Cena baryłki ropy gatunku WTI skoczyła w poniedziałek nad ranem do 57,7 USD, by później zejść do 56,9 USD. Była wówczas o 0,7 proc. niższa niż w piątek. Niewiele też ją dzieliło od grudniowego, dwunastomiesięcznego dołka (54,89 USD za baryłkę). Po południu rosła, natomiast o 1,4 proc. Za 1 baryłkę surowca gatunku WTI płacono 58,1 USD, a za baryłkę ropy gatunku Brent 61,5 USD. Na rynku było więc nerwowo, ale inwestorzy uznali, że spektakularne porwanie przez Amerykanów wenezuelskiego prezydenta Nicolasa Maduro mocno nie wpłynie na podaż ropy na rynku globalnym. W grze wciąż jest co prawda kontynuacja amerykańskiej blokady morskiej Wenezueli, ale dotknie ona przede wszystkim chińskich odbiorców. Wenezuela produkuje około 1 mln baryłek ropy dziennie, z czego tylko około połowy trafia na eksport. Chińczycy dostawali jak dotąd ten surowiec ze zniżką sięgającą 14 USD wobec ceny baryłki ropy Brent.

Tymczasem kontrakty terminowe na miedź po raz pierwszy w historii przebiły na giełdzie londyńskiej poziom 13 tys. USD za tonę. Miedź zdrożała m.in. ze względu na strajk w jednej z wielkich chilijskich kopalń. Dawały też o sobie znać obawy związane z amerykańskimi cłami. Inwestorzy wyraźnie szykują się na niedobór tego surowca na rynku. Według analityków China Securities Co., ów niedobór może sięgnąć w 2026 r. 100 tys. ton.

Złoto zyskiwało, natomiast jako jedno z aktywów z „bezpiecznej przystani”. W poniedziałek po południu drożało ono o 2,4 proc., a płacono 4131,9 USD za uncję tego kruszcu.