REKLAMA
REKLAMA

Wierzytelności

GetBack, czyli rok od polskiego Lehman Brothers

16 kwietnia 2018 r. na trwałe zapisał się w historii rodzimego rynku kapitałowego. Z zapartym tchem śledziliśmy wydarzenia wokół GetBacku. Do dziś rynek nie może w pełni odetchnąć.
Foto: Fotorzepa, Andrzej Bogacz

Był poniedziałkowy poranek. Inwestorzy giełdowi jeszcze nie zdążyli się przygotować do startu nowego tygodnia, kiedy na rynku pojawiła się informacja, która – jak się później okazało – zmieniła oblicze polskiego rynku. Dokładnie 16 kwietnia 2018 r. o godz. 7.17 pojawił się komunikat giełdowy GetBacku. Brzmiał: „Zarząd GetBack informuje, po uzgodnieniu niniejszej informacji ze wszystkimi zaangażowanymi stronami, o pozytywnym zaangażowaniu w rozmowy z bankiem PKO BP oraz Polskim Funduszem Rozwoju na temat udzielania GetBack lub podmiotom z grupy kapitałowej GetBack finansowania o charakterze mieszanym kredytowo-inwestycyjnym. Łączna kwota finansowania udzielonego przez bank i PFR wyniesie do 250 mln zł. Strony prowadzą negocjacje mające na celu ustalenie pozostałych warunków finansowania. Strony przewidują zakończenie negocjacji oraz podpisanie stosownych umów dotyczących finansowania w jak najszybszym terminie".

Po takim komunikacie wydawało się, że atmosferę wokół GetBacku, która, delikatnie mówiąc, była już dość napięta, uda się uspokoić. Nic bardziej mylnego. Wraz z komunikatem otwarta została puszka Pandory. Zanim jeszcze rozpoczęła się poniedziałkowa sesja, PKO BP i PFR zaprzeczyły informacjom przekazanym przez zarząd GetBacku, a wokół windykatora rozpętało się piekło.

Efekt GetBacku

Przebieg dalszych zdarzeń jest dobrze znany. Jeszcze tego samego dnia GPW na wniosek Komisji Nadzoru Finansowego decyduje o zawieszeniu notowań akcji i obligacji GetBacku (do dziś nie można nimi handlować). Konrad K., prezes GetBacku, traci stanowisko. Później jest jeszcze ciekawiej. Na światło dzienne wychodzą informacje, że GetBack jest kolosem na glinianych nogach, którego wyniki były kreowane sztuczkami księgowymi. Działalność spółki była finansowana głównie poprzez masową emisję obligacji, których GetBack nie jest już w stanie obsługiwać. Spółka – zamiast walczyć, jak zapowiadała, o miano lidera rynku windykacyjnego – cudem broni się przed upadkiem. Pojawiają się aresztowania, oskarżenia o wyprowadzanie pieniędzy i działania na szkodę spółki zarówno w stosunku do osób bezpośrednio z nią związanych, jak również wobec osób i podmiotów, które z nią współpracowały.

Dla polskiego rynku kapitałowego, który i tak miał swoje problemy, był to bardzo bolesny cios. Dziś wielu obserwatorów rynku mówi, że GetBack to polski Lehman Brothers (przy zachowaniu wszystkich proporcji).

Problemy, które dotknęły spółki, nie dotyczyły tylko jej samej, jej akcjonariuszy czy wierzycieli. GetBack okazał się wyrzutem sumienia całego rynku. Od tego momentu w zasadzie nic już nie jest takie samo. GetBack, tak jak Lehman Brothers, zabrał także to, co dla rynku jest najważniejsze, czyli zaufanie.

W pewnym sensie Konrad K., były prezes GetBacku, przewidział to, co się stanie na rynku, jeśli windykator nie otrzyma istotnego zastrzyku kapitału. W jednym ze swoich słynnych już listów, wskazywał, że problemy windykatora narażą interesy około 20 tys. inwestorów indywidualnych, a w kłopoty może wpaść co najmniej jeden bank, dwa towarzystwa ubezpieczeniowe oraz kilka funduszy inwestycyjnych. Podsumowując to, co faktycznie się wydarzyło, można nawet zaryzykować stwierdzenie, że były szef GetBacku nie doszacował problemów, które mogą dotknąć rynku i działających na nim podmiotów.

