Upadek Superligi – chciwość ukarana

12 wielkich klubów z Anglii, Włoch i Hiszpanii próbowało dokonać zamachu stanu w futbolu, ogłaszając w kwietniu powstanie elitarnych, konkurencyjnych dla Ligi Mistrzów rozgrywek dla bogaczy.

Na czele puczu stanął prezes Realu Madryt Florentino Perez. Rewolucjonistów kusił wielkimi pieniędzmi, jakie zagwarantować miał sponsor – amerykański holding JP Morgan (3,5 mld euro do podziału, 400 mln euro dla zwycięzcy), kibiców mamił trwającym na okrągło przedstawieniem z udziałem gwiazd piłki.

Projekt przetrwał ledwie kilkadziesiąt godzin, bo UEFA zagroziła buntownikom wykluczeniem ze wszystkich rozgrywek, z krajowymi włącznie, a zawodnikom, którzy wystartują w Superlidze, zakazem występów w reprezentacji.

Pomogły protesty kibiców i interwencje polityków. Nie bez znaczenia były obietnice zwiększenia nagród w Lidze Mistrzów i poluzowania zasad Finansowego Fair Play. Przepis, którego celem było ograniczenie futbolowej rozpusty i ochrona klubów przed bankructwem, okazał się fiaskiem i w przyszłości ma zostać zastąpiony przez znany m.in. z koszykarskiej NBA limit płac oraz podatek od luksusu.

Leo Messi w Paryżu

Parafrazując motto Barcelony („więcej niż klub"), można powiedzieć, że przejście argentyńskiego geniusza do Paris Saint-Germain to coś więcej niż transfer. Odejście Messiego stało się symbolem upadku walczącej z długami Barcelony i finansowej potęgi PSG, budowanej za katarskie pieniądze.

Formalnie nie trzeba było płacić za Messiego ani euro, bo skończył mu się kontrakt. Podobnie jak innym sprowadzonym do Paryża gwiazdom – Gianluigiemu Donnarummie, Sergio Ramosowi i Georginio Wijnaldumowi. Ale tylko za złożenie podpisu na umowie Messi otrzymać miał 25 mln euro, kolejne 35 mln dostanie za każdy sezon gry.

Argentyńczyk skradł tego lata show, choć klub zmienił także jego wielki konkurent – Cristiano Ronaldo. Niegdyś najdroższy piłkarz świata za drobne 15 mln euro wrócił do Manchesteru United.

Pandemia uderzyła kluby po kieszeni, ale ostatnie okno transferowe pokazało, że na horyzoncie widać już ożywienie – przynajmniej u krezusów. Wróciły zakupy za ponad 100 mln euro. Manchester City wydał fortunę na Jacka Grealisha (117,5 mln euro), a Chelsea rozbiła bank dla Romelu Lukaku (115 mln euro).

Szejk dba o wizerunek

Po Manchesterze City i Paris Saint-Germain przyszedł czas na Newcastle. To kolejny klub piłkarski, który trafił w ręce szejków. Nabył go Saudyjski Fundusz Inwestycyjny, ale faktycznym kupcem został następca tronu Mohammad bin Salman.

Autopromocja
ORZEŁ INNOWACJI

Konkurs dla startupów i innowacyjnych firm

WEŹ UDZIAŁ

Transakcja kosztowała 300 mln funtów, ale to cena, jaką warto ponieść za poprawę swojej reputacji. Arabia Saudyjska, oskarżana o łamanie praw człowieka, na wybielanie wizerunku sportem przeznaczyła już 1,5 mld dolarów. Zapraszała do siebie piłkarzy (Superpuchary Włoch i Hiszpanii) i bokserów (hit wagi ciężkiej Andy Ruiz - Anthony Joshua), kilka tygodni temu pierwszy raz gościła kierowców Formuły 1, a od niedzieli na jej pustyniach i bezdrożach rywalizować będą po raz trzeci uczestnicy Rajdu Dakar.

Podobnie działają Zjednoczone Emiraty Arabskie i Katar, który organizował już wiele sportowych imprez, ale ta najważniejsza – przyszłoroczny mundial – dopiero przed nim.

