Piątek pokazał już pewną realizację zysków, chociaż trudno było zaobserwować wyraźną zmianę pozytywnego sentymentu. Wprawdzie dla części inwestorów tempo ostatniej aprecjacji złotego mogło być zbyt duże, podobnie jak hossa na rynku obligacji i zwyżki na warszawskim parkiecie, to jednak czynniki motywujące te działania nadal pozostały aktualne. W piątek po południu za jedno euro płacono 3,8060 zł, a za dolara 2,9660 zł.
Kluczowym jest wzrost apetytu na ryzyko wśród zagranicznych funduszy i zbliżająca się końcówka roku, czyli tradycyjny okres wzrostu zainteresowania bardziej ryzykownymi inwestycjami m.in. z racji chęci poprawienia i tak dobrych wyników inwestycyjnych. Z kolei kumulacja inwestycji akurat w naszym regionie Europy to wynik dobrych informacji z krajów zaliczanych do głównej "czwórki", czyli Polski, Czech, Słowacji i Węgier. Zacznijmy od tych ostatnich - opublikowane w tym tygodniu dane o październikowej inflacji CPI na Węgrzech, która odnotowała kolejny wzrost doprowadziły do nasilenia spekulacji odnośnie możliwej podwyżki kosztu pieniądza przez tamtejszy bank centralny już podczas najbliższego, poniedziałkowego posiedzenia - do 8,25 proc. Z kolei zaakceptowany kilka tygodni temu plan ograniczenia ogromnego deficytu budżetowego cały czas jest wdrażany i inwestorzy próbują już teraz dyskontować jego pozytywne efekty. Oczywiście ta logika jest nieco pokrętna, gdyż zbytni fiskalizm prowadzi do wzrostu presji inflacyjnej, a ta z kolei prowadzi do zacieśnienia polityki monetarnej, co z kolei wpływa na wzrost obsługi ogromnego zadłużenia i spadek tempa wzrostu gospodarczego, co prowadzi do spadku wpływów budżetowych przekładających się po części na wzrost (bądź utrzymanie) deficytu i tak w kółko. Tym jednak nikt się na razie nie przejmuje. Najlepiej z całego regionu prezentuje się Słowacja, gdzie według opublikowanych kilka dni temu szacunków wzrost gospodarczy w III kwartale wyniósł aż 9,8 proc. r/r, a przyjęcie euro do końca tej dekady cały czas jest możliwe. Nie dziwi tym samym fakt, iż tamtejsza korona biła w ostatnich dniach swoje historyczne rekordy.
Z kolei w Polsce opublikowane w środę dane o inflacji konsumenckiej w październiku, która spadła bardziej niż oczekiwano (do 1,2 proc. r/r z 1,6 proc. r/r) przyczyniły się do utrzymania hossy na rynku obligacji. Przetarg 5-letnich obligacji o wartości 2 mld zł był udany, a na rynku wtórnym rentowności tych papierów spadły wyraźnie poniżej kluczowych 5 proc. Wprawdzie zarówno przedstawiciele resortu finansów, jak i członkowie Rady Polityki Pieniężnej byli zgodni, że do końca roku inflacja może powrócić w okolice 1,9-2,0 proc. r/r, to jednak siła obozu "jastrzębi" była mniej widoczna, co można było zauważyć w wypowiedziach członków RPP. Z wielu warto przytoczyć tą autorstwa Stanisława Owsiaka, którego zdaniem stopy procentowe nie powinny być podnoszone przez kilka najbliższych kwartałów, gdyż złoty pozostaje mocny, wzrost gospodarczy jest stabilny, a wpływ wzrostu płac na inflację jest przeceniany (wg. GUS w październiku średnia płaca wzrosła o 4,7 proc. r/r wobec 5,1 proc. r/r we wrześniu). Z kolei zaliczana do obozu "jastrzębi" Halina Wasilewska-Trenkner zgodziła się z tym, że stopy procentowe powinny być podwyższane stopniowo, nie wykluczając, że skala podwyżek może być mniejsza niż się sądzi (rynek kontraktów FRA zakłada ruch o 75 p.b. w 2007 r.). Natomiast zdaniem wicepremier Zyty Gilowskiej mówienie o wzroście kosztu pieniądza w Polsce jest jeszcze przedwczesne. Tyle, że szefowa resortu finansów ma teraz inny problem - w środę Komisja Europejska poinformowała, iż rozpoczyna kolejny etap procedury wobec Polski w związku z niedopełnieniem przez nasz kraj ustaleń zmierzających do obniżki deficytu sektora finansów publicznych w 2007 r. do 3,0 proc. PKB.
Po publikacji korzystnych danych w tym tygodniu (niska inflacja CPI w październiku, nadwyżka na rachunku obrotów bieżących we wrześniu będąca wynikiem wyższych transferów unijnych, wykonanie deficytu budżetu po 10 miesiącach na poziomie 54,4 proc. planu) najbliższe dni mogą przynieść kolejne informacje potwierdzające dobrą kondycję polskiej gospodarki. Już w poniedziałek poznamy dane o produkcji przemysłowej w październiku, która wg. prognoz wyniosła 14,1 proc. r/r wobec 11,7 proc. r/r we wrześniu. Z kolei ceny produkcji sprzedanej przemysłu (PPI) mogły nieco spaść (do 3,5 proc. r/r z 3,6 proc. r/r). Kluczowe dla oceny perspektyw inflacyjnych są jak zawsze informacje o inflacji bazowej netto, które poznamy w czwartek o godz. 14:00 (oczekuje się, iż pozostała ona w październiku na niezmienionym poziomie 1,4 proc. r/r). Z kolei koniec tygodnia przyniesie dane dotyczące sprzedaży detalicznej i bezrobocia. W pierwszym przypadku, mimo, że oczekuje się nieznacznego spadku, to jednak dynamika powinna pozostać dwucyfrowa (13,50 proc. r/r), a w drugim czeka nas dalsza poprawa do 14,9 proc. Jak to wszystko przełoży się na notowania złotego? Wprawdzie nie można wykluczyć krótkoterminowej korekty, będącej wynikiem pewnej realizacji zysków i umocnienia się amerykańskiego dolara na rynkach światowych, to jednak dosyć trudno może być o poziomy wyższe od 3,81-3,82 zł na euro i 2,98-2,99 zł na dolarze. W średnim terminie złoty będzie nadal pozostawać silny i pewnych zmian można będzie się spodziewać dopiero na początku przyszłego roku.
Rynek międzynarodowy: