Reklama

Prezesi oddają stery w inne ręce, a sami idą do rad nadzorczych

Po latach zasiadania w zarządzie niektórzy prezesi giełdowych spółek wolą odsunąć się w cień i doglądać firmę z fotela członka rady nadzorczej. Powody takich decyzji są różne, ale cel jest jeden – ustąpić miejsca osobie ze świeżym spojrzeniem na spółkę i z nowymi pomysłami. Zdarza się jednak, że w kryzysowej sytuacji były prezes znów musi wziąć sprawy w swoje ręce.
Bogusław Kott, prezes Banku Millennium

Bogusław Kott, prezes Banku Millennium

Foto: Fotorzepa, Marek Dąbrowski "Dąb" Marek Dąbrowski

Transfer z zarządu do rady nadzorczej to dla niektórych prezesów szansa na to, żeby po wielu latach wytężonej pracy wreszcie odpocząć, nie tracąc przy tym kontaktu ani z branżą, ani z firmą, której poświęciło się tak wiele czasu i energii. Zwłaszcza jeśli taka osoba jest również znaczącym akcjonariuszem w spółce. Praktyka pokazuje jednak, że zmiana fotela nie zawsze oznacza, że były prezes ma mniejszy wpływ na rozwój firmy i nie zawsze gwarantuje, że ma on więcej czasu dla siebie. Dziś kończy się kadencja prezesa Apatora Janusza Niedźwieckiego, który przez 13 lat kierował spółką produkującą liczniki. Jak przekonują analitycy, w tym przypadku tak długa prezesura to dowód na to, że Niedźwiecki był pozytywnie oceniany przez rynek, a główni akcjonariusze spółki darzyli go dużym zaufaniem. Sam Niedźwiecki nie posiada znacznego pakietu akcji Apatora – na dzień 15 maja kontrolował pakiet stanowiący 1,3 proc. udziału w kapitale spółki i 3,08 proc. głosów na walnym zgromadzeniu. – Gdyby sam nie zrezygnował, pewnie dalej kierowałby Apatorem – twierdzi Michał Sztabler, analityk DM Trigon.

Pozostało jeszcze 89% artykułu

Ostatnia szansa na dostęp do NYT!

Skorzystaj z ostatnich kodów dostępu do The New York Times w ramach dowolnej rocznej subskrypcji.

Kliknij i poznaj warunki

Reklama
Reklama
Promowane treści
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama