Tym razem niepewność, która była widoczna przed posiedzeniami banków centralnych USA i Japonii, okazała się zupełnie nieuzasadniona.
Fed i BoJ nie zawiodły
Co prawda Bank Japonii nie obniżył stóp procentowych ani nie zwiększył programu ilościowego luzowania, ale znacznie uelastycznił akcję skupowania obligacji w taki sposób, by rentowność obligacji dziesięcioletnich utrzymać w okolicy zera. Dodatkowo zwiększanie bazy monetarnej, czyli drukowanie pieniędzy, może być prowadzone aż do skutku, czyli do momentu, gdy inflacja przekroczy 2 proc. i ustabilizuje się powyżej tego poziomu. Choć więc formalnie niewiele się zmienia, to faktycznie BoJ będzie mieć większą swobodę zarówno co do skali, jak i sposobów luzowania polityki pieniężnej, a cel inflacyjny został ustawiony na wyższym niż dotąd poziomie. Utrzymany został skup akcyjnych ETF i obligacji korporacyjnych. Jen na razie za bardzo się nie osłabił, ale Nikkei poszedł w górę o prawie 2 proc., notując największą zwyżkę od ponad dwóch miesięcy.
Zgodnie z oczekiwaniami większości obserwatorów i uczestników rynku, Fed nie podniósł stóp procentowych, ale wciąż straszy, że może to zrobić do końca roku. Na razie nikt się tym nie przejmuje, ale szanse na taki ruch wyraźnie rosną. Świadczy o tym fakt, że z jednego do trzech członków komitetu otwartego rynku zwiększyła się liczba głosujących przeciw decyzji o pozostawieniu stóp na niezmienionym poziomie, a więc rośnie grono zwolenników zaostrzenia polityki pieniężnej. Rośnie też przekonanie, że do podwyżki może dojść jeż wkrótce. Prawdopodobieństwo, że nastąpi to na grudniowym posiedzeniu szacowane jest na około 60 proc. Jak zwykle wszystko zależeć będzie od napływających danych. Istotne jest też to, że Fed znacznie złagodził przewidywaną ścieżkę zaostrzania swej polityki. Liczba ewentualnych podwyżek stóp w przyszłym roku zmniejszyła się z trzech, prognozowanych poprzednio, do dwóch. W dół idzie też prognozowany poziom stóp procentowych, implikowany oczekiwaniami przedstawicieli Fedu w tej kwestii. Większość z nich szacuje, że w 2017 r. główna stopa sięgnie 1,125 proc., zaś w dłuższym terminie wyniesie 3 proc.
Zgodnie z kanonem, amerykańska waluta osłabła, ale ruch ten nie był znaczący. W czwartek kurs euro ledwie przekraczał 1,12 dolara. Nieco mocniej w dół poszła rentowność amerykańskich obligacji dziesięcioletnich, zniżkując z 1,7 do 1,63 proc.
Na giełdach wzrost, ale bez euforii
Rynki akcji z ulgą przyjęły decyzje Banku Japonii i Rezerwy Federalnej, ale na razie trudno mówić o przesadnym optymizmie. W środę i czwartek S&P500 zyskał łącznie 1,7 proc., niwelując skutki niedawnej spadkowej korekty. Pytanie, czy bykom starczy siły na dużo więcej, czyli przebicie się powyżej wcześniejszej kilkutygodniowej stabilizacji w okolicach rekordowo wysokiego poziomu, pozostaje otwarte. Dow Jones poszedł w ciągu dwóch dni górę o 1,4 proc., ale w czwartek widać było już po nim zadyszkę, a nieudana próba pokonania 18 400 punktów nie pozostawiła najlepszego wrażenia. Spadkowa tendencja, rozpoczęta w połowie sierpnia wciąż pozostaje aktualna.
Decyzje BoJ i Fedu wyraźnie zdynamizowały odrabianie strat na głównych giełdach naszego kontynentu. Przekraczające 2 proc. czwartkowe zwyżki w Paryżu i Frankfurcie także pozwoliły na otrąbienie końca korekty. Ciąg dalszy może zależeć już od nowych impulsów, bądź od przypomnienia sobie o znanych już kłopotach, choćby dotyczących europejskich, w tym także niemieckich banków.
Największym beneficjentem posunięć władz monetarnych wydają się giełdy krajów wschodzących. W środę ETF na MSCI Emerging Markets zyskał 2,8 proc. Czwartkowa poprawka o kolejne 0,7 proc. nie przebiegała już jednak bezproblemowo. Wskaźnikowi tylko na chwilę udało się pokonać lokalny szczyt z 6 września, a kontra niedźwiedzi została szczęśliwie powstrzymana tuż nad okrągłym poziomem 38 punktów. Jeśli jednak spojrzeć na poszczególne parkiety, to się okaże, że jedynie nielicznym były dane zwyżki przekraczające 2 proc. Zwraca uwagę brak w tym gronie indeksów azjatyckich. Najmocniej zyskały wskaźniki w Turcji, Rosji i Meksyku.
