Karą za ten dar jest zatem przykra okoliczność, że ta wybitna jednostka nie zostanie pożegnana słowami tak, jak na to zasługuje. Chyba że tych mniej obdarzonych talentem osób będzie odpowiednio dużo i będą odpowiednio zdeterminowane, aby wspólnym wysiłkiem stworzyć coś ponad ich siły. Podejmijmy zatem to wyzwanie. Poniżej mój skromny wkład w to dzieło zbiorowe.

Kolejne rocznice powstania polskiego rynku kapitałowego wiązać się będą coraz częściej z bolesną konstatacją czysto biologicznego faktu, że pokolenie twórców powoli ze smugi cienia przesuwa się w smugę mroku. Teraz żegnamy Andrzeja Nartowskiego – człowieka, który był kronikarzem otaczającej nas rzeczywistości. Przy czym kronikarzem na tyle obiektywnym, że nazwałbym Go zwierciadłem rynku.

Właśnie „zwierciadłem”, a nie lustrem, bo spoglądał na nas na swą staromodną modłę, co wyrażało się nie tylko w języku, ale przede wszystkim w poziomie wrażliwości na niewłaściwe zachowania. Wiele zdarzeń, które dla wielu uczestników rynku dziś są smutną oczywistością, było dla Niego niezgodne z elementarną uczciwością. Nie potrzebował do swej analizy coraz liczniejszych regulacji i paragrafów – był w stanie ocenić zachowania uczestników rynku na podstawie zasad ogólnych, wywodził je po prostu z przyzwoitości, ze „zwykłej uczciwości kupieckiej”, że tak się wpiszę w klimat epoki.

Nie uciekał od trudnych tematów, można nawet odnieść wrażenie, że za nimi podążał, ale robił to z wdziękiem, który – nie łagodząc osądu – łagodził przekaz. Choć wyrażał się jednoznacznie i bezkompromisowo, to przecież z wielkim szacunkiem do drugiego człowieka. Choć bardzo jasno wyrażał swoje poglądy, to nie narzucał ich innym. Choć nazywał rzeczy po imieniu, a często nawet po nazwisku, to nikogo nie obrażał. Dawał przykład, że kultura posługiwania się słowem to też kultura debaty, odpowiedzialności za swoje wypowiedzi, nie tylko w odniesieniu do treści, ale także formy.

W epoce postprawdy, fake newsów, faktoidów był żywym przykładem, że można pisać prawdę, opierać się na sprawdzonych źródłach, znać się na opisywanym temacie. Teraz stał się przykładem pozornie martwym, ale tylko w czysto biologicznym znaczeniu tego słowa. Wciąż będzie istniał i inspirował, tak jak „martwe języki” wciąż istnieją i wciąż są źródłem inspiracji dla żywych. Wszak nie wszystek umarł, bo zostanie w naszej wdzięcznej pamięci. Bo zostawił nam mnóstwo pouczających tekstów. Choć większość z nich odnosiła się do bieżących wydarzeń, można z nich wyczytać mądrości uniwersalne, a przede wszystkim można nauczyć się wyrafinowanego sposobu wyrażania myśli.

Na jednym biegunie sieci mamy prymitywny język, manipulacje, hejt, jednak dotychczas na drugim biegunie równoważył to Andrzej Nartowski swoimi celnymi, prawdziwymi i wyważonymi wypowiedziami. Czy ta krucha równowaga teraz runie? Chciałbym wierzyć, że nic się nie zmieni. Dla mnie Andrzej Nartowski nie tyle odszedł, ile przeszedł do wersji cyfrowej, bo jeszcze długo będę mógł czytać Jego twórczość w sieci. Jego trzydziestoletnia działalność publicystyczna musiała odcisnąć piętno na każdym z nas. Chyba wszyscy uczestnicy rynku „mówią Nartowskim”. Część z nas zdaje sobie z tego sprawę – to osoby, które miały przyjemność bezpośredniego obcowania z Nim lub Jego tekstami. Natomiast bardzo wielu uczestników rynku „mówi Nartowskim” bezwiednie – zapożyczając wiele sformułowań od swoich kolegów i koleżanek. I to przeniknięcie do prozy jest dla mnie olbrzymim osiągnięciem – nie jakieś wyszukane aforyzmy do wyrycia w kamieniu, tylko słowa, którymi posługujemy się na co dzień, dzięki osobie „o podwójnie narciarskim nazwisku”, jak sam siebie określał.

Mirosław Kachniewski prezes, SE