Jakie stopy zwrotu na giełdzie osiągają przeciętnie inwestorzy indywidualni? Czy istnieją takie dane dla Polski?

Badania ogólnoświatowe pokazują, że inwestorzy indywidualni osiągają stopy zwrotu poniżej rynkowych. Przykładowo, w USA w latach 2012–2021 szeroki indeks S&P 500 dawał roczną stopę zwrotu na poziomie około 15 proc. Tymczasem, jak wynika z analiz JPMorgan, przeciętny inwestor uzyskiwał stopę zwrotu o połowę niższą. Kompleksowego badania dotyczącego rynku polskiego nie widziałem, ale zdecydowanie by się nam przydało.

Jakie są najpowszechniejsze błędy, które stoją na drodze inwestorów do lepszych wyników?

Tych błędów jest sporo. Najważniejsze to brak planowania, działanie pod wpływem impulsu, chwilowych emocji, czasami związane też z nadmierną pewnością siebie, chęcią przebicia rynku za wszelką cenę. To skutkuje szeregiem błędów, na przykład nadmierną koncentracją portfela, czyli zbyt dużym udziałem pojedynczych instrumentów. To jest czynnik, który niesie ryzyko potężnej straty. Z badań JPMorgan wynika, że spośród akcji 13 tys. spółek, które przewinęły się przez indeks Russell 3000 w latach 1980–2014, około 40 proc. zanotowało znaczącą i permanentną stratę. To znaczy, że kursy tych akcji od szczytu do dołka zmalały o ponad 70 proc. i nie wróciły później do punktu wyjścia. Koncentracja portfela na takich walorach mogłaby prowadzić do dużej straty.

Dlaczego inwestorzy nie dywersyfikują dostatecznie swoich portfeli? Czy to wynika właśnie ze wspomnianej przez pana nadmiernej pewności siebie, czyli przekonania, że jeśli wybrało się jakąś spółkę, to na pewno celnie?

Są różne przyczyny tego zjawiska. Na pewno jest to kwestia edukacji, ale też chęci przebicia rynku, osiągnięcia bardzo wysokiej stopy zwrotu. Jeśli ktoś popatrzy na stopy zwrotu liderów rynku, to one bywają bardzo kuszące, działają na wyobraźnię. Ale zdarza się też, że ci inwestorzy, którzy mają tak skoncentrowane portfele, to menedżerowie firm, którzy w ramach wynagrodzenia otrzymują opcje na akcje. Menedżerowie niechętnie te walory sprzedają m.in. dlatego, że mają pewną iluzję kontroli nad firmą, w której pracują.

Z ustaleń ekonomistów behawioralnych wynika, że ludzie mają awersję do strat, tzn. bardziej boli ich strata danej wielkości, niż cieszy analogiczny zysk. Jak to wpływa na decyzje inwestorów detalicznych?

Ta teoria pokazuje, jak działa nasz umysł, gdy portfel albo jakaś pozycja jest pod kreską. Strata boli bardziej, niż cieszy zysk takiej samej wielkości. A jednocześnie w momencie straty nasza tolerancja na ryzyko jest większa niż w momencie zysku. To sprawia, że inwestorzy niechętnie zamykają nierentowne pozycje i utrzymują je zbyt długo. To jest szczególnie niebezpieczne właśnie wtedy, gdy portfel jest mocno skoncentrowany na pojedynczych spółkach.

Czyli inwestorzy nie chcą zamykać pozycji, które są pod kreską, bo nie traktują niezrealizowanej straty jako straty?

Tak. A z drugiej strony zysk cieszy inwestorów, nawet gdy jest niski, co skłania do przedwczesnego zamykania zyskownych pozycji. Inwestorom indywidualnym trudno jest utrzymać w portfelu akcje liderów rynkowych i w pełni wykorzystać potencjał tych pozycji. Krótko mówiąc, tendencja wynikająca z teorii perspektyw jest taka, że inwestorzy zbyt długo utrzymują stratne pozycje, a zbyt krótko rentowne pozycje. A powinno być odwrotnie.

Czy remedium na te błędy jest postępowanie zgodnie z jakimś z góry założonym planem? Jak szczegółowy powinien być taki plan, co powinien zawierać?

Plan inwestycyjny powinien być wpisany w całą naszą strategię inwestycyjną, uzależnioną od naszej tolerancji ryzyka, horyzontu, celów itp. Ale najważniejsze jest to, żeby plan zawierał elementy zarządzania ryzykiem. Inwestowanie to działanie w obszarze niepewności, jest to naturalna cecha rynku. Jak powiedział Keynes, rynek potrafi być nieracjonalny przez dłuższy czas, niż inwestorzy mogą utrzymać wypłacalność.

Powiedział pan, że inwestorzy mają tendencję do zbyt wczesnego zamykania zyskownych pozycji. To się kłóci z tzw. syndromem FOMO (fear of missing out), czyli strachem inwestorów przed tym, że nie załapią się na rozpędzony pociąg hossy. Wskutek tego syndromu inwestorzy za późno do tego pociągu wsiadają albo za długo nim jadą. Jak się od tego strachu uwolnić?

Polecam spojrzeć na rynek w szerszej perspektywie. Syndrom FOMO może być szczególnie obecny wśród inwestorów, którzy mają bardzo krótki horyzont inwestycyjny. Im może się wydawać, że właśnie przechodzi im koło nosa jedyna w swoim rodzaju okazja.

Gdyby przyjęli dłuższy horyzont inwestycyjny, mogliby się od tej myśli uwolnić.

parkiet.com