Można się doszukiwać rozmaitych powodów tego stanu rzeczy, ale na miano podstawowego zasługuje dobra kondycja globalnej gospodarki.

Fundamentalna faza zwyżki

Hossa, szczególnie ta na Wall Street, zadziwia swoją trwałością, a jednocześnie, podobnie jak w przypadku pozostałych giełd, prowokuje do formułowania różnego rodzaju argumentów mających za zadanie uzasadnić jej istnienie. Do niedawna za główny powód zwyżek uznawano luźną politykę pieniężną, dzięki której mogło następować pompowanie bańki na rynkach większości aktywów, jak uważają malkontenci, lub wspomaganie rozwojowych mechanizmów, jak chcą to widzieć optymiści. Jednak taka optyka powoli traci rację bytu, bo choć monetarna stymulacja wciąż jest jeszcze w wielu miejscach aktualna i odgrywa istotną rolę, to jednak nie ulega wątpliwości, że jej era dobiega kresu. W końcu Fed szykuje się do piątej podwyżki stóp procentowych i zaczyna redukować swoją sumę bilansową, Chiny po cichu starają się powstrzymywać kredytową ekspansję, Europejski Bank Centralny, choć brzmi wciąż gołębio, zmierza w podobnym kierunku co amerykańska Rezerwa Federalna, stopy procentowe poszły w górę nawet w stojącej przed potężnymi wyzwaniami Wielkiej Brytanii. A hossa wciąż trwa i ma się całkiem dobrze, choć wydawałoby się, że inwestorzy powinni szykować się na gorsze dla akcji czasy. Amerykańscy gracze, czekający na podatkową rewolucję, nadal nie tracą nadziei, choć ich cierpliwość wystawiana jest na dużą próbę. Inwestorzy w strefie euro korzystają z osłabienia wspólnej waluty i biorą za dobrą monetę powściągliwość EBC. Ale dobrze radzą sobie także giełda japońska i większość parkietów azjatyckich, z chińskim włącznie, a emerging markets niewiele sobie robią z mocnego dolara i działań Fedu.

Wspólnym mianownikiem w każdym z tych przypadków jest więc już nie tylko i nie przede wszystkim monetarna stymulacja i nadmiar pieniądza, ale wyraźna poprawa koniunktury gospodarczej. Hossa ma więc szansę trwać dopóty, dopóki utrzymywać się będzie wiara w kontynuację pozytywnych tendencji w globalnej gospodarce, niezależnie od tego, czy spełnią się podatkowe obietnice Donalda Trumpa i jak szybko EBC zakończy skup obligacji i podniesie stopy procentowe.

Ropa zyskuje na obawach

Ceny ropy naftowej nadal idą w górę, osiągając w ostatnich dniach poziom najwyższy od ponad dwóch lat. O ile jednak poprzednio zwyżka bazowała przede wszystkim na nadziejach, o tyle obecnie dominującym impulsem zdają się obawy. Nadzieje związane są oczywiście głównie z ograniczeniem podaży surowca, a w znacznie mniejszym stopniu opierają się na prognozach dotyczących wzrostu popytu będącego wynikiem poprawy koniunktury w globalnej gospodarce. W tym zakresie niewiele się zmienia i te czynniki będą nadal działać, przynajmniej do końca listopada, a więc do decyzji OPEC i krajów uczestniczących w porozumieniu o przedłużeniu jego obowiązywania. Wielu ekspertów przewiduje, że jej ogłoszenie będzie stanowiło dogodną okazję do spadkowej korekty cen ropy, choć na dłuższą metę powinno się przyczynić przynajmniej do stabilizacji notowań.

Tym, co obecnie podbija hossę na rynku ropy, są przede wszystkim niejasne i niepokojące wydarzenia w Arabii Saudyjskiej oraz wynikający m.in. z jej działań wzrost napięcia w regionie. Zdaniem ekspertów tak dużego natężenia poważnych incydentów nie było w tym kraju i regionie od bardzo dawna. Niepewność i niepokój to najlepsza pożywka dla wzrostu notowań. Trudno się więc dziwić, że w przypadku WTI przekroczyły one w miniony poniedziałek 57 USD za baryłkę, docierając w okolice poziomów widzianych ostatnio w lipcu 2015 r., a w przypadku surowca Brent sięgnęły 64 USD za baryłkę. Walka o kontynuację tej tendencji i utrwalenie obecnych poziomów, a tym bardziej dalsze wyraźne ich przekroczenie, pewnie nie będzie łatwa, ale nie można wykluczyć, że zostanie podjęta. Równie prawdopodobna jest jednak także mniej lub bardziej gwałtowna korekta. Tam, gdzie w grę wchodzi polityka i walka o władzę, trudno cokolwiek przewidywać.

Korekcyjne nastroje kontynuowane były na rynku miedzi. Notowania metalu w minioną środę spadły na moment poniżej 6800 USD za tonę, choć jeszcze dwa dni wcześniej sięgały 7000 USD. W przypadku kontraktów terminowych byki niezbyt skutecznie walczyły o uchronienie notowań przed spadkiem poniżej 310 centów za funt. Nic na razie nie wskazuje na zagrożenie dla trwającej od początku ubiegłego roku fali wzrostowej, ale powiększenie jej zasięgu może nie być już tak łatwe i nie będzie raczej zbyt dynamiczne. W najbliższym czasie na niekorzyść będą działać doniesienia z Chin, które w październiku importowały znacznie mniej miedzi niż miesiąc wcześniej i najmniej od kwietnia. Gdyby wstrzemięźliwość zakupowa tego największego odbiorcy miała trwać dłużej, byłby to rzecz jasna czynnik bardzo niekorzystny.

