Do pośrednictwa pracy przychodzi pewien facet, pytając, czy znajdzie się praca dla jego syna? Pracownik pyta go, co syn umie i jakie ma wykształcenie? - Nic nie umie i bez wykształcenia - odpowiada ojciec. W takim razie pośrednik proponuje, że ma dla niego pracę jako pomocnik murarza - płatną 1500 zł za miesiąc. Ojciec myśli i mówi: A coś innego????... bo za dużo by mu zostało na wódkę. W takim razie pośrednik proponuje stanowisko... pomocnik pomocnika murarza. - To trochę cięższa praca, ale... 800 zł za miesiąc. Ojciec myśli i mówi: Nie nie, jeszcze za dużo. Na to pośrednik wstaje... nerwowo zamyka książki i podniesionym głosem mówi: Proszę Pana, żeby zarabiać 500 zł, to trzeba STUDIA skończyć!!!
Są też inne metody, by mało zarabiać, jeśli przyświecają nam podobne idee. Trzeba po prostu załatwić sobie pracę we właściwym urzędzie. Z rankingu opublikowanego we wtorkowym PARKIECIE wynika, że najlepszą metodą na uzyskanie w centralnym urzędzie niskiej pensji jest zatrudnienie się w Ministerstwie Zdrowia. Przeciętne wynagrodzenie wynosi tam około 1700 zł miesięcznie. W końcu po co mamy płacić więcej, jeśli ochrona zdrowia jest od lat kulą u nogi każdego rządu i dawno powinni wszystkich niedomagających z kraju deportować. Najlepiej nam jednak idzie nie z ochroną zdrowia, ale z ochroną środowiska. Ponieważ w tym sektorze trzeba mieć niebywałe umiejętności i końskie zdrowie, więc i ludzie muszą godnie zarabiać. Dlatego też średnia pensja w tej szacownej instytucji to 7,4 tys. zł. Co ciekawe, średnie wynagrodzenie sprzątaczek, wartowników i pracowników gospodarczych w NFOŚiGW sięga 3 tys. zł. To są prawidłowe proporcje i tak powinno być. Dlaczego? Bo kto dba w większym stopniu o nasze zdrowie, sprzątający czy lekarze? Oczywiście, że ci pierwsi. To sprzątaczki dbają o czystość środowiska, a im czystsze środowisko, tym mniej paskudnych chorób wokół do leczenia. Wartownicy dbają natomiast o to, by nie śmiecić.
Dziwię się, że narzekają na swoje pensje maklerzy. Przecież w małych miasteczkach potrafią oni wyciągnąć nawet 800 zł brutto miesięcznie. Czy oni nie rozumieją, że czynności, jakie wykonują, narażają na stres klientów. Mało tego, gdyby zarabiali więcej, to niejeden makler przeznaczałby nadwyżkę na grę na giełdzie. A tak, to nie ma kasy i nie ma pokusy.
Za to z radością powitałem informację o poszerzeniu ostatnio rady nadzorczej Banku Millennium z 9 do 10 osób. Jeszcze większą satysfakcję będzie miał jej nowy członek. Chodzi mi oczywiście o satysfakcje finansową. Millennium to, kochani akcjonariusze, najkosztowniejsza instytucja finansowa, notowana na warszawskiej giełdzie. Jej zarząd i rada nadzorcza kosztowały Was w ubiegłym roku w sumie 28,8 mln zł. Na jednego członka pierwszego gremium przypadło średnio 3,3 mln zł, a drugiego 200 tys. zł.
A teraz, żebyś się już zupełnie wyluzował Drogi Czytelniku, przypomnę, że po półroczu Millennium zdołał wypracować 33,8 mln zł zysku netto. Oznacza to, że zarobił już na swój zarząd oraz radę nadzorczą, i to w poszerzonym składzie.