rączkę. Ci, którzy chcą uszczęśliwiać nas na siłę - zakazując i nakazując -
nie cenią wolności. (...) Oczywiście, naszych wolności, bo własną swobodę
decydowania za innych cholerni amatorzy dobrych uczynków cenią sobie bardzo
wysoko (...)
>>Żadnego ryzyka
uszczęśliwiacze byli umysłowo korygowalni, można by im zasugerować lekturę
podręczników finansowych. Jest tam mowa, że aktywa mają pewną cechę: im
większy możliwy zysk, tym większe ryzyko (...)
Ryzyka uniknąć się nie da, jedynie przenosi się je na innych. Drastyczne
obniżenie poziomu ryzyka oznacza (...) drastyczne obniżenie zysków" (Jan
Winiecki, Uszczęśliwiacze, Wprost 1050, s. 48)
"(...)trzeba pamiętać, że wolność gospodarcza jest nie tylko niezbędna do
rozwoju, ale ma samoistną wartość. Tu zacytuję innego noblistę, (...)
Amartyę Sena: >>Być immanentnie przeciw rynkowi jest prawie takim samym
dziwactwem, jak być przeciw rozmowom między ludźmi
Silnik i demokracja, Wprost 1051, s. 55)
"W Polsce, która wciąż jest w połowie drogi między socjalizmem a wolnym
rynkiem, gdzie z roku na rok rośnie liczba urzędników i przepisów
ograniczających wolność gospodarczą, gdzie na niesprawny system opieki
socjalnej przeznacza się większy procent dochodu narodowego niż w
jakimkolwiek innym kraju europejssprzedali poza tanimi sloganami. (...)
Można dyskutować nad powinnościami wspólnoty, państwa, obywateli wobec
innych, którym się gorzej wiedzie w życiu. Warto się zastanawiać nad tym,
czym jest sprawiedliwość, i pytać - jak czynią to liberałowie - czy lepiej
dawać rybę, czy wędkę. Ale nie należy mieszać pojęć, bo to psuje język.
Wolność to po prostu swoboda czynienia wszystkiego, co nie zagraża prawom i
wolności innych.
W ramach tak zdefiniowanej wolności kapitalizm jest jedynym naturalnym
systemem organizowania gospodarki. Wolny rynek rodzi się spontanicznie
wszędzie tam, gdzie państwo nie stawia barier. Ba, nawet gdy owe bariery
istnieją, też powstaje rynek, choć z reguły przybiera formy wynaturzone.
Staje się czarnym rynkiem - to znaczy wolnym, choć nielegalnym." (Witold
Gadomski, Cnoty kapitalizmu, Gazeta Wyborcza 15.4226, s. 9-10)
To ostatnie jest znamienne, gdyż każdy taki mechanizm zauważa. Pamięta go z
czasów PRL, gdy zakaz handlu walutami był skutecznie łamany przez
"cinkciarzy". Czy fakt, że doradzanie czy zarządzanie cudzymi pieniędzmi
przez osoby fizyczne jest zabronione powoduje, że tego rynku faktycznie nie
ma? Komisja twierdzi, że nie. Każdy znajdzie wiele sposobów na obejście
ustawy i dopnie swego. Przedstawiciele komisji powiedzą, że "klienci" takich
dzikich zarządzających działają na własne ryzyko, ale czy gdyby działanie to
było legalne, nie byłoby inaczej? Zresztą, czy instytucjonalizacja usług
maklerskich lub doradczych przynosi zamierzony efekt. Komisja sięga po
argument ochrony inwestorów, a przecież ostatnie informacje o wykrytych
trwających wiele lat "przewałkach" w kilku biurach maklerskich wskazuje, że
nawet i tu nie ma całkowitej ochrony. Po co więc żyć w fikcji?
Problem zresztą nie dotyczy tylko naszego najbliższego podwórka. Ostatnie
propozycje biopaliwowe nie są przecież niczym innym. Grupka ludzi, chce na
siłę uszczęśliwić użytkowników samochodów "ekologicznym paliwem". Robi to
oczywiście "na chama" posługując się wypranymi sloganami. Zdania, co do
"ekologiczności" biopaliw są podzielone i tu mogą dyskutować fachowcy. Ja
się chciałem tylko zapytać, dlaczego nie mogę mieć wyboru, jakie paliwo
zatankuje do swojego samochodu? Dlaczego wciska mi się na siłę coś, co nie
zyskuje ogólnej akceptacji nawet u ekspertów? Jeśli faktycznie biopaliwo
jest takie dobre to niech będzie prowadzone równolegle i niech jego cena
będzie atrakcyjniejsza, by zainteresować nim użytkowników. No tak, tylko, że
faktycznie to jest ono droższe i wymagałoby to znacznych zniżek akcyzy, a na
to sobie już pozwolić nie można. No w sytuacji naszego(?) budżetu! Nie ma na
to szans.