Świat polskich finansów po GetBacku nie jest taki sam. Tak jak po upadku Lehman Brothers zaczęto się zastanawiać, które mechanizmy zawiodły i gdzie są braki. Niestety, jak zwykle bywa w tego typu sytuacjach, pojawiła się nieodparta chęć wprowadzenia kolejnych regulacji, wierząc, że okażą się one lekiem na całe zło. Pod lupę trafił przede wszystkim rynek obligacji korporacyjnych. Po wydarzeniach związanych z GetBackiem rynek ten praktycznie zamarł. Wielu inwestorów nagle uświadomiło sobie, że obligacje korporacyjne to nie tylko wyższe, potencjalne zyski w stosunku do lokat bankowych, ale także i wyższe ryzyko. Strach, jaki zapanował na rynku, sprawił, że firmy zaczęły wychodzić z założenia, że „kto nie musi, ten nie emituje obligacji". Co prawda nieliczne spółki próbują odczarować rynek, ale regulacyjna inflacja w tym obszarze może sprawić, że duch GetBacku nad obligacjami będzie się unosił jeszcze długo.

Od 1 lipca zostanie wprowadzony obowiązek dematerializacji obligacji firm. Krajowy Depozyt Papierów Wartościowych będzie prowadził rejestr emisji, dzięki czemu inwestorzy będą mogli sprawdzić, jak duży dług z tytułu emisji obligacji ma dana spółka i jak radzi sobie z jego obsługą. Mają się też zmienić zasady tzw. ofert prywatnych (liczba adresatów zostanie ograniczona do 149 osób w skali roku, ale możliwe będą wyjątki).

– Część spółek pewnie pójdzie w model emisji publicznych na bazie memorandum lub prospektu, co będzie droższym źródłem kapitału, ale możliwym do pozyskania, natomiast część zostanie odcięta od finansowania, co może być ryzykowne, jeśli zakładały one wcześniej możliwość refinansowania. W ostatecznym rozrachunku wyparcie z rynku obligacji najmniejszych emitentów, dla których historycznie wskaźnik niewypłacalności jest zdecydowanie największy, w dłuższym terminie powinno przyczynić się do zwiększenia bezpieczeństwa inwestorów indywidualnych – uważa Krzysztof Dziubiński, dyrektor w DM Navigator.

Po aferze GetBacku, która wykracza już poza aferę czysto finansową, mocno poobijana jest także branża TFI. Problemy windykatora czkawką odbiły się przede wszystkim (z różnych powodów) prywatnym TFI, takim jak Altus, Trigon czy Quercus, które doświadczyły istotnego odpływu aktywów. Trwające postępowania nadzoru w stosunku do Altusa czy Trigonu nie przysporzyły zwolenników nie tylko tym podmiotom, ale także całej branży funduszy. Suchą nogą przez sprawę GetBacku nie przeszła także branża maklerska. Polski Dom Maklerski nie tylko stracił zezwolenie na prowadzenie działalności maklerskiej, ale także spotkały go kary od KNF i UOKiK w związku ze sprzedażą obligacji GetBacku. Na cenzurowanym znalazł się także Idea Bank, który został m.in. wpisany na listę ostrzeżeń KNF.

Gdzie jesteśmy po roku

Niezależnie od tego, o jakim segmencie rynku i podmiotach mówimy, wszystko sprowadza się do wspólnego mianownika – utraconego zaufania. To chyba największy, chociaż niepoliczalny, efekt GetBacku. Wydarzenia te niestety tylko dodały argumentów tym, którzy twierdzą, że na rynku najwięksi bogacą się kosztem najmniejszych. Czy po tym, co się stało w ostatnich 12 miesiącach, przeciętny inwestor jest w stanie uwierzyć, że domy maklerskie, fundusze inwestycyjne czy banki działają w najlepszym interesie klienta? Rana po GetBacku się jeszcze nie zabliźniła i raczej szybko to nie nastąpi.

Po pieniądzach zainwestowanych przez inwestorów indywidualnych w GetBack na razie ani widu, ani słychu. Rozwinięty amerykański rynek też potrzebował czasu, aby podnieść się po Lehman Brothers, a co dopiero mówić o rynku polskim, który jest stosunkowo młody i niewielki i tego typu wydarzenia biją w niego ze zdwojoną siłą.

Oczywiście rynek stara się otrząsnąć po ciosie. Postępowania KNF i UOKiK wciąż trwają. Śledczy zatrzymują kolejne osoby. Cele zapełniają się kolejnymi podejrzanymi. Wiele spraw związanych z GetBackiem wciąż jednak nie zostało wyjaśnionych. Otwartą kwestią jest chociażby odpowiedzialność audytora, Deloitte, który badał sprawozdania finansowe windykatora za czasów Konrada K. Wydaje się, że widmo GetBacku jeszcze długo będzie straszyło rynek. Szkoda, że właśnie w takim oto otoczeniu przychodzi dziś budować nowy system pracowniczych planów kapitałowych, gdzie zaufanie wydaje się kluczowym elementem.


Wideo komentarz

Powiązane artykuły

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA