Pytanie brzmi: co się dzieje ze wzrostem gospodarczym przy rzeczywistych stopach procentowych rzekomo na odpowiednim poziomie? Według wstępnych danych, ceny produkcji sprzedanej przemysłu w kwietniu 2006 były o 1.4% wyższe niż w poprzednim miesiącu. Najwięcej wzrosły ceny w górnictwie (o 7.3%), czemu nie należy się dziwić, przy całym szaleństwie z bańką spekulacyjną rynku surowców. W przetwórstwie przemysłowym zanotowano wzrost cen o 1% m/m. Przypomnieć trzeba, że przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw spadło w kwietniu o -1.7% m/m. Obserwujemy kilka rzeczy: popyt wewnętrzny jest nadal niezwykle słaby, nie widać presji inflacyjnej ze strony wynagrodzeń, produkcja przemysłowa jest daleka od oczekiwań, nie tylko nie wykazuje wyraźnego wzrostu dynamiki, ale drugi rok z kolei zachowuje się w sposób bardzo niestabilny, sugerując wpływ bieżących (krótkoterminowych) czynników znacznie bardziej niż wynikałoby z generalnego pozytywnego sentymentu po wejściu Polski do Unii Europejskiej, nie widać hurraoptymizmu w inwestycjach, nie widać też dobrych perspektyw dla zmniejszenia bezrobocia, poza emigracją siły roboczej za granicę. Przy stopach procentowych 4% nasila się nadpłynność sektora bankowego i zwiększa restrykcjność polityki monetarnej. Tak kiepski kwiecień może spowodować, że wkrótce Rada Polityki Pieniężnej będzie miała podobny problem jak Bernake, co zrobić w obliczu spowolnienia gospodarczego i wzrostu inflacji w cenach producentów. Oczywiście krajowe PPI jeszcze nie przesądza, że zaraz dramatycznie podskoczy inflacja w cenach konsumentów, jednak prędzej czy później jakaś część tego co zobaczyliśmy u producentów pokaże się w kasach wstukujących ceny detaliczne. Nie ulega wątpliwości, że w Polsce stworzone zostały świetne warunki do inwestycji nieprodukcyjnych, do spekulacji, a znacznie mniej uwagi przywiązano do rzeczywistej gospodarki, która nie jest w stanie budować nowych miejsc pracy dla trzymilionowej rzeeszy bezrobotnych. Bankom komercyjnym i funduszom inwestycyjnym bardziej opłaca się odcinać kupony od obligacji o bardzo wysokiej rentowności, aniżeli pomagać rozwijać inwestycje przemysłowe i usługi. Banki zarabiają zarówno na kredytach produkcyjnych jak i na kredytach spekulacyjnych udzielanych rozgorączkowanym inwestorom giełdowym, w tym drugim przypadku nie ponosząc żadnego ryzyka finansowego. Taka a nie inna polityka sektora bankowego wynika między innymi z tego, że w przeważającej części znajduje się w rękach kapitału zagranicznego. Rekordowe zyski sektora bankowego uciekają z kraju w postaci wypłat z zysku, zakrywane są rozdmuchanymi kosztami, a nie służą finansowaniu krajowych przedsięwzięć. A rekordowe zyski przynoszą zawyżane opłaty z tytułu prowadzenia rachunków bieżących osób prawnych i fizycznych prowadzących działalność gospodarczą. Przy realnie rzecz biorąc najwyższych stopach procentowych w Europie, większość krajowych banków dysponuje wielkimi pieniędzmi z nieoprocentowanych rachunków bieżących. Tymi środkami obraca wielokrotnie na rynku międzybankowym osiągając duże korzyści.
Od nowego szczytu roku 1.2971 na euro/dolarze z poniedziałku zarysowała się korekta spadkowa, która nie zakończyła się jeszcze. Jej zasięg i długość będą zależały od zachowania się rynku metali i surowców. Gwałtowne spadki cen miedzi, srebra, złota, które z kolei przeniosły się na spadki akcji, a spadki akcji na spadki indeksów giełd namieszały sporo na rynku walutowym. Sentyment w naszym regionie uległ znacznemu pogorszeniu. Od początku tego tygodnia na poszczególnych segmentach rynku globalnego doszło do jakiegoś znaczącego tąpnięcia. Dzisiaj ceny ropy są nadal stabilne nie przekraczając poziomu 70 dolarów za baryłkę. Również złoto spadło poniżej 700 dolarów za uncję. Na ostatniej sesji tygodnia nie będzie już żadnych danych z USA. Jedynie przed południem poznaliśmi niemieckie PPI, które wzrosło najmocniej od 1982 roku sygnalizując czerwone światełko dla ECB.
Dolar kończy tydzień w nieco lepszej kondycji niż w poprzedni piątek. Jak podkreślałem wielokrotnie, nie sposób mówić o mocniejszym dolarze przy rekordowych notowaniach surowców. Na wykresach ropy powstała formacja podwójnego szczytu, która może przynieść poważniejszą korektę cen. Dane o przepływie kapitału zagranicznego (TICS) w kwietniu były mieszane, co prawda wystarczające dla pokrycia znanego deficytu handlowego USA wynoszącego 62 mld dolarów, ale w swej strukturze zaszły istotne zmiany. Poprawiło się zainteresowanie akcjami spółek i obligacjami korporacyjnymi, ale okazało się, że po raz pierwszy od dłuższego czasu banki centralne były sprzedającymi netto obligacje skarbowe. Niemiecki ZEW zleciał aż 10 punktów do poziomu 50. Zarówno PPI jak i dalsze znaki spowolnienia rynku nieruchomości nie były dobre dla dolara. Nowe budy spadły -7.4%, nowe pozwolenia na budową domów spadły o -5.4%. Mamy dowody poważnego schłodzenia rynku nieruchomości. PPI kwietnia wzrosło +0.9%, ale bazowe PPI wzrosło zaledwie +0.1%. W skali roku PPI bazowe wzrosło tylko o +1.5%. Na rynku od poniedziałku utrzymują się krótkie otwierane @ 1.2908. Z kolei CPI, czyli inflacja w cenach konsumentów, okazało się lepsze dla dolara, ponieważ wzrosło +0.6% m/m i +3.5% r/r, a bazowe CPI wzrosło +0.3% m/m i +2.3% r/r.
Osłabienie złotówki świadczy o sporych przetasowaniach i dużym ruchu w transferach spekulacyjnych. Byłoby naiwnością stwierdzić, że nie ma się czym martwić. W ślad za rynkiem globalnym złotówka przeważnie potrafiła bardziej się umacniać, aniżeli osłabiać. Teraz jest jakby odwrotnie. W miniony czwartek na wolumenie WIG-u i WIG20 powstała bifurkacja Hopfa i charakterystyczna dystrybucja akcji na bardzo wysokich poziomach. Sentyment rynku akcji nie uległ zmianie. Na krajowym parkiecie indeksy pokazują spadki.
Osłabienie złotówki utrzymuje się w dalszym ciągu i gdyby nie tajemnicze kontrakcje, zarówno dolar/złoty jak i euro/złoty mielibyśmy na zupełnie innych poziomach. O godzinie 14:57 USDPLN notowany był na poziomie 3.0870, natomiast EURPLN na poziomie 3.9344. W tym samym czasie EURUSD notowany był na 1.2740.