Kiedy ostatnio rozmawialiśmy o rynku ropy, wskazywałeś, że jeśli sytuacja wokół Cieśniny Ormuz zostanie opanowana, ceny mogą zmierzać nawet w kierunku 50 dolarów za baryłkę. Czy ten scenariusz nadal jest aktualny?
Tak, choć raczej mówimy o perspektywie przyszłego roku. Moim zdaniem bardzo prawdopodobny jest przedział 50–60 dolarów za baryłkę, jeśli obecne założenia się utrzymają. Kluczowe jest to, że Iran może w pełni wrócić na rynek ropy i sprzedawać surowiec bez ograniczeń oraz bez konieczności oferowania go wyłącznie Chinom z dużym dyskontem. Jednocześnie obserwujemy wzrost produkcji w wielu krajach. Zjednoczone Emiraty Arabskie zwiększają wydobycie, Arabia Saudyjska dysponuje dużą elastycznością produkcyjną, Kuwejt szybko odbudowuje moce wydobywcze. Do tego dochodzą Stany Zjednoczone i Brazylia. Wszystko wskazuje więc na rekordową podaż w przyszłym roku. Po drugiej stronie mamy popyt, który nie odbudowuje się tak dynamicznie, jak wcześniej zakładano. Szczególnie widoczne jest to w Chinach, które znacząco ograniczyły import. Nie spodziewam się klasycznego, V-kształtnego odbicia. Ucierpiał także przemysł petrochemiczny, dlatego rekordów popytu raczej nie zobaczymy. W efekcie możemy mieć do czynienia z bardzo dużą nadpodażą. Międzynarodowa Agencja Energii szacuje ją nawet na 5 mln baryłek dziennie. To ogromna skala. Co ciekawe, jeszcze niedawno krzywa terminowa sugerowała, że poziomy cen obserwowane dziś zobaczymy dopiero około 2030 roku. Tymczasem proces ten znacząco przyspieszył. Oczywiście nie oznacza to braku zmienności. Nie przyzwyczajałbym się do cen w okolicach 78 dolarów za baryłkę. W kolejnych miesiącach równie dobrze możemy zobaczyć ponownie okolice 90 dolarów.
Inwestorzy zdają się jednak patrzeć na okoliczności przez „różowe okulary”. Nawet jak w weekend pojawiły się kolejne niepokojące informacje z Bliskiego Wschodu to w poniedziałek na rynku ropy nie widać było nerwowości, a wręcz przeciwnie.
Rynek zdecydowanie chce patrzeć na sytuację przez różowe okulary. Widzieliśmy to już wcześniej. Przez wiele tygodni mieliśmy napiętą sytuację wokół Cieśniny Ormuz, a mimo to ceny pozostawały poniżej 100 dolarów za baryłkę. W praktyce spora część handlu ropą odbywała się mimo oficjalnych ograniczeń. Dane agregowane przez Bloomberga wskazywały nawet na przepływ 2–3 mln baryłek dziennie przez cieśninę, choć nie było tego widać w oficjalnych statystykach. Dziś sytuacja stopniowo się normalizuje. Liczba statków korzystających z cieśniny wraca do wyższych poziomów, choć wciąż jest niższa niż przed konfliktem.
Czytaj więcej
Aż o 500 dolarów za uncję obniżył swoją prognozę cen złota Goldman Sachs na koniec roku, bo nie przewiduje już obniżki stóp procentowych przez Reze...
To co się wydarzyło w ostatnich tygodniach tworzy nowy układ sił czy jednak był to tylko rynkowy „epizod”?
Kierunek pozostaje ten sam, ale droga do niego będzie inna. Najważniejsza zmiana polega na tym, że OPEC nie będzie miał już takiej siły oddziaływania jak wcześniej. Państwa, które były tradycyjnymi klientami producentów z Zatoki Perskiej, zaczną szukać alternatyw. Dotyczy to również samych krajów regionu, które będą chciały uniezależnić się od Cieśniny Ormuz. Zjednoczone Emiraty Arabskie już budują ogromny rurociąg, który ma umożliwić eksport bez korzystania z tej trasy. Podobne działania mogą podejmować także Irak i inni producenci. Zmieni się również podejście krajów azjatyckich. Dotąd ropa z Zatoki Perskiej była dla nich najtańsza, ale ostatnie wydarzenia pokazały, że bezpieczeństwo dostaw również ma swoją cenę. To przypomina sytuację z 2022 roku, gdy wojna w Europie całkowicie przemodelowała rynek gazu ziemnego i paliw. Teraz możemy obserwować podobny proces na rynku ropy. Łańcuchy dostaw będą przebudowywane, konkurencja wzrośnie, a producenci z Zatoki Perskiej będą musieli walczyć o klientów przede wszystkim ceną. Podsumowując: nadal spodziewam się dużej zmienności na rynku ropy, ale w dłuższym terminie bardziej prawdopodobny jest kierunek spadkowy.
Dużo dzieje się też na rynku złota, ale tutaj chyba głównie namieszał Fed, który umocnił dolara? Rynek zaczął mocniej wyceniać podwyżki stóp procentowych.
Tak, ale moim zdaniem jest to przesada. Widzimy już obniżanie prognoz dla złota przez część banków inwestycyjnych, ponieważ zakładają one bardziej restrykcyjną politykę banków centralnych. Ja patrzę na to inaczej. Europejski Bank Centralny musiał pokazać determinację, aby uniknąć zarzutów o spóźnioną reakcję, podobnych do tych z 2022 roku. Fed znajduje się jednak w bardziej komfortowej sytuacji. Dodatkowo Kevin Warsh rozpoczął przegląd metodologii wykorzystywanej przy liczeniu inflacji oraz tworzeniu prognoz. W najbliższych miesiącach możemy zobaczyć istotne zmiany w podejściu do polityki monetarnej. Nie spodziewam się podwyżek stóp procentowych do końca roku. Ewentualnym terminem mógłby być grudzień, kiedy zakończą się wspomniane prace analityczne. Trzeba też pamiętać o wyborach połówkowych w USA. Trudno mi sobie wyobrazić, aby nominowany przez Donalda Trumpa szef Fed zdecydował się na podwyżkę już we wrześniu. Wracając do złota: niektóre prognozy zakładają nawet spadek złota do okolic 3800 dolarów za uncję. Uważam jednak, że rynek przesadza z wyceną tak agresywnego zacieśnienia polityki pieniężnej. Nadal zakładam, że złoto ma szansę osiągnąć poziom 5000 dolarów za uncję jeszcze w tym roku. Patrząc długoterminowo, obecne poziomy wydają mi się atrakcyjne. Trudno mi uwierzyć, że za pięć lat złoto będzie kosztowało mniej niż 4000 dolarów za uncję – chyba że stopy procentowe w Stanach Zjednoczonych wzrosłyby do 5–6 proc. Z technicznego punktu widzenia znajdujemy się poniżej 200-sesyjnej średniej kroczącej. Przestrzeń do dalszej korekty nadal więc jest.