Felietony

Cztery lekcje na wspólny temat

Mimo ostudzenia nastrojów na głównych rynkach, od początku czwartkowej sesji na GPW zdecydowanie przeważali kupujący, jednak trudno było spodziewać się tak dobrego wyniku WIG20, jaki udało się osiągnąć pod koniec dnia.

Tomasz Świderek, publicysta ekonomiczny

Foto: Fotorzepa, Rafał Guz

Indeks dużych spółek finiszował na poziomie 2207 pkt, co oznaczało zwyżkę o blisko 2 proc. Co więcej, zamknięcie wypadło niemal na najwyższym pułapie, na jakim w czwartek znalazł się WIG20. Spore był też obroty, które przekroczyły 2 mld zł.

Od rana najmocniejszym ogniwem dużej dwudziestki był CD Projekt. Po kilku słabszych dniach akcje producenta gier na koniec czwartku zyskiwały 8,6 proc., a bodźcem do wzrostu zainteresowania walorami była informacja o zwiększeniu zaangażowania w akcjonariacie przez Michała Kicińskiego do ponad 10 proc. Choć pozostałe grono z WIG20 zaczęło dzień dość ospale, to z czasem do CD Projektu dołączyły JSW, Cyfrowy Polsat, a także PKO BP. Wspomniana trójka zyskała po ponad 3 proc. Z kolei na dole tabeli plasowała się przez całą sesję czołówka dnia z poprzedniego, czyli spółki energetyczne. Ostatecznie jako najsłabsze zakończyło dzień PGE. Oczywiście dobra atmosfera objęła nie tylko WIG20, ale także małe oraz średnie spółki. Do tego umacniał się złoty.

Nastroje na innych rynkach nie były aż tak dobre. Co więcej, WIG20 był w czwartek najsilniejszym indeksem w Europie. Niemiecki DAX finiszował w punkcie wyjścia, natomiast amerykańskie indeksy rozpoczęły dzień od skromnym zwyżek sięgających po około 0,3 proc. ¶ Poprzedzony dużym IPO debiut giełdowy polskiej spółki od kilku lat jest rzadkością. Na dodatek kursy akcji większości z tych spółek wkrótce po wejściu na giełdę zaczynają flirtować z ceną emisyjną, a potem szukają dna.

Każda z historii jest inna, ale wszystkie mają wspólną część: oferta jest bardzo duża jak na polskie (a czasami także europejskie) realia, a firma sprzedawana jest jako branżowa gwiazda pierwszej jasności, wśród kupujących w IPO dominują zaś inwestorzy finansowi, czyli – przynajmniej w założeniu – profesjonaliści.

W ostatnich pięciu latach pierwszą spółką, której duże, udane IPO zamieniło się w wędrówkę ku nowym minimom, był Play Communications. Historia zaczęła się w lecie 2017 r., gdy odbyło się IPO właściciela sieci komórkowej Play. Wtedy jeszcze był roadshow. Podczas niego zarząd spółki z optymizmem mówił o przyszłości Playa. I na dodatek obiecywał całkiem dobrą dywidendę. Tę wizję w swych raportach wsparli analitycy uczestniczący w IPO.

Rynek obietnice kupił, a potem akcje ruszyły w dół. Już w dniu debiutu kurs Playa był poniżej ceny emisyjnej. Głębsze spadki w pierwszym okresie notowań blokowali gwaranci, odkupując – w ramach opcji stabilizacji kursu – akcje sprzedane w IPO. Gdy kupili wszystkie objęte opcją papiery, kurs miał wolną drogę ku minimom. Osiągnął je po 16 miesiącach, gdy sięgnął 14,44 zł i był o 60 proc. poniżej ceny emisyjnej. Przez ten czas inwestorzy mieli – jeśli chcieli – szansę, by zweryfikować optymizm zarządu i wyceny analityków z czasów oferty, a także z późniejszego okresu, z realnymi osiągnięciami firmy i rzeczywistą sytuacją na rynku telekomunikacyjnym.

Historia zdaje się powtarzać w przypadku trzech dużych ofert z przełomu tego i ubiegłego roku – Allegro, Huuuge i InPostu.

