Najbardziej skomplikowane teorie kwantowe naukowcy przedstawiają często za pomocą porównań i odniesień. I to pomaga. Te wszystkie hashe, klucze prywatne i publiczne, szyfrowanie asymetryczne, operacje na niewyobrażalnych liczbach pierwszych. Do tego koparki, rozproszone bazy danych, krzywe eliptyczne szyfrowania itp. To wszystko jest ważne, ale zaciemnia podstawową ideę, która jest prostsza, niż się pozornie wydaje. Poniżej, za pomocą materiałów udostępnionych przez portal bitcoin.pl, spróbujemy wyjaśnić obrazowo, na czym polegają i jak działają łańcuch bloków, czyli blockchain, i kryptowaluta bitcoin.

Sieć wzajemnego zaufania

Foto: GG Parkiet

Zacznijmy od technologii łańcucha bloków. Idea przedstawia się następująco. Wyobraźmy sobie, że w parku siedzą Anna, Piotr i Satoshi i trzymają w rękach kartki i ołówki. Anna mówi, że otrzymała jednego bitcoina, i zapisuje to na kartce. To samo robią Piotr i Satoshi. Następnie podchodzą do siebie i sprawdzają, co mają napisane. Jeśli wszystko się zgadza, transakcja jest zatwierdzona.

Następnie Anna powiadamia wszystkich, że przesyła pół bitcoina Piotrowi, co również zapisuje na swojej kartce. To samo robią Piotr i Satoshi – zapisują tę transakcję i ostateczny stan, a później znów podchodzą do siebie i porównują zapisy. Zgadza się, więc transakcja zostaje zaakceptowana.

Teraz Satoshi woła: hej, kto ma chęć, niech przyłączy się do naszej gry. Podbiega 50 osób. Na swoich kartkach uzupełniają wszystkie transakcje od początku, gdy Anna, Piotr i Satoshi zaczęli swą zabawę. Każdy ma pełną historię wszystkich przelewów. Co to oznacza?

Po pierwsze – bardzo trudno zniszczyć ten system, bo wystarczy jedna karteczka, która ocaleje z hipotetycznego pogromu, i wszystko będzie działać dalej. Po drugie – nie da się sfałszować transakcji, bo wszyscy patrzą na wszystkich, a do tego podrobienie zapisu jednej dzisiejszej transakcji wymaga przepisania wszystkich innych od samego początku do dzisiaj. Wynika to z obliczeń matematycznych, które potrzebują informacji zawartych w poprzedzających je transakcjach. I to jest właśnie blockchain, czyli rozproszona, połączona logicznym łańcuchem przyczynowo-skutkowym sieć. Po raz pierwszy została wykorzystana w kryptowalucie bitcoin, ale obecnie stosuje się ją w wielu innych dziedzinach życia, m.in. w bankowości czy giełdowych systemach transakcyjnych. O potencjale blockchain opowiadał tydzień temu w #PROSTOzPARKIETU prof. Krzysztof Piech z Uczelni Łazarskiego.

Waluta bez pokrycia?

Wyjaśniliśmy, czym jest łańcuch bloków, więc teraz czas na bitcoina, który na nim bazuje. Czym jest najbardziej znana obecnie na świecie kryptowaluta? Tak naprawdę jest informacją, arbitralnie przyjętym prawem własności. Równie dobrze mógłby się nazywać „żeton A". To bez znaczenia. Pytanie – dlaczego ma on jakąkolwiek wartość? Z tej samej przyczyny, z jakiej muszelki i paciorki miały swoją cenę, sól była kiedyś droższa od złota, a dzisiejsze cyferki na koncie w banku pozwalają zakupić realne dobra. Chyba najlepiej porównać bitcoina do kamieni rai (duże, kamienne dyski wytwarzane dawniej przez mieszkańców wyspy Yap i sąsiednich wysp Mikronezji, tradycyjnie wykorzystywane tam jako środek płatniczy).