Szczep się albo płać

Mistrzostwa w Katarze mają być imprezą tylko dla zaszczepionych, a surowe restrykcje dotknąć mają zarówno kibiców, jak i piłkarzy. Ale sporo gwiazd futbolu nadal nie chce się szczepić, a FIFA nie może sobie pozwolić na to, by najlepszych zabrakło na boisku, więc wiele wskazuje, że do udziału w turnieju wystarczą negatywne testy. Tak jak to było podczas mistrzostw Europy.

Nie wszyscy są jednak tak tolerancyjni, imprezą wyłącznie dla posiadaczy covidowych paszportów ma być zbliżający się tenisowy Australian Open, szczepienia bywają przepustką do wyjścia na parkiety NBA. Ale najdalej w kończącym się roku poszedł Bayern Monachium, który niezaszczepionym piłkarzom wstrzymuje wypłaty za okres przebywania na kwarantannie.

Jednym z tych, którzy dostali po kieszeni, był gracz Bayernu Monachium Joshua Kimmich. Drugi z najlepiej opłacanych piłkarzy w bawarskim klubie, po Robercie Lewandowskim, od prawie dwóch miesięcy nie wyszedł na murawę. Najpierw trafił na izolację po kontakcie z osobą zakażoną, potem sam zachorował i zmagał się z powikłaniami. Rocznie na jego konto wpływa około 20 mln euro, więc mógł stracić już nawet 3 mln euro.

Euro i igrzyska, czyli dwa światy

Organizacja dużych imprez sportowych w pandemii wiąże się z nie lada wyzwaniami, zwłaszcza gdy rywalizacja rozsiana jest po całym kontynencie, a w każdym kraju obowiązuje inny reżim sanitarny i różne podejście do przestrzegania przepisów.

Tak było podczas piłkarskiego Euro, które miało aż 11 gospodarzy. Odbywało się wszędzie i nigdzie. Od Sewilli po Baku, gdzie nie chciał grać nikt. Miało być świętem, a okazało się niewypałem, co przyznał nawet szef UEFA Aleksander Ceferin. Trudno mówić o sprawiedliwości, gdy jedne drużyny musiały pokonywać tysiące kilometrów, a inne grały głównie u siebie.

Koszty rozłożyły się po wielu krajach, ale na takich mistrzostwach zarobiła głównie UEFA. Na sprzedaży praw telewizyjnych i umowach sponsorskich. Na biletach już niekoniecznie, bo trybuny w wielu miastach nie mogły się wypełnić do ostatniego miejsca, a i chętnych często było mniej, niż oczekiwano, gdyż pandemiczne restrykcje utrudniały podróżowanie.

Igrzyska w Tokio były już spektaklem wyłącznie telewizyjnym. Do Japonii nie wjechał żaden zagraniczny kibic. Na arenach mogli się pojawić tylko sportowcy, trenerzy, działacze, dziennikarze i zaproszeni goście. Ta zabawa przy pustych trybunach kosztowała ponad 13 mld dol. – dwukrotnie więcej niż pierwotnie szacowano, ale i tak o blisko 2 mld mniej, niż prognozowano po wybuchu pandemii.

Choć wysłaliśmy najmniejszą kadrę od 2004 r., wróciliśmy z 14 medalami – to najlepszy wynik Polski w XXI wieku. Honor znów ratowali lekkoatleci (dziewięć miejsc na podium), poprawiając nam humory po porażce piłkarzy na Euro.

Świątek i Hurkacz w Masters

Radości dostarczyli nam też tenisiści. Po raz pierwszy w kończących sezon turniejach mieliśmy dwoje przedstawicieli. I choć Iga Świątek w Guadalajarze odniosła tylko jedno zwycięstwo, a Hubert Hurkacz w Turynie żadnego, oboje w mijającym roku rozbili bank. On zarobił ponad 2,3 mln dol., ona – prawie 2 mln dol.

Świątek nie obroniła tytułu w Roland Garros, ale we wszystkich czterech turniejach Wielkiego Szlema grała równo (co najmniej 1/8 finału), poza tym triumfowała w Rzymie i Adelajdzie, na koniec zmieniła trenera – Piotra Sierzputowskiego zastąpił Tomasz Wiktorowski, były szkoleniowiec Agnieszki Radwańskiej.

Hurkacz dołączył do męskiej czołówki, wygrywając trzy turnieje ATP (ten najważniejszy w Miami), a Wimbledonie dotarł do półfinału, eliminując po drodze Rosjanina Daniiła Miedwiediewa i Szwajcara Rogera Federera. Na nowy sezon możemy czekać z nadzieją.