Ubiegłoroczna IPO Allegro miała – łącznie z opcją dodatkowego przydziału – wartość 10,6 mld zł. Akcje sprzedawane w ofercie po 43 zł na koniec pierwszego dnia notowań wyceniano na 70 zł, a potem kurs przez kilkanaście dni szedł w górę. Rekordowy poziom – 98,78 zł – osiągnął w drugim tygodniu notowań. A potem zaczął się zsuwać.

Wielki sukces IPO, w którym akcje giganta polskiego e-handlu kupowali przede wszystkim inwestorzy finansowi (w ręce drobnych ciułaczy trafiło jedynie 4 proc. oferowanych akcji i zlecenia były redukowane o ok. 85 proc.), zamienił się w męczący spadek ceny akcji. W połowie marca kurs w dół docisnęła informacja, że „starzy" akcjonariusze znaleźli furtkę w zapisach o 180-dniowym lock-upie i wystawili na sprzedaż pokaźny pakiet akcji firmy.

Zbliżony przebieg ma giełdowa historia InPostu. Firma, której akcje w przeszłości były notowane na warszawskiej giełdzie, przez kilka lat znajdowała się w rękach funduszy private equity, które na miejsce drugiego w historii IPO i giełdowych notowań wybrały Amsterdam.

Styczniowe IPO nie dość, że wzbudziło duże zainteresowanie, to jeszcze – w chwili pisania tego tekstu – było największe w tym roku w Europie i trzecie co do wielkości na świecie. Wartość oferty, w której akcje sprzedano po 16 euro, sięgnęła – wliczając opcje dodatkowego przydziału – 3,22 mld euro.

Po udanym IPO także debiut był niezły, a w kilka dni po nim – na początku lutego – kurs doszedł do historycznego maksimum – 21,385 euro. Potrzeba było niespełna dwóch miesięcy, by w samym końcu marca cena akcji spółki wyznaczyła dotychczasowe minimum na poziomie 13,812 euro. Przez kolejne tygodnie kurs wahał się wokół ceny emisyjnej, częściej goszcząc poniżej 16 euro niż powyżej tego progu.

Spadki cen akcji obu spółek trudno tłumaczyć oczekiwanym końcem pandemii, co może zmniejszyć zainteresowanie e-handlem, z którego żyją obie firmy, czy też operacyjnym wejściem na polski rynek Amazona (Allegro) albo uruchamianiem konkurencyjnych urządzeń do dystrybucji paczek (InPost). Te czynniki ryzyka znane były na długo przed ofertami. Ich ziszczenie było kwestią czasu.

I w ofercie Allegro, i w ofercie InPostu domy maklerskie oferujące akcje pokazały, że są mistrzami w sprzedawaniu inwestorom oczekiwań i perspektyw wzrostu, a inwestorzy finansowi, że są mistrzami w kupowaniu ryzyka za powierzone im pieniądze. To pozwoliło napompować cenę emisyjną i dało napęd do udanego debiutu. Zapewne część dużych graczy kupiła w IPO więcej akcji, niż zamierzała, więc dobry debiut dał im okazje nie tylko do realizacji zysków, ale też pozbycia się nadmiarowego pakietu.

Trzecie duże IPO z ostatnich miesięcy – Huuuge – było równie udane jak dwa wcześniejsze. Zlecenia małych graczy – zaoferowano im 5 proc. papierów sprzedawanych w ofercie – zredukowano o 97 proc. Za to debiut giełdowy i pierwszy okres notowań był wyraźnie bledszy niż dwa wcześniejsze. Już pierwszego dnia kurs na zamknięciu był poniżej ceny emisyjnej, a najwyższa cena osiągnięta tego dnia jest dotychczasowym maksimum. Obrona ceny w ramach opcji stabilizacji kursu trwała tylko tydzień. Tyle czasu było potrzeba, by odkupić wszystkie akcje objęte opcją. Pozbawiony wsparcia kurs na kolejne tygodnie zaprzyjaźnił się z obszarem poniżej ceny emisyjnej.

Powiązane artykuły


REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.