależnością banków centralnych a inflacją. Nawet Keynes mówił, żeby zwiększać wydatki państwa w czasie złej koniunktury, ale w czasie dobrej koniunktury je ograniczać.

Gospodarka krajowa
Mocne hamowanie w polskim przemyśle. Najnowsze dane GUS
Materiał Promocyjny
Sztuczna inteligencja może być wykorzystywana w każdej branży
Gospodarka krajowa
Najnowsze dane GUS o płacach w Polsce. Grosze do ważnej granicy
Gospodarka krajowa
Deficyt ponad limit. Rząd musi zacząć zaciskać pasa. Czego możemy się spodziewać?
Gospodarka krajowa
Rekomendacje KE dopiero jesienią? Co czeka polskie finanse
Gospodarka krajowa
Polska objęta procedurą nadmiernego deficytu. Ministerstwo Finansów: wysoki deficyt efektem wojny
Gospodarka krajowa
Szybko puchnie deficyt budżetu. To już ponad 53 mld zł