Felietony

Kolejny kryzys w 2020 r.?

Andrzej Halesiak dyrektor. Bank Pekao

Foto: Archiwum

Ostatnimi czasy zasypywani jesteśmy zapowiedziami kolejnego globalnego kryzysu. Według przewidywań rynkowych guru i niektórych banków inwestycyjnych nadejdzie on w 2020 r. Ta zbieżność prognoz jest mocno zastanawiająca. W przeszłości bowiem zjawiska kryzysowe z reguły zaskakiwały, a analitycy zawodzili, jeśli chodzi o tzw. wyczucie czasu. Czy tym razem będzie inaczej?

By odpowiedzieć na powyższe pytanie, warto przyjrzeć się logice, która stoi za obecnymi zapowiedziami, z czego tak naprawdę miałby się zrodzić kryzys?

Otóż punktem wyjścia wszystkich „kryzysowych" analiz jest rekordowo wysoki poziom globalnego zadłużenia – według szacunków firmy McKinsey o ile w 2007 r. w przypadku firm, gospodarstw domowych i rządów stanowił on 207 proc. PKB, o tyle obecnie około 240 proc. Dług jest jednak z nami od wielu lat, więc sam z siebie nie wystarczy do tego, by nastąpił kryzys, zwłaszcza globalny. Jest jak rozlana benzyna, ale potrzeba jeszcze iskier, które sprawią, że pojawi się płomień. Co miałoby te iskry stanowić?

Po pierwsze, zmiany w polityce monetarnej: podwyżki stóp w USA, silny dolar (duża część globalnego zadłużenia jest w tej walucie) oraz wycofanie się ze skupu aktywów finansowych przez inne duże banki centralne. Po drugie, wygaśnięcie bodźców fiskalnych stymulujących gospodarkę USA, które to bodźce wykreował swoją polityką Donald Trump. Po trzecie, rosnące ceny ropy naftowej, mające negatywny wpływ na siłę nabywczą gospodarstw domowych (a tym samym ich konsumpcję). Do tego dochodzi paleta mniej istotnych pojedynczo, ale znaczących w grupie innych czynników, takich jak: wojny handlowe, przewartościowanie cen akcji w USA i niektórych rynków nieruchomości czy populistyczna polityka niektórych rządów (Włochy).

Rzeczywiście, z tego można już wzniecić niezły pożar. Na dodatek – jak twierdzą wieszczący kryzys – gdy już się pojawi, nie będzie go czym gasić. W ich ocenie możliwości reakcji polityki gospodarczej na ewentualny kryzys są – ze względu na niskie w wielu krajach stopy procentowe oraz wysoki poziom publicznego zadłużenia – mocno ograniczone.

Spróbujmy jednak trochę zbilansować ten pesymistyczny obraz, doszukując się pozytywów.

Przede wszystkim dług długowi nierówny. W stosunku do sytuacji z 2008 r. dziś relatywnie większa jego część przypada na sektor publiczny (np. w wielu krajach rozwiniętych nastąpiło istotne oddłużenie gospodarstw domowych), a już wiemy – na bazie doświadczeń Japonii – że w określonych uwarunkowaniach dług publiczny może rosnąć przez dziesięciolecia. Nie można powiedzieć, że jest obojętny dla gospodarki, ale nie musi prowadzić do gwałtownych zjawisk kryzysowych. Na tle Japonii w zasadzie wszystkie kraje rozwinięte mają wciąż „skromny" poziom publicznego zadłużenia.

Druga ważna kwestia to sytuacja sektora finansowego. Dziesięć lat temu to właśnie on był nośnikiem globalnych zjawisk kryzysowych. Dziś jego kondycja jest znacznie lepsza. Wynika to z solidnego dokapitalizowania (dla przykładu w USA banki mają dziś trzykrotnie więcej kapitału w relacji do aktywów niż dziesięć lat temu) i znacznego ograniczenia działalności opartej na różnorakich instrumentach pochodnych. Na dodatek skala międzynarodowych powiązań finansowych została po kryzysie 2008 r. znacznie ograniczona – banki skoncentrowały działalność na lokalnych rynkach, co ogranicza ryzyko ewentualnego „zarażania" się problemami. To ostatnie ryzyko redukuje także znacznie mniejsza dziś skala makroekonomicznych nierównowag – tych wyrażających się deficytami rachunku obrotów bieżących – a także poprawa przejrzystości w zakresie przepływów kapitałowych.

Pojawiające się obecnie scenariusze globalnego kryzysu w 2020 r. bazują na pewnych założeniach. Po pierwsze, zakładają kontynuację tego, co widać „tu i teraz", czyli np., że Fed będzie uparcie podnosił stopy procentowe, podczas gdy za rok jego postrzeganie sytuacji może być zupełnie inne, a tym samym inna może być polityka monetarna (w końcu będzie to w USA rok przedwyborczy). Po drugie, przyjmują, że mając świadomość rozlanej benzyny, decydenci sami, niemalże świadomie rozniecą ogień. Choć biorąc pod uwagę dotychczasowe działania niektórych światowych przywódców, wykluczyć tego nie można (w takiej sytuacji kryzys nie będzie czekał, może się pojawić przed 2020 r.), możliwe jest też ich opamiętanie lub to, że niedługo przestaną być istotnymi dla świata decydentami. Po trzecie, założenie, że rządy i banki centralne są dziś bezsilne, jest zdecydowanie na wyrost. O długu publicznym już wspominałem. W polityce monetarnej też są jeszcze niewykorzystane do tej pory opcje. Tak jak „luzowanie ilościowe" okazało się nową superbronią po upadku Lehman Brothers, tak w arsenale gaśniczym dostępne są także inne środki. Na przetestowanie czeka chociażby koncepcja „pieniędzy z helikoptera" – czyli bezpośredniego zasilania gospodarstw domowych bezzwrotną gotówką.

Nie chcę powiedzieć, że ewentualnymi zjawiskami kryzysowymi nie ma się co przejmować. Napięcia już są (Argentyna, Turcja) i w najbliższych latach z pewnością będą występować. Wydaje się jednak, że – o ile nie zostaną popełnione jakieś błędy – powinny mieć raczej charakter lokalnych „pożarów". Doświadczenie uczy, że do prognoz i przepowiedni kryzysu trzeba zachować zdrowy dystans (o tym, czym się powinien wyrażać, pisałem niedawno: „Zdrowy dystans do niepewności"). Symptomatyczne w tym względzie jest chociażby to, że przepowiedni kryzysu mieliśmy ostatnimi czasy sporo. Najpierw miał on wybuchnąć w 2018 r. jako następstwo wyboru Donalda Trumpa, w zeszłym roku datę kryzysu przesunięto na 2019 r., a obecnie wykonanie wyroku zostało odsunięte na 2020 r. I oby tak dalej!


Wideo komentarz