z akapitu wyżej trudno liczyć na jakiś szaleńczy atak popytu.
Trzeci argument przemawiający za kolejnym spadkowym tygodniem, który
najprawdopodobniej także zaowocuje czarną świecą jest analogia obecnej
sytuacji, do tej sprzed dokładnie roku. Po korekcie, która nie była jednak
zbyt duża (podobnie jak obecnie) Nastąpiły dwa tygodnie koszmaru byków i
tryumfu niedźwiedzi. Podczas tych dwóch tygodni stało się to, czego obawiało
się sporo graczy. Rynek zjechał na poziomy trzycyfrowe. Czy obecna sytuacja
nie wygląda podobnie? Po kilkutygodniowej korekcie mamy ponowne silne
spadki. Korekcie, która nie spełniła oczekiwań. Zatem sytuacja wygląda
podobnie nawet jeśli chodzi o czas realizacji. Można zatem mniemać, że także
i w tym tygodniu będziemy pod rządami niedźwiedzi. Zostanie wyrysowana druga
czarna świeca. Aż kusi by iść dalej i oczekiwać później wzrostów. Tak daleko
jednak bym się nie zapuszczał. Trudno bowiem znaleźć rozsądne przesłanki ku
rychłym wzrostom. Pozostańmy zatem tylko przy najbliższym tygodniu.
Przesłanki ku wzrostom... Czy one są i czy na tyle wiarygodne, by ryzykować
pieniądze? Są. Przesłanki ku zajęciu innej pozycji niż ta, którą wskazuje
trend istnieją zawsze. To jest przecież rynek. By był obrót musi się znaleźć
osoba, która ma inne przekonanie. W tej chwili, nadal jest sporo graczy,
którzy liczą na ie zejdziemy niżej, że lipcowy dołek faktycznie jest
wystarczająco mocny. To są jednak tylko spekulacje, za którymi nie stoi
nawet faktyczna Analiza Techniczna. Przypomnę, że o formacji podwójnego dna
można mówić dopiero wtedy, gdy kursy wyjdą nad szczyt ustanowiony między
dołkami będącymi podstawą formacji. W tej chwili, o podwójnym dnie będzie
można mówić dopiero, gdyby kursy wyszły ponad poziom szczytu ostatniej
korekty (1179) wig20fut.gif Znowu przypomnę fakt zaistnienia dużej czarnej
świecy na wykresie tygodniowym i jego konsekwencje. Można zatem sądzić, że w
tym tygodniu przyjdzie nam obserwować wartości kontraktów niższe od 1025
pkt.
Podobnie ma się sprawa formacji podwójnego dna na wykresie tygodniowym. Tu
musiałoby dojść do obrony dołka z września ubiegłego roku, czyli kontrakty
nie mogłyby zejść poniżej 975 pkt., a później musiałyby wzrosnąć do poziomu
styczniowego szczytu (1465). Trzeba przyznać, że w tej chwili to zupełna
abstrakcja. Nasuwa się oczywiście wspomniana już analogia z września
ubiegłego roku. Wtedy też pesymizm był bardzo duży, a jednak udało się
zahamować spadek i wykonać wzrost w imponującym tempie. Chciałbym jednak
zwrócić uwagę na jeden mały szczegół, który może umknąć. Pamiętne dwa
tygodnie spadków, które zakończył silny trend zniżkujący w ubiegłym tygodniu
były wywołane przez silny impuls jakim był atak na WTC. Rynek w momencie
ataku znajdował się w lekkiej tendencji wzrostowej i został zaskoczony. To
wywołało lawinę. Teraz sytuacja jest nieco inna. Rynek jest podobnie
negatywnie nastawiony, ale nie ma paniki. Ciągle jest spora grupa graczy,
którzy liczą wzrosty, a to sprawia, że trend ma się całkiem dobrze. Rynek
spada sam z siebie - nie potrzebuje takich impulsów.
Poza tym, co miałoby wywołać zwyżkę podobną do tej z października? Sam fakt,
że październiku ubiegłego roku taka zwyżka była. To chyba mało. Nie należy
zapominać, że ta ubiegłoroczna zwyżka była wywołana przez wzrost na rynku
amerykańskim. Wzrost, który okazał się tak kruchy. Wtedy był on spowodowany
szeregiem różnych czynników, a i nastroje wśród Amerykanów były diametralnie
różne. Chęć odwetu i "patriotyczne zakupy" podciągnęły kursy. Teraz tamtejsi
inwestorzy są coraz bardziej zrezygnowani i zniechęceni do zakupów na rynku
akcji. Oczywiście swoje dorzuca perspektywa wojny z Irakiem. To już nie jest
ta sama wojna, co w Afganistanie. Tu już nie ma jednoznacznych ocen, co do
jej słuszności. Mieszane uczucia są powodowane także przez różnice w
odbiorze poczynań Ameryki przez społeczność międzynarodową.
