Inwestycje

Nici z hossy w 2018 r.

Wojciech Białek, główny analityk CDM Pekao, był gościem Piotra Zająca we wtorkowym Parkiet TV. Jego zdaniem polski rynek akcji czeka w tym roku trend boczny na wysokich poziomach.
Foto: parkiet.com

Czy pana zdaniem trwająca na GPW słabość to tylko korekta hossy, czy zmiana głównego trendu?

I jedno i drugie. Wyobrażam sobie rok 2018 jako przejściowy okres dystrybucji akcji między hossą 2017 r., a bessą 2019 r. Myślę, że owa dystrybucja przyjmie formę trendu bocznego na wysokich poziomach. W jego ramach będą zdarzać się wyprzedaże, jak ta z początku roku, co będzie okazją do krótkoterminowych zakupów. Na ten moment mamy pozytywne sygnały ze strony sentymentu krajowych inwestorów indywidualnych. Jego indeks spadł o ponad 40 pkt proc. w porównaniu do poziomów ze stycznia i znalazł się na jednym z trzech najniższych poziomów w historii. To gwarantuje odbicie w perspektywie 8-9 tygodni, a potem znów trend boczny.

Obserwowana słabość rynków akcji to efekt coraz bardziej jastrzębich poczynań i sygnałów zarówno ze strony Fedu, jak i EBC?

Tak sobie to wyobrażam. W uproszczeniu można powiedzieć, że hossa na Wall Street zaczęła się w marcu 2009 r., a więc cztery miesięcy po tym, jak Fed rozpoczął druk pieniądza w ramach QE. We wrześniu ubiegłego roku Fed zaczął się z tej polityki wycofywać. Jeśli do września do damy cztery miesiące, to otrzymujemy styczeń 2018 r., w więc moment, gdy rynki dostają zadyszki. Jest jeszcze druga analogia dotycząca Japonii. Tam druk zaczął się w 2001 r., a na początku 2006 r. rozpoczęła się redukcja sumy bilansowej w dość samurajskim, gwałtownym stylu. Kilka miesięcy później na rynkach doszło do silnej korekty, podczas której WIG20 stracił około 25 proc. Później, do lipca 2007 r. na rynkach mieliśmy wtórne zwyżki, a potem przyszła właściwa bessa, będąca realnym skutkiem zakręcenia kurka z pieniędzmi.

Z tych analogii wynika, że w nieodległej perspektywie można się spodziewać bessy.

Pytanie właśnie o długość tego okresu przejściowego. Wstrząs ostrzegawczy mamy już za sobą, czekamy na właściwe trzęsienie ziemi. Amerykanie uruchomili dwie wielkie pompy. Pierwsza to program Quantitative Tightening, które wysysa pieniądze z rynku w narastającym tempie. Druga pompa to obniżenie podatków i zwiększenie wydatków, czyli poluzowanie polityki fiskalnej. Myślę, że duża część odessanych dolarów zostanie pożyczona przez rząd USA i kiedyś po prostu tych dolarów zacznie brakować. Ten deficyt może się ujawnić w drugiej połowie 2018 r. lub na początku 2019 r. Te dwie kombinacje polityk, mają uchronić USA przed skutkami jastrzębiej polityki Fedu, przenosząc ciężar kosztów na resztę świata. W tym kontekście podtrzymuje swoją wizję chinageddonu pod koniec tej dekady.

Na razie nigdzie jeszcze paniki nie widać. Styczniowe tąpnięcie na Wall Street zostało już prawie odrobione.

Moim zdaniem takim symptomem paniki może być przecena bitcoina. Ja ukłułem taką teorię, że bitcoin jest odpowiednikiem kanarka w kopalni. Jego śmierć nie powoduje katastrofy całego szybu, ale sygnalizuje, że zaczyna tam brakować tlenu. Zawsze w pierwszej kolejności katastrofa dotyka te najsłabsze elementy systemu, pozbawione fundamentów.

Wracają do GPW. Czy nasza aktualna słabość w otoczeniu dobrych danych makroekonomicznych, to może być sygnał wyprzedzający załamanie w gospodarce?

Patrząc historycznie – nasza giełda często radziła sobie słabo w okresach szczytowych. Myślę, że jeśli zagraniczni gracze widzą następne kwartały w pesymistycznych barwach, to w pierwszej kolejności wycofują się z tych mniej płynnych rynków. A do takich GPW niestety należy. I pamiętajmy, że bardzo dobra koniunktura to jest zazwyczaj sygnał ostrzegawczy sam w sobie. Akcje kupuje się w sytuacjach, jak na przykład dwa lata temu, gdy panował powszechny lament, że zmagamy się ze spowolnieniem gospodarczym i załamaniem inwestycji. Ponadto dynamika WIGu średnio wyprzedza dynamikę PKB o pół roku. Trzeba jednak zauważyć, że wciąż w Polsce nie mamy skoku inflacji. A w typowym schemacie dobra koniunktura przekłada się na wzrost płac, wzrost cen i RPP odkrywa, że CPI przekracza cel inflacyjny i zaczyna się podnoszenie stóp. Na razie RPP stwierdza, że pierwsza podwyżka przyjdzie dopiero w 2020 r., co oznacza, że od strony krajowej polityki pieniężnej nie wisi nad naszym rynkiem jakiś miecz Demoklesa.

Teraz czas na pytania od naszych obserwujących na Twitterze. Pierwsze brzmi: czy WIG20 może być w 2018 r. równie mocny jak w 2017 r.?

Moim zdaniem nie. Możliwe jest odrobienie ostatnich start, ale byłbym zdziwiony, gdyby w warunkach uruchomionej przez Fed pompy odsysającej dolary, taki rynek jak nasz zdołał jeszcze pokazać siłę na miarę tej z ubiegłego roku. Chociaż ta analogia z wiosną 2006 r. sugeruje, że mój sceptycyzm nie jest jedynym scenariuszem. Uważam jednak, że lepiej zachować ostrożność i ograniczyć się do krótkoterminowych spekulacji.

A czy kosztem WIG20, który jest zależny w dużym stopniu od zagranicy, kapitał krajowy może przenieść się na misie i dać tutaj argumenty do zwyżek?

Od października widać pewne, relatywne umocnienie misiów, więc ten scenariusz już się sprawdza. Niestety analogie historyczne sugerują, że ten etap umocnienia misiów względem blue chips nie powinien trwać dłużej niż pół roku. Stąd wniosek, że wiosna 2018 r. kończy siłę małych i średnich spółek.

Jeden z obserwujących pyta też, czy w sytuacji załamania w USA i Niemczech, Polska może znów być zieloną wyspą?

Nie wpadliśmy w recesję w 2008 i 2009 r., gdy w USA i Niemczech takowa zapanowała. Dewaluacja złotego uchroniła nas przed skutkami kryzysu. Spokojnie można sobie wyobrazić powtórkę tego scenariusza. Pamiętajmy jednak, że polska gospodarka jest zieloną wyspą od 1992 r. co daje 26 lat bez recesji. Dotychczasowy rekord, powojenny, należy do Holandii i to jest 26 lat między 1982 i 2008 r. Idziemy więc na rekord, a zwykle wyśrubowany rekord ciężko poprawić. Rośnie więc ryzyko, że statusu zielonej wyspy utrzymać na m się nie uda.


Wideo komentarz

Powiązane artykuły