Kamienie rai to genialnie odkryte prawo własności przez prymitywne wydawałoby się ludy. Jego powstanie dobrze oddaje historia, gdy chcący dokonać zakupu ziemi na sąsiedniej wyspie człowiek, przypadkowo zatopił w morzu swój kamień. I co teraz? Stracił swoje pieniądze? Oczywiście, że nie – orzekła rada starszych tego plemienia. – Kamień spoczywa sobie spokojnie na dnie i nikt go nam już nie ukradnie. Ty dostaniesz ziemię, a sprzedający stanie się właścicielem leżącego na dnie morza kamienia – brzmiało orzeczenie rady.

I tu miejsce na drobną dygresję. Co my współcześni, cywilizowani ludzie robimy z powszechnym środkiem tezauryzacyjnym, jakim jest złoto? Najpierw w pocie czoła i w cierpieniu kopiemy dziury w ziemi, z których na ogromne odległości przenosimy złoto. Potem robimy drugą dziurę, oblewamy ją ze wszystkich stron betonem, nazywamy bankiem, stawiamy strażników i dużym kosztem ją chronimy. Lud polinezyjskich wysp pękłby ze śmiechu. Dlaczego nie oszacować ilości złota w ziemi i w razie sprzedaży przenieść po prostu prawo własności na kupującego?

Ale wróćmy do spoczywającego kamienia na dnie oceanu. Wyższym stopniem abstrakcji byłoby założenie, że żadnego kamienia tam być nie musi. Zresztą może został on zniszczony przez jakiś naturalny czynnik. Może tak, może nie. Wystarczy, że umówimy się, że ten kamień tam jest, i nie dodamy w wyobraźni dziesięciu następnych. Po prostu będziemy uczciwi. Rada starszych plemienia przyjęła, że ten kamień faktycznie tam leży. Na tym polega mniej więcej idea prawa własności.

Żeby system powyższy mógł działać, potrzebna jest oczywiście uczciwość ludzi, którzy są w niego zaangażowani. Przyjmijmy teoretycznie, że tak właśnie jest. Problem jednak, gdy ów system składa się z kilku miliardów uczestników. To co ewentualnie mogłoby działać w małej społeczności, w naszej trzeba wymusić. Najlepiej przez uniemożliwienie dokonywania oszustwa. A co je uniemożliwia? W systemie walut cyfrowych jest to matematyka.

Wyobraźmy sobie teraz, że Bożena kupuje coś od afrykańskiej fundacji za pomocą bitcoina, co kosztuje 1,5 dolara. Dokonując transakcji, Bożena nie przesłała żadnego bitcoina. Tak jak mieszkaniec polinezyjskich wysp nie przeniósł żadnego kamienia. Przeniesione zostało tylko prawo własności opiewające na 1,5 dolara wyrażone w bitcoinach, z adresu pani Bożeny na adres afrykańskiej fundacji. Z portfela kryptowaluty nie wyszedł żaden żeton, banknot, który mógłby mieć postać zdjęcia lub nagrania. Jedyne, co zostało wysłane, to malutki (około 100 kB) plik tekstowy informujący wszystkie węzły bitcoina o przeniesieniu prawa własności.

Wracając do początku tekstu – ten plik jest tym samym co wypowiedzenie słów w parku przez Annę do Piotra i Satoshiego. „Przenoszę pół bitcoina z mojej kartki na kartkę Piotra". Można więc powiedzieć, że bitcoin to kamień rai bez kamienia. Jest to czysty abstrakt, idea, informacja o prawie własności nazwana po prostu bitcoinem.

Skoro to wszystko takie umowne, czy cena bitcoina może kiedyś spaść do zera? Oczywiście. Podobnie jak banknot stuzłotowy z Ludwikiem Waryńskim miał kiedyś wartość równą dolarowi, a dziś ma wartość makulaturową. O tym, czy bitcoin podzieli los Waryńskiego, będzie decydowała realna użyteczność, realne zapotrzebowanie. Dziś taki popyt niewątpliwie istnieje. Bitcoin ładnie na swych barkach przenosi w kilka sekund narodowe waluty do każdego zakątka naszego globu.

Źródło: bitcoin.pl

piotr.zajac@parkiet.com