Stają się zapewne hitem głównie wśród inwestorów o "horyzoncie czasowym" określanym raczej w minutach niż choćby w dniach. Oczywiście, można się cieszyć z tego, że w ogóle coś się dzieje - ale sądzę, że dla każdego rynku byłoby lepiej, gdyby na nim coś się działo z jakichś innych przyczyn niż możliwość bankructwa jednego z liderów giełdowych obrotów. Cóż - nad swoim wizerunkiem można pracować, i chyba nie jestem odosobniony w poglądzie, że Elektrim zbiera żniwa np. swojej polityki informacyjnej, na temat której od dawna można było poznać wiele opinii, ale jakoś nie pamiętam ani jednej pozytywnej. Stało się już zresztą pewną tradycją, że późna jesień to czas wyjątkowo nerwowy dla akcjonariuszy tej firmy - teraz zaś wydaje się, że może także i dla jej obligatariuszy. A tu jeszcze dochodzi istotny wpływ tych akcji na indeksy giełdowe, a w dodatku te szaleństwa kursu zbiegły się z debiutem jednostek indeksowych. Inna sprawa, że i na te akurat akcje są także notowane kontrakty - przynajmniej taka różnica (względem tąpnięć kursu z dawniejszych jesieni), że teraz można było także zarobić. I jeszcze jedna sprawa ogólna: porównanie wyników spółek-matek z wynikami ich grup zdaje się sugerować, że w wielu przypadkach prawda wychodzi dopiero w skonsolidowanych: w tych czasach to chyba przejaw krótkowzroczności? (by już nie cytować tu porzekadła o tym, co ma krótkie - nogi).

Andrzej J. Chabłowski

DM Amerbrokers

członek ZMID