Ministerstwo Finansów nosi się z zamiarem nie przedłużania zwolnienia.
Ostatnie kłopoty z budżetem na 2003 rok oraz prognozy jeszcze większych w
2004 pozwalały przewidzieć takie stanowisko ministerstwa. Mamy więc pewną
informację, która tylko wzbudziła poruszenie. Nie została bowiem podana do
wiadomości żadna propozycja opodatkowania. Zaczęto snuć domysły, padały
różne wersje, łącznie z najbardziej pesymistycznymi znając zrozumienie
minfina dla wolnego rynku i przedsiębiorczości. Nic jednak oficjalnego do
tej pory się nie ukazało. Sytuacja robi się trochę nieciekawa, bo czas
biegnie, a zagrożenie staje się zupełnie realne.
W takiej chwili dziennikarze Rzeczpospolitej docierają do projektu, od
którego włos się na głowie jeży. Fakt, że taki projekt w ogóle istnieje, a
więc o przedłużeniu zwolnienia nie może być już raczej mowy, potwierdza, że
urzędnicy Ministerstwa Finansów nie mają już prawie żadnej styczności z
realnym życiem gospodarczym, a w tym przypadku z realiami rynku
kapitałowego. Wpisuje się to jednak świetnie w cały schemat koncepcyjny,
jaki daje się zauważyć w Ministerstwie - opodatkowywaniu tego co już się
chyli ku upadkowi.
Nie jest żadną tajemnicą, że w bieżącym roku zapłacimy większe podatki niż w
roku ubiegłym. Wzrost ten nie jest jedynie nominalny, ale również realny.
Zapisy ustawy budżetowej pokazują to wyraźnie. Zatem, gdy gospodarka maarnym,
prawda? Minister zabiera ludziom pieniądze, by finansować nieefektywną
działalność - kolejny rok będziemy dotować kopalnie i huty. Także i PKP coś
skapnie. Nie zapominajmy oczywiście o służbie zdrowia, na którą łożymy co
roku coraz więcej i najprawdopodobniej będziemy łożyć jeszcze więcej w
kolejnych latach. Przedsiębiorcy są drenowani z pieniędzy, ale oczekuje się
od nich, by byli aktywni i wyciągnęli swoimi działaniami gospodarkę ze
stagnacji. No i podejmują oni działania, ale polegające głównie na tym, by
nie być za bardzo "wydrenowanym". Rośnie szara strefa. Zawsze, gdzie mamy
ograniczenia pojawia się czarny rynek. Im te ograniczenia są większe, tym
większy jest nielegalny obrót, nie podlegający tym ograniczeniom.
Rynek kapitałowy nie jest wyjątkiem. Także i tu, gdy pojawiają się
ograniczenia poszukuje się rozwiązań, które w taki lub inny sposób je ominą.
Przykładem mogą być ostatnie zabawy w kotka i myszkę banków z fiskusem w
związku z wprowadzeniem "belkowego". Elastyczność Polaków w tym względzie
jest zadziwiająca. Zatem można się spodziewać, że wkrótce pojawią się
pomysły, jak poradzić sobie z niewygodnym podatkiem. Najpierw jednak należy
znać jego cechy. Na razie znamy je tylko ze wspomnianej propozycji, do
której dotarła Rzeczpospolita.
Jaka ona jest? Proponuje się, by podatek był ryczałtowy rozliczany na koniec
roku wraz z rozliczeniem rocznym PIT. Stawka podatku ma wynosić 20% czyli
podobnie, jak to ma miejsce przy opodatkowaniu depozytów bankowych. Nie
przewiduje się żadnych ulg i zwolnień. Wspomniane 20% oblicza się od
dochodu, czyli różnicy między sumą przychodów osiągniętych ze sprzedaży
danych papierów wartościowych, a kosztami ich nabycia. Nie wiadomo jednak,
co będzie można w te koszty wpisać. Czy to tylko cena kupna papieru, czy też
będzie można uwzględnić koszty prowizji, czy pozyskania informacji (gazety,
serwisy, programy itd.). Znając pazerność fiskusa można domniemywać, że
koszty ograniczą się do ceny zakupu powiększonej o prowizję BM. Stawka 20%
jest stała dla wszystkich i nie przewiduje się ulg dla inwestorów
długoterminowych. Zatem proponowany podatek nie ma w sobie żadnych
instrumentów premiujących oszczędzanie długoterminowe. Mnie to nie dziwi.
Przecież kasa jest potrzebna natychmiast. W interesie fiskusa nie leży
czekanie na spływ pieniędzy dłuższy czas i to jeszcze w mniejszej ilości.
Potrzeby budżetowe kreują rzeczywistość.
Warto także wspomnieć o jeszcze jednym aspekcie wprowadzenia tego podatku.
Ma on dotyczyć wszystkich, nawet tych którzy dokonali zakupów papierów
wartościowych przed wejście w życie podatku. Chyba nie trudno zgadnąć, jak
zareagują posiadacze sporych pakietów akcji, którym udało się je kupić o
niskich cenach. Czy będą oni czekać na wejście podatku, czy też zdecydują
się na sprzedaż przed jego wejściem nawet ponosząc koszt obniżenia kursu.