Nie można zapominać także o naszej sytuacji makro. Czy ostatnie propozycje
rządu spowodują, że w dłuższym terminie nasza gospodarka będzie się miała
lepiej? A kogo obchodzi dłuższy termin? Liczą się najbliższe miesiące -
przecież wybory za pasem. W związku z tym "należy" podjąć takie działania,
które zapewnią trochę szumu w mediach oraz przyniosą szybki efekt. Mamy
zatem kuriozalne oddłużanie bankrutów oraz najnowsze działo
Ministra-maratończyka - abolicja podatkowa. Każde z tych posunięć to
przyznanie, że obecny system nie jest efektywny. Przy czym jest to
przyznanie połowiczne i trochę zawoalowane, by przypadkiem wyborcy się nie
połapali. Przecież takie ruchy, jakie obecnie proponuje MF, przeczą
dogmatom, które się tłucze ludziom na okrągło.
O oddłużeniu już wspominałem przed dwoma tygodniami. Mamy tu podział na
równych i równiejszych. Wszyscy regularnie płacący podatki i składki na ZUS
pokrywają koszty własnych świadczeń oraz świadczeń pracowników, których
firmy podatków i składek nie płacą. By było śmieszniej. Tym co nie płacą
daruje się długi w zamiciążani - tym razem by starczyło na spłatę długu
i odsetki. Przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie podejrzewa, że teraz po
oddłużeniu kopalnie, huty czy PKP będą regularnie i bez przeszkód płacić
podatki lub ZUS. Do tego potrzeba być rentownym, a tego słowa nikt przecież
tam nie zna. Nie trzeba będzie długo czekać, aż zobowiązania tych podmiotów
ponownie się pojawią i zaczną rosnąć. Jak widać, podstawą funkcjonowania
wybrańców jest zwolnienie ich z wszelkich danin na rzecz państwa , czy w
praktyce m.in. niższych kosztów pracy. Wtedy może sobie jakoś poradzą. Inni
nie mają wyboru. Tylko, że przecież nie można takiego rozwiązania tak
otwarcie wprowadzić. Mamy więc to samo tylko inaczej. Tylko czekać, jak za
parę lat ponownie zostanie szumnie ogłoszony program "restrukturyzacji".
Obecnie mamy nowy element - abolicja podatkowa, czyli podatek liniowy dla
wybranych. W każdym podręczniku ekonomi jest napisane, że nadmierny
fiskalizm Państwa prowadzi w konsekwencji do zmniejszania się kwoty jego
dochodów. Ludność zaczyna szukać sposobów na ucieczkę przed żarłocznością
fiskusa. Część działalności zostaje nie ujawniana. Powstaje tzw. szara
strefa. Teraz, by ściągnąć podatek od tych nieujawnionych dochodów proponuje
się niższa stawkę. Po to ona jest niższa by opłacało się te dochody
ujawniać. Nie wiem ,ile osób faktycznie będzie skłonne pójść na taki układ.
Niemniej, wydaje się, że tym posunięciem między wierszami przyznaje się, że
obciążenia podatkowe są zbyt duże. I po raz kolejny, ci co pozostawali w
zgodzie z litera prawa tracą. Trzeba było nie ewidencjonować dochodów, a
teraz zapłacić mniej, jeśli w ogóle. Dlaczego jest to akurat 7,5%? Dlaczego
jest to stała stopa dla wszystkich? Dlaczego nie ma w tym wypadku, tak
lubianej przez lewicę, progresji stawki w zależności od kwoty podlegającej
opodatkowaniu? Czy nie prościej byłoby wprowadzić takie rozwiązanie jako
powszechne, a nie tylko dla nieuczciwych? Pytania są oczywiście retoryczne.
Podatek liniowy to przecież zbrodnia dla każdego stronnika lewicy. Abolicja
jednak jest przecież takim podatkiem. Jednak jednorazowo można to przełknąć.
Wyborca się przecież nie połapie. A, że stawka stała? No przecież musi być
stała, żeby ktoś w ogóle zapłacił. Niestety nie ma się co łudzić, że podobne
wnioski zostaną przeciągnięte także na cały system podatkowy. Tu (abolicja)
prostota i niska stawka ma przyciągnąć nieuczciwych, ale "normalne" zasady
takich rozwiązań nie mogą przyjąć, bo przecież to "społecznie
niesprawiedliwe" (cokolwiek to znaczy). Mam tylko nadzieję, że jednak fakt,
że abolicja będzie miała miejsce sprawi, że dyskusja na temat podatku
liniowego ponownie się pojawi.
Teraz jednak żadnych rewelacji nie można się spodziewać. W dłuższym terminie
wszystkie te posunięcia nie spowodują niczego dobrego, a mogą nawet coś
popsuć. Wprowadzając możliwość bezbolesnego rozgrzeszenia dla nieuczciwych
wprowadza się w życie tzw. moral hazard. Teraz ci, co mają płacić podatki
zastanowią się jeszcze raz, bo może nie ma sensu się tak szarpać? W krótkim
terminie działania rządy mogą pomóc, ale w gospodarce chyba nie należy
grzebać tylko po to, by się poprawiło na parę miesięcy, a potem było jeszcze
gorzej. Sądzę, że takie właśnie wnioski wyciąga większość inwestorów i w
konsekwencji mamy to co mamy. A, że na wskaźnikach są dywergencje? A są -
tylko, że to jeszcze nie powód do kupna. Same dywergencje nie są podstawą do
działania. By podjęć decyzję inwestycyjną należy poczekać na sygnał. Na
sygnały kupna przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać.
Kamil Jaros