I tu wracamy znowu na nasze podwórko. Do końca bieżącego roku obowiązuje nas
zwolnienie z płacenia podatku dochodowego od zysków jakie uda się wyszarpać
z giełdy. Jak wiadomo, na rynku terminowym sprawa dotyczy raptem 10-20%
uczestników, ale każdy jest problemem zaaferowany, gdyż gra przecież z
nadzieją na zysk, a więc ma w perspektywie niebezpieczeństwo jego
opodatkowania. W tym tygodniu dowiedzieliśmy się, że Ministerstwo Finansów
nie planuje przedłużenia tego zwolnienia na kolejne lata. Jak zatem wygląda
sytuacja? Na początku 2005 roku, zyski za rok 2004 będziemy dopisywać do
zeznania rocznego. Jakie zyski? Czy można odliczać straty? Czy można
odliczać koszty działalności? Nic nie wiadomo. Sprawa jest trudna, gdyż w
dobie wielkich problemów budżetowych zwolnienie "spekulantów giełdowych z
opodatkowania ich ogromnych zysków" nie mieści się w przyjętym przez
polityków sposobie pojmowania gospodarki. Koożliwości lokowania kapitałów. Łykną wszystko co im się
zaoferuje. Rząd szybko idzie z pomocą i ma propozycję, by rozszerzyć
wachlarz możliwości inwestycyjnych o nowe instrumenty finansujące
"inwestycje infrastrukturalne".
Uważam, że mamy wielkiego pecha, że w okresie problemów gospodarczych, gdy
trzeba zmusić się do oszczędności, mamy u steru ludzi, którym w głowie nasze
uszczęśliwianie. Kolejne propozycje dotyczące form uzdrowienia takiej, czy
innej sfery naszego życia, kończą się zwykle tym samym - zwiększeniem danin
ściąganych od obywateli. Winietki, wyższa składka na ubezpieczenie
zdrowotne, gmeranie przy podatkach pośrednich i bezpośrednich, których
efektem jest zwiększony stopień fiskalizmu. Metodą na kłopoty gospodarcze
jest ściągnięcie z gospodarki jak największej kwoty pieniędzy i
rozdysponowanie jej samodzielnie. Państwo bowiem wie lepiej, czego potrzeba
ludziom. Taka przyświeca zasada. Niech ktoś mi powie, dlaczego w USA mamy do
czynienia z ruchem diametralnie różnym? Przecież i tam sytuacja budżetowa
nie jest najlepsza, i wcale na lepszą się nie zapowiada, choćby za sprawą
działań militarnych, które wkrótce zostaną podjęte w Iraku. Dlaczego nie
przyjmujemy rozwiązań kraju, którego gospodarka, która jest w kryzysie jest
zdecydowanie mocniejsza od naszej? Dlaczego jesteśmy skazani na księżycowe
pomysły pobudzenia gospodarki przez zwiększenie podatków? Nikomu się to
jeszcze nie udało. Czy nasz minister finansów ma ambicje być tym pierwszym?
Dlaczego musimy w tym eksperymencie uczestniczyć i odczuwać jego skutki na
własnej skórze?
Nasi obywatele nie mają niestety pamięci. Wiara w hasełka wybiorcze jest
ciągle niezachwiana. Proroctwa włodarzy, że już wkrótce będzie lepiej nadal
znajdują łatwy grunt wśród Polaków. Warto zauważyć, że w Stanach się to już
zmienia. Objawił to trwający właśnie sezon publikacji wyników finansowych za
ostatni kwartał 2002 roku. Wiele spółek podało wyniki finansowe, które
kierując się dotychczasowymi reakcjami Amerykanów, powinny wywołać
dynamiczne wzrosty i huraoptymizm. Stało się jednak inaczej. Mimo niezłych
(według dotychczas stosowanych miar) wyników takich spółek jak Yahoo!, GE,
Intel, IBM rynek spadał. Nikogo nie radowały wyniki lepsze od prognoz.
Inwestorzy zmienili optykę. Zaczęli się przyglądać przyszłości. Co ma do
powiedzenia zarząd o nadchodzącym kwartale, półroczu, roku? Jakie są plany
inwestycyjne i prognozy zdynamizowania działalności. Niestety tu nie
doczekano się pokrzepiających informacji. Ogólne oczekiwanie, że jeśli nawet
spółki zanotują wzrost sprzedaży to będzie on symboliczny. Kwoty
przeznaczone na inwestycje są o wiele niższe, niż w latach ubiegłych, ale
przecież trudno się temu dziwić skoro to właśnie przeinwestowanie jest
obecnie największa bolączką amerykańskich przedsiębiorstw, a więc i
gospodarki. Kolejne plany redukcji skali działalności przez kilka kluczowych
spółek (m.in. McDonalds oraz kilka spółek z branży handlu detalicznego). To
robiło fatalny nastrój.