Można zatem oczekiwać sporych spadków na rynku, a ich skala będzie
wyznaczona przez różnicę między aktualnym kursem, a kursem zakupu.
Przyjrzyjmy się pierwszej z brzegu Agorze. Ostatnio głośno było o
transakcjach sprzedaży papierów przez członków zarządu. Przypomnijmy, że
obejmowali oni akcje po 1 zł. Wiedząc, jaki jest obecny kurs Agory można
bardzo łatwo obliczyć, na jaki spadek spółki mogą sobie pozwolić właściciele
tych "złotówkowych" papierów, by nadal mieć zysk większy od obłożonego
podatkiem.
Niestety, omawiana propozycja po raz kolejny pokazuje, że rząd jako całość
nie posiada żadnej koncepcji działania. Nowy minister Skarbu Państwa
przedstawia ambitne plany przyspieszenia prywatyzacji, a z drugiej strony
jego kolega sprawia, że poziom notowań rynkowych, które są pe wytrąciło z rąk argument
giełdy o długim czasie wdrożenia rozliczeń podatkowych w systemach BM.
Okazuje się bowiem, że to nie BM będą płatnikami tego podatku, tylko sam
podatnik wypełniając comiesięczne deklaracje podatkowe i przelewając na
konto fiskusa zaliczkę w wysokości 19% dochodów uzyskanych w danym miesiącu.
No tego to się nie spodziewałem. Jeśli taki wariant faktycznie wejdzie w
życie to już teraz zapraszam naszych czytelników do odwiedzenia swoich US z
prostym pytaniem, czy do obliczania podatku z transakcji na rynku terminowym
mamy brać pod uwagę wartość kontraktu futures, czy też tylko wielkość
depozytu zabezpieczającego. Minę Pańci warto uwiecznić i podesłać nam.
Najciekawsze zdjęcia opublikujemy :-)
Skończmy z tym smutnym tematem i przejdźmy do spraw rynkowych. Znając już
podatkowe rewelacje nie dziwi piątkowe zachowanie rynku. Nie można być
przecież aż tak naiwnym, by nie domyślać się, że wiadomość o propozycji
podatku w takim kształcie rozeszła się po rynku. Efekt już był widoczny w
piątek i teraz właściwie należy się liczyć z jego kontynuacją. Wprawdzie to
dopiero propozycja, ale jeśli takie pomysły chodzą urzędnikom MF po głowie,
to można się tylko bać.
Zacznijmy analizę od wykresów tygodniowych. Dawno nie było tak ciekawych
świec. Zarówno na wykresie indeksu WIG20tyg.gif jak i kontraktów FUTUREStyg.gif
mamy wielkie czarne świece, które chyba rozwiewają wszelkie wątpliwości, co
do kierunku ruchu. Wyglądają one po prostu fatalnie i dają do zrozumienia,
że na razie nie można się spodziewać poprawy. Na wykresach dziennych mamy
tylko tego potwierdzenie wig20.gif wig20fut.gif Warto zauważyć, że piątkowym
spadkiem ceny kontraktów i indeksu zostały sprowadzone poniżej poziomu dołka
z końca grudnia ub. r. Tu już można mówić o podwójnym szczycie w średnim
terminie. Zakres spadku to ok. 110 pkt, a zatem biorąc pod uwagę, że
wspomniany dołek był w okolicach 1150 pkt można przypuszczać, że minimalny
wymiar kary to zjazd w okolice 1040 pkt czyli tuż na minima bessy.
Perspektywa nie jest zbyt ciekawa, ale nie widać obecnie żadnych przesłanek,
które mogłyby ją zmienić. Ostatnio byki się nie popisały. Nie chodzi tu
nawet o ostatnie spadki, bo te to już były konsekwencją. Chodzi o brak sił
na pokonanie poziomu 1260 pkt, a zarazem linii trendu opartej o dołki
konsolidacji z ubiegłego roku oraz szczyt z przełomu listopada i grudnia ub.
r. linie.gif
Oczywiście mamy obecnie tuż pod sobą poziom wsparcia w postaci konsolidacji
z listopada z minimum na 1128 pkt. Tylko, czy jest ono w stanie zatrzymać
napór podaży? Przypomnijmy, że w czasie spadków to nie wsparcia powinny być
dla nas najważniejsze. Łapanie dołków nie ma sensu. Skupmy się na trzymaniu
się trendu i zareagujmy, gdy zacznie się on zmieniać. A zacznie, gdy pojawią
się jakieś sygnały kupna. Na razie ich nie widać. Poza tym w tej chwili
większe szanse na kontynuację mają spadki i nie wynika to tylko z faktu
wykreślenia czarnych świec, ale także z tego, że wielu graczy nie wierzy, że
rynek może mocno spaść. Widać to po wartości LOP, która podczas piątkowego
spadku wzrosła! Nie ma paniki wśród posiadaczy długich pozycji. Nadal liczą
oni na odbicie. To skłania do tezy, że potencjał spadku jeszcze się nie
wyczerpał - ciągle ma kto sprzedawać. Walka z rynkiem nie popłaca.
Kamil Jaros