Wczorajsza sesja pokazała, że bardziej prawidłowa jest ta druga odpowiedź. To dodatkowo komplikuje ocenę obecnej sytuacji na rynku. Można sobie wyobrazić, że po kilku dniach odpoczynku popyt znów zaatakuje, ale realne jest też to, że dalsze pogorszenie koniunktury na świecie wyzwoli większą podaż. A przedpołudniowa część wczorajszej sesji pokazała, jak rynek jest wobec niej bezbronny - w pół godziny indeks spadł o prawie 15 pkt. W sumie jednak na koniec dnia wybronił wsparcie w połowie poniedziałkowej świecy, a obroty na spadku były znów małe, choć nieco większe niż dzień wcześniej.
Wydaje się, że dopóki WIG20 nie zakończy dnia poniżej 1100 pkt., a potem nie zakryje poniedziałkowej luki hossy można wciąż liczyć na atak na 1140 pkt. Nie zapominałbym przy tym, że od 2 miesięcy indeks znajduje się w trendzie spadkowym, więc podaż może się w każdej chwili uaktywnić. Z drugiej strony nasz rynek poddaje się specyficznej logice, przeciwnej do tej, jaka występuje na giełdach rozwiniętych. Na nich im trend jest bardziej zaawansowany tym trudniej go odwrócić, co widać w ostatnich dniach szczególnie w eurolandzie. U nas ta reguła działa tylko przy wzrostach. W trendzie spadkowym jest odwrotnie - im niżej indeksy tym trudniej im tracić. To utrudnia ocenę przebiegu zdarzeń i stawianie prognoz.
Nie pozostaje nam nic innego, jak czekać na kolejne sygnały. Można przypuszczać, ze gdyby dziś WIG20 przeszedł na minus inwestorzy ostatecznie zwątpią w możliwość kontynuacji zwyżki. Dopóki jest na plusie jest szansa na przekroczenie poniedziałkowego zamknięcia i dotarcie w rejon 1140 pkt.