W ostatnim tygodniu pojawiło się też kilka niepokojących danych makro, które
tylko potwierdzały, że jest się czego obawiać. Słabsza sprzedaż detaliczna,
wyższy stan zapasów u przedsiębiorców, fatalny bilans handlowy oraz
prawdziwy cios - spadek produkcji przemysłowej oraz wskaźnika zaufania
konsumentów liczonego przez Uniwersytet Michigan. To musiało znaleźć swoje
odzwierciedlenie w poziomach notowań na rynkach. Spadek liczby wniosków o
zasiłek dla bezrobotnych był tu marnym pocieszeniem. Efekt jest taki, że
wzrost indeksów w USA został poważnie wyhamowany. Jest to o tyle ważne, że
teraz właśnie potrzeba bw tej chwili znaleźć czynniki, które
mogłyby go wynieść wyżej. Znacznie więcej przemawia za spadkami. Wojna w
Iraku wisi na włosku i właściwie jest kwestią czasu, kiedy się zacznie.
Znalezienie przez inspektorów głowic broni masowego rażenia tylko to
potwierdza. To ma być czynnik wzrostu? Jeśli nawet to będzie to tylko
chwilowe kupna osób przekonanych, że atak jest już w cenach. Ja nie jestem
tego taki pewien. W cenach jest "łatwa wojna". Gdy sprawy będą się
komplikowały i działania wojenne przedłużały ocena sytuacji się zmieni.
Na naszym rynku oprócz rewelacji związanych z biopaliwami i opodatkowaniem
dochodów z giełdy swój dalszy ciąg miały działania związane z Rywinem i jego
tajemniczą propozycją. To jednak zostawmy w spokoju. Skupmy się na samym
rynku. Po poniedziałkowym wyskoku reszta tygodnia wyglądała mizernie. Na
tyle, że cały wyskok został przekreślony. Ma to swoje konsekwencje
techniczne. Na wykresach tygodniowych mamy brzydkie czarne świeczki
WIG20.gif FUTUREStyg.gif Nie da się nie zauważyć, że na tym pierwszym
nastąpiło odbicie niemal dokładnie na linii trendu. Nie udało się bykom jej
pokonać. Tak samo nie udało się wyjść z trójkąta indeksowi WIG.gif
Sytuacja posiadaczy długich pozycji się nieco skomplikowała. Na wykresach
dziennych wig20.gif wig20fut.gif dobrze widać, że poziom grudniowych
szczytów okazał się nie do pokonania. Na innym wykresie, przedstawiającym
ceny kontaktów, widać wyraźnie, że ponownie zadziałała linia trendu
pociągnięta po dołkach konsolidacji z pierwszej połowy ubiegłego roku
linie.gif Spadki w drugiej połowie tygodnia raczej nie sugerują, że rynek
będzie wkrótce znowu podchodził do jej testowania. Atak podaży był dość
skuteczny, choć trzeba przyznać, że nie na tyle, by zamknąć lukę hossy na
wykresie indeksu WIG20. Czy to oznacza, że byki mają szansę? Teraz każdy ma
szansę. Na rynku trwa równowaga zarówno w krótkim, jak i w średnim terminie.
Od ponad dwóch miesięcy bujamy się w przedziale ok. 100 pkt i na razie nie
wykrystalizował się żaden poważniejszy trend. Każda próba jednej ze stron
rynku aktywizuje drugą i nic z tego nie wychodzi. Obawy o stan gospodarki
nie pozwalają na zbytnie harce byków, a potencjalny popyt ze strony funduszy
straszy niedźwiedzi. Mamy sytuację patową. Teraz po odbiciu się od oporu
przyjdzie nam chyba podejść w okolice wsparcia na ok. 1150 pkt.
Najbliższy tydzień to dalsza część publikacji wyników w USA oraz dość
ciekawe dane makro. Nie jest ich nazbyt dużo, ale dotyczą m.in. rynku
nieruchomości. Tu ostatnio daje się zauważyć już pewne oznaki zmęczenia
materiału. Podawana we wtorek liczba noworozpoczętych budów już dynamicznie
nie rośnie, a prognozy to potwierdzają (prognoza mówi o poziomie zbliżonym
do ostatnich wartości). W kończącym się właśnie tygodniu była opublikowana
Beżowa Księga, która m.in. o tym fakcie wspomina. Rynek nieruchomości może
wkrótce stracić funkcję napędzającą PKB w USA. Co wtedy pozostanie? Czy
inflacja nadal będzie taka niska przy rosnących cenach surowców? To są
poważne pytania, na które będzie musiał wkrótce odpowiedzieć sobie każdy
zainteresowany sytuacją gospodarki amerykańskiej.
Kamil Jaros