Gdyby okazało się, że trwałość ożywienia gospodarczego stoi pod dużym
znakiem zapytania, lub gdyby doszło do zamachów terrorystycznych na terenie
USA, to gospodarka wpadnie w ogromne problemy nawet na lata. Ogromny deficyt
i bańka zadłużenia konsumentów Wykres1.gif to wręcz ekonomiczna bomba
zegarowa.
Ostatnio zaczęła tykać. Do 4,62% wzrosła liczba kredytów hipotecznych nie
spłaconych na czas. W ciągu 3 miesięcy o ponad połowę spadły indeksy
obrazujące aktywność inwestorów składających podania o kredyty hipoteczne i
ich refinansowanie. Ostatnie dane o sprzedaży detalicznej pokazują także, że
konsumenci pomimo zerowego oprocentowania kredytów przestali kupować nowe
samochody. Upraszczając wychodzi na to, że mamy pierwsze jaskółki
ograniczania wydatków (na razie tych największych) w wyniku ostatniego
wzrostu rynkowych stóp procentowych (o około 1,5%), które pociągnęły za sobą
oprocentowanie kredytów hipotecznych i odcięły ogromne źródło pieniędzy
jakim było refinansowanie tych kredytów - w pierwszych dwóch kwartałach
2003 roku konsumenci "wzbogacili" się dzięki temu o ponad 100 mld dolarów, w
drugim półroczu w portfelach zabraknie (póki co) połowy tej kwoty. W tym
tygodniu w środę inwestorzy dostaną dane o noworozpoczętych budowach i
pozwoleniach na budowę. Zapewne jeszcze nie w tych danych będzie widać
spadek aktywności, ale już zacząłbym się bać tych publikacji, bo ostatnio
indeksy reagowałytów hipotecznych) i dalej ograniczać wydatki
konsumentów. Oczywiście tak jak nikt nie znał granicy bańki na Nasdaq, tak
trudno powiedzieć, kiedy amerykańska bańka zadłużenia w końcu pęknie. Ale
wydatki konsumentów powinny też zacząć spadać jeśli nie będzie ożywienia na
rynku pracy. No i tutaj mam tak naprawdę mały dylemat. