Elektrim od początku swej giełdowej kariery był spółką wyjątkową. Należy do firm o najdłuższym stażu. Był i pozostaje nadal jednym z większych emitentów, mających znaczny wpływna kształtowanie się indeksów.Najpierw był omijanyprzez inwestorówjako spółkamocno ryzykowna i nieprzewidywalna. Od pewnego czasu zasługuje na dość dziwny status najbardziej spekulacyjnego i tajemniczego blue chip warszawskiej giełdy.
Po wejściu akcji Elektrimu do obrotu na giełdzie nie cieszyły się one sympatią inwestorów. Nawet ci, nastawieni najbardziej spekulacyjnie, oceniali spółkę jako nieprzejrzystą, narażoną na nieprzewidywalne zmiany wyników finansowych, o niejasnym i trudnym do analizowania przedmiocie działalności. Rezerwę tę pogłębiała opisana w prospekcie emisyjnym umowa ze Skarbem Państwa, dotycząca rozliczeń kontraktów zagranicznych rozpoczętych jeszcze przed uzyskaniem statusu firmy publicznej. Najtęższe głowy nie mogły dociec, o co w niej chodzi i czy spółka na tych rozliczeniach traci czy zarabia i dlaczego.Dopiero po pewnym czasie Elektrim zyskał miano blue chipa. Mimo że niewiele zmieniło się w zakresie przedmiotu jego działalności, stał się ulubieńcem wszystkich niemal grup inwestorów ? poczynając od spekulantów, na polskich i zagranicznych funduszach inwestycyjnych kończąc. W dużej mierze wynikało to z wysokiej kapitalizacji, udziału w indeksach oraz płynności.Elektrim, jak wiele byłych central handlu zagranicznego, miał na początku lat 90. znaczne zasoby środków, pochodzące z dość dziwnych źródeł, takich jak rozliczenia wcześniejszych umów ze Skarbem Państwa oraz różnice kursowe. Ten zalew gotówki kontrastował z możliwościami jej sensownego inwestowania.Coś trzeba było jednak z nią zrobić. Kupowano więc różne firmy, ?dywersyfikując? zakres działalności, a mówiąc językiem prostym ? biorąc co popadnie. Efektem tego było powstanie rozbudowanej grupy kapitałowej, w skład której wchodziło kilkadziesiąt spółek reprezentujących tak różnorodne branże, jak telefonia stacjonarna i komórkowa, produkcja kabli i jogurtów, działalność hotelarska i maklerska oraz wiele innych. Obecnie należy do firm o ogromnym zadłużeniu.Co ciekawe, wydaje się, że nikt ? poza zarządem firmy ? nie kontrolował rozwoju grupy i nie znał jej strategii. A przecież, poza dość egzotycznymi przedsięwzięciami (patrz jogurty), trochę ?cichaczem? inwestowała ona w dziedziny bardzo intratne (telefonia). Przez długi czas tak potężna firma nie miała inwestora strategicznego. Mimo to wciąż kręciło się wokół niej wielu poważnych graczy zagranicznych, głównie instytucji finansowych.O ile drobni inwestorzy i tzw. publika mogli nie orientować się w pełni, w co tak naprawdę gra Elektrim, to można się było domyślać, że przynajmniej zagraniczne fundusze wiedzą, o co w tym całym biznesie chodzi. Wszak spółka z łatwością pozyskiwała ogromne pieniądze z emisji obligacji oraz pożyczek na rynkach międzyna-rodowych.Jednak ostatnie wydarzenia zdają się wskazywać, że nawet podmioty, które zaangażowały niemałe środki w naszego blue chipa, nie bardzo wiedzą, co się w tej firmie dzieje. Świadczy o tym choćby to (nie wspominając o okolicznościach odwołania poprzedniego prezesa ? tam też chodziło o tajemnicze umowy), że posiadający niemal 5% akcji Templeton musiał zwrócić się do Komisji Papierów Wartościowych i Giełd o ujawnienie umowy z Vivendi. Trudno przypuszczać, że jej treść nie była mu znana. Co ciekawe, jednocześnie supertajna umowa pojawiła się nagle w jednym z portali!Być może fundusz prowadzi swoją grę, podobnie jak pozostali inwestorzy finansowi. Wiadomo bowiem, że prawdziwa rozgrywka tak naprawdę toczy się między Deutsche Telekom a Vivendi, fundusze zaś nie inwestowały w akcje Elektrimu ?w ciemno? i nie po to, by wystawiać się na nadmierne ryzyko.Walka o przejęcie kontroli nad Elektrimem toczy się w bardzo interesujący sposób. Oczywiście, podmiotom, które są już mocno zaangażowane finansowo, nie uśmiecha się dokładanie pieniędzy, by dopiąć swego. Rośnie więc rola manewrów formalnoprawnych. Tego typu działania są raczej normą na rynkach zachodnich.Wśród naszych inwestorów zdumienie jednak musi budzić fakt, że w obronie zarządu spółki swoje stołki poświęcają członkowie rady nadzorczej. Zdziwieni pytają więc: kto w tej firmie rządzi? Teoretycznie członkowie rady nadzorczej mają wpływ na to, co robi zarząd. Jednak dopiero 20 marca rada postanowiła, że zarząd spółki musi uzyskać zgodę jej przewodniczącego na decyzje dotyczące udziałów w firmach telekomunikacyjnych.Jakie są więc wzajemne powiązania tych dwóch organów? Czy zarząd ma aż tak silną nieformalną pozycję w grze o najwyższą stawkę, że rozdaje miejsca w radzie? Czy jego władza wynika z innych, tajemniczych układów?Najsmutniejsze jest w całej tej sprawie to, że jej ofiarą może paść jedna z największych firm naszego parkietu. Gra toczy się na płaszczyźnie prawnej, a nie rynkowej. Powoli staje się to zagrożeniem dla naszej giełdy. Podzielony Opitmus, zagrożony Elektrim, spółki wycofywane z giełdy, brak nowych, atrakcyjnych ofert na rynku pierwotnym, spadek obrotów... N