Ostatni tydzień sierpnia rozpoczyna się długo wyczekiwaną ulgą na dolarze, który odbija 0,2% względem koszyka walut. Indeks dolara szorował w ubiegłym tygodniu po 3-miesięcznych minimach, jednak obserwowana ulga może być jedynie ciszą przed burzą w nadchodzącym tygodniu wydarzeń podwyższonego ryzyka.
Dzisiejsze wzrosty na dolarze nie są jednak jednolite. Waluty Antypodów (AUD, NZD) utrzymują się na płasko wobec USD, natomiast euro traci dość skromne 0,1%. Najbardziej w plecy jest za to dolar kanadyjski (-0,3% względem USD), który oddał już połowę zysków z trzech ostatnich sesji po wybuchu wojny handlowej między Stanami Zjednoczonymi a Kanadą. Trwające w ostatnich tygodniach negocjacje wokół odnowienia porozumienia handlowego między Stanami, Meksykiem i Kanadą wlały dodatkowy optymizm w notowania dolara kanadyjskiego, który podobnie jak korona norweska umacniał się już dzięki ponownemu odbiciu na cenach ropy. Przez weekend rozmowy uległy totalnemu fiasku, a ocieplające się stosunki między sąsiadami zostały zastąpione totalną wojną celną “dolar za dolara”. Obok typowo trumpowskich oskarżeń o to, że “Kanada chce mieć zyski z bycia stanem USA bez bycia stanem USA”, nie zabrakło bezprecedensowych konkretów – 50-procentowe cła na kanadyjskie dobra o wartości 20 mld USD. Dla Kanady to kolejny sprawdzian o autonomię w obliczu już nie tylko werbalnych ataków Trumpa. Dla dolara kanadyjskiego to z kolei znaczny wzrost ryzyka spadków, nawet jeśli obserwowany dzisiaj powrót formy dolara może być jałowy. Bank Kanady utrzymuje stopy na niezmienionym poziomie 2,25% od października 2025 roku, a aktualne wyceny podwyżek (60% szans na ruch przed końcem 2026 roku) stoją pod znakiem zapytania w obliczu potencjalnych szkód wywołanych wojną celną.
Niemniej prężący muskuły USDCAD to raczej odosobniony przypadek optymizmu, który ma realne szanse na przetrwanie. (Chyba że Trump zaszczyci nas kolejnym TACO). Dzisiejsza korekta na dolarze jest zdecydowanie bardziej techniczna niż fundamentalna i pełni rolę przerwy na oddech przed danymi PKB, inflacją PCE oraz organizowanym przez Fed sympozjum banków centralnych w Jackson Hole. Temat “Sell America” przewijał się już niejednokrotnie podczas aktualnej kadencji Trumpa, jednak ucieczka do dolara w reakcji na wojnę w Zatoce Perskiej oraz nowe rekordy na Wall Street zaprzeczały tezie odpływów do reszty świata. Obecna sytuacja jest z grubsza inna. Dolar de facto zignorował niemal natychmiastowe odbicie rentowności amerykańskich obligacji, które na chwile cofnęły się po zapowiedzi przyspieszonego skupu przez Skarb USA. Dla Białego Domu powinien być to sygnał, że miękkie komunikaty i finansowa inżynieria krzywej rentowności nie robią już na inwestorach wrażenia kiedy główny problem w postaci niekontrolowanego wzrostu długu pozostaje nierozwiązany. A ten przekroczył w weekend symboliczną barierę 40 bln dolarów. Czy ściągnięcie rentowności 10-, 20- i 30-latek o kilka punktów bazowych skarbowymi manewrami jest warte swojej ceny? Przed wyborami – być może. Niemniej brak realnego pomysłu na sanację finansów publicznych w sytuacji kiedy główny kredytor USA, Japonia, sam zmaga się z rekordowym zadłużeniem i może w każdej chwili zacząć wyprzedawać amerykański dług, może doprowadzić do realnej ucieczki kapitału z USA. Kryzys fiskalny w Stanach wciąż pozostaje w sferze tego co możliwe, a nie tego co pewne, jednak w przypadku samego dolara ciężko wypatrywać długofalowego odbicia.
O godz. 11:50 za dolara płacimy 3,70 zł, na euro 4,31 zł, za funta 5,03 zł, a za franka 4,60 zł.
--
Aleksander Jabłoński
Analityk Rynków Finansowych XTB