Złoto sprawiało w ostatnich dniach wrażenie, jakby uodporniło się na wzrost wartości amerykańskiej waluty. Notowania kruszcu zdołały powrócić powyżej 1280 dolarów za uncję. Nie jest to żaden przełom, a sytuacja nadal jest niejasna. Wszystko zależeć będzie od napięć geopolitycznych i nastawienia inwestorów do ryzyka oraz od dolara.

Byki z GPW złapane na spalonym

Foto: GG Parkiet

Ostatnie dni na warszawskim parkiecie stały pod znakiem wyraźnych zmian nastroju inwestorów, szczególnie mocno widocznych w segmencie blue chips. Wspinający się od końca października spokojnie w górę WIG20 doznał we wtorek nadzwyczajnego przyspieszenia. Euforyczny niemal zryw doprowadził do ataku na niedawno ustanowiony lokalny szczyt, ale byki oglądaniem poziomu 2566 pkt cieszyły się tylko przez chwilę. Szybka kontra niedźwiedzi nie była aż tak potężna, by uznać ją za nokautującą, ale jej konsekwencje mogą być odczuwalne nie tylko w krótkim, kilkudniowym horyzoncie. Środowy szok, widoczny w notowaniach największych spółek, może się okazać jedynie ich zwiastunem. Całą tę sytuację można by zbagatelizować, gdyby nie dwie kwestie.

Po pierwsze, podażowy impuls w przypadku WIG20 przyszedł z zewnątrz, a konkretnie z segmentu rynków wschodzących, z których już wkrótce mamy wyjść, choć tylko jedną nogą. Na razie jednak tkwimy w nim obiema i poczuliśmy to wyraźnie w minioną środę, gdy inwestorzy dostrzegli na wykresie MSCI Emerging Markets cofnięcie sygnalizujące możliwość utworzenia się formacji podwójnego szczytu i rozpoczęcia większej korekty. WIG20 tę sekwencję w miarę dokładnie powiela i w przypadku spadkowego scenariusza na rynkach wschodzących trudno mu będzie zachować niezależność.

Po drugie, pogorszenie nastrojów w gronie blue chips szybko przeniosło się także na pozostałe segmenty naszego parkietu, potęgując tylko ich słabość, widoczną już od pewnego czasu. A dodatkowo jej źródłem są nie tylko nastroje i awersja do ryzyka, ale także w sporej mierze całkiem konkretne przesłanki fundamentalne. Okazuje się, że liczna grupa małych i średnich spółek nie jest w stanie skorzystać z bardzo dobrej koniunktury panującej zarówno w krajowej gospodarce, jak i w otoczeniu. Trudno też nie zauważyć, że mWIG40 i sWIG80 tę poprawę koniunktury zdyskontowały już jakiś czas temu i teraz do kontynuacji zwyżek potrzebują czegoś więcej niż potwierdzenia, że miały rację. Tymczasem większość prognoz, nawet tych najbardziej optymistycznych, zakłada spowolnienie dynamiki PKB w przyszłym roku i prawdopodobnie także w następnych. A skoro szczyt cyklu koniunktury mamy już prawie za sobą, to trudno oczekiwać euforii na giełdzie. Można jednak liczyć na to, że cały ten cykl ulegnie przesunięciu, bo przecież utęsknione ożywienie inwestycyjne z pewnością nadejdzie. A to byłby już poważny argument przemawiający za kupnem akcji, przy założeniu, że zbliżone do 4 proc. tempo wzrostu gospodarczego mogłoby się utrzymać jeszcze przez kilka kwartałów, być może nawet sięgając 2019 r.

Wszystko wskazuje na to, że na razie inwestorzy nie są przekonani do takiego scenariusza rozwoju sytuacji. Można podejrzewać, że według nich nawet wysokie tempo wzrostu gospodarczego i inwestycyjny boom nie muszą oznaczać adekwatnego odzwierciedlenia w wynikach finansowych firm. Obserwując to, co się dzieje w gospodarce, zdają się obawiać powtórki sytuacji sprzed kilku lat, gdy negatywne konsekwencje spiętrzenia się realizacji inwestycji wpędziły wiele firm w poważne kłopoty, a w przypadku niektórych doprowadziły do upadłości. Spektakularną ilustracją tej tezy może być 25-proc. spadek WIG-budownictwo w ostatnich sześciu miesiącach czy „widowiskowe", przekraczające od połowy października 35 proc., tąpnięcie kursów akcji Trakcji i Torpolu, spółek, które mają być głównymi beneficjentami gigantycznych kontraktów kolejowych. Jako memento mori służą wciąż „bohaterowie" poprzedniego boomu budowlanego, czyli zniżkujące od początku roku o ponad 90 proc. akcje PBG i przecenione od marca o dwie trzecie walory Polimeksu, wciąż szorujące blisko najniższego w historii poziomu.

Z rosnącym niepokojem inwestorzy zdają się też patrzeć na papiery wielu spółek przemysłowych, a ostatnio i deweloperskich. Rosnące koszty, kłopoty z pozyskaniem pracowników, topniejące marże, mocny złoty – to główne powody tego niepokoju i słabnących notowań. Obawy związane ze spadkiem marż to najbardziej prawdopodobny powód trwającej od połowy września korekty WIG-nieruchomości. Choć na razie jej zasięg jedynie nieznacznie przekracza 5 proc., to jednak obraz tego mocno rozgrzanego segmentu stał się zdecydowanie mniej optymistyczny.

Nie brakuje też spadających z różnych powodów z hukiem gwiazd. Tracące w minioną środę 20 proc. akcje LiveChatu to tylko najnowszy i jeden z licznych przykładów z długiej listy.