Od początku wczorajszej sesji główny ciężar handlu przejęły na siebie akcje TP SA. Maklerzy, z którymi rozmawiał PARKIET, są zgodni, że zlecenia kupna napłynęły z Londynu. Rodzime instytucje obserwowały to, co działo się na walorach telekomunikacyjnego potentata raczej z rezerwą. Wynik operacyjny spółki za I kwartał tego roku był nieznacznie lepszy od oczekiwań. Na zagranicy szczególnie dobre wrażenie wywarła jednak środowa telekonferencja z zarządem spółki, na której zapowiedziano wzrost sprzedaży. W połowie notowań kurs TP SA rósł o ponad 5%. Końcówka sesji przerosła jednak najśmielsze oczekiwania. Taki wzrost spowodował bowiem, że w Londynie rozpoczęło się "odpalanie" tzw. stop lossów (zleceń ograniczających potencjalną stratę) na rachunkach inwestorów, którzy skorzystali z krótkiej sprzedaży kwitów depozytowych TP SA.
- Wówczas nastąpił prawdziwy efekt domina. A skoro rosła cena akcji TP SA, to inwestorzy rozpoczęli stadne skupowanie papierów także pozostałych naszych blue chipów. Siła kupujących była ogromna, a podaż relatywnie nieduża. Rodzime instytucje obudziły się dopiero pod koniec sesji. Dlatego dzisiaj może nastąpić wydzieranie sobie akcji przez tych inwestorów, w których portfelach akcje są niedoważone i którzy boją się, że pociąg znowu odjechał bez nich. Mogę się założyć, że dzisiaj będzie próba ataku WIG20 na 1400 pkt. - powiedział PARKIETOWI Paweł Wojtaszek, trader derywatów w Erste Securities.
Kurs akcji TP SA wzrósł ostatecznie o 9,4%, do 14,5 zł. Obroty na tym walorze były najwyższe na rynku i przekroczyły 93 mln zł. Odpowiednio o 2,7% i 1,9% wzrosła z kolei wycena Pekao SA (obroty wyniosły 66,7 mln zł) i PKN ORLEN (46,6 mln zł). Straty po raporcie CDM Pekao zalecającym sprzedaż akcji skutecznie odreagował KGHM - kurs wzrósł o 7,7%.
Zapał kupujących nie ominął również sektora IT. Najlepiej prezentował się Softbank (wzrost o 10,5%), którego kwartalne wyniki były lepsze niż oczekiwano i który najboleśniej z branży odczuł wcześniejsze spadki.
- Sezon na publikację wyników się skończył. Pierwsze przekazywane dane były rozczarowujące i rynek obawiał się, że także kolejne spółki mogą mocno zawieść. W końcówce nie było jednak dużych niespodzianek. Inwestorzy odetchnęli, najgorsza była bowiem niepewność - stwierdził Grzegorz Stulgis, doradca inwestycyjny Credit Suisse AM.