Słabe perspektywy gospodarki
Po niedawnym cięciu prognoz dla światowej gospodarki, dokonanym przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy, korektę swoich szacunków, jeszcze bardziej pesymistyczną, przedstawiła OECD. Według nich w tym roku globalny wzrost będzie niższy o 0,1 punktu w porównaniu z wcześniejszymi wyliczeniami i wyniesie 2,9 proc. w tym roku oraz 3,2 proc. w 2017 r. (MFW prognozuje, że sięgnie on odpowiednio 3,1 i 3,4 proc.). Analitycy straszą, że światowa gospodarka znalazła się w pułapce niskiego wzrostu, a polityka pieniężna nie dość, że przestała być skuteczna, to staje się źródłem zawirowań na rynkach finansowych i rosnącego ryzyka. Wyjątkowo pesymistycznie analitycy OECD oceniają gospodarkę amerykańską, szacując, że w tym roku wzrośnie ona o zaledwie 1,4 proc., a w 2017 r. o 2,1 proc. Co do kierunku, zmiany te są zgodne z szacunkami Fedu, który obniżył z 2 do 1,8 proc. prognozę wzrostu PKB na 2016 r., a w kolejnych dwóch latach spodziewa się zwyżki o 2 proc. Po przejściowej poprawie dynamiki w tym roku do 1,8 proc., niemiecka gospodarka w 2017 r. ma urosnąć o zaledwie 1,5 proc., tylko o 0,1 punktu, wyprzedzając średnią dla całej strefy euro. Jedynym jaśniejszym punktem najnowszej prognozy OECD jest utrzymanie dynamiki wzrostu dla Chin na poziomie 6,5 proc. w tym roku i 6,2 proc. w 2017 r. Zwraca uwagę zbieżność szacunków MFW i OECD co do przyszłorocznego tempa wzrostu w Chinach i znacznie większy pesymizm pierwszej z tych instytucji w kwestii perspektyw dla Niemiec, którym wróżyła ona w lipcowym raporcie wzrost o zaledwie 1,2 proc.
Dolarowy rajd surowców
Biorąc pod uwagę sytuację fundamentalną, na którą składają się zarówno przedstawione powyżej prognozy dla globalnej gospodarki, jak i perspektywy podaży i popytu w przypadku poszczególnych segmentów surowcowego rynku, rajd na giełdach towarowych należy kojarzyć przede wszystkim z osłabieniem dolara, będącym konsekwencją decyzji Fedu. Niemniej jednak CRB Indeks zyskuje od połowy września i w tym czasie wzrósł o 3,6 proc. Czwartkowa sesja rodzi pewne wątpliwości co do trwałości tego impulsu. Wskaźnik zyskał co prawda 0,8 proc., ale niedźwiedzie już dawały znać o swoim istnieniu, redukując nieco skalę zwyżki wypracowanej w ciągu dnia.
W ciągu ostatnich czterech dni notowania ropy naftowej WTI poszły w górę o ponad 6,5 proc., minimalnie przekraczając w czwartek poziom 46 dolarów za baryłkę. Z nadziejami, wiązanymi ze zbliżającym się spotkaniem OPEC z udziałem Rosji, kontrastują najnowsze informacje o szykujących się do zwiększenia eksportu Libii i Nigerii oraz rekordowo wysokim wydobyciu surowca w Rosji. Takie „pozycjonowanie się" przed negocjacjami o zamrożeniu produkcji nie świadczy najlepiej o intencjach głównych graczy. Trwająca od początku września zwyżka notowań miedzi także nie wygląda na perspektywiczną, w świetle informacji o sierpniowym wzroście produkcji w Chinach, zmniejszającym popyt na surowiec z importu.
WIG20 na elektrowstrząsach
Choć bilans pierwszych czterech sesji minionego tygodnia był dla indeksu naszych największych spółek korzystny, to czwartkowe wydarzenia mogą prawdopodobnie na dłużej podkopać i tak już wątłe morale byków. Deklaracje ministra energii nie pozostawiają inwestorom złudzeń. Tezę ministra, który dowodzi, że wartość nominalna akcji „niezwykle mocno wpływa na wartość giełdową akcji danych spółek" (cyt. za PAP) trudno komentować, a z opinią o kupujących akcje przed uchwaleniem dywidendy i sprzedających je tuż po, że „tego typu akcjonariusze rządu PiS nie interesują" trudno dyskutować. Mówienie, że trzeba stawiać na akcjonariuszy liczących na długookresowe zyski ze wzrostu wartości firm, akurat w przypadku spółek branży energetycznej jest zaś grubym nietaktem wobec ponad 40-proc. spadku kursu akcji PGE i Tauronu, licząc od debiutu sprzed sześciu–siedmiu lat, czy niemal 50 proc. zniżki walorów Energii od początku ich notowań. Lwia część tych strat to efekt ostatnich kilkunastu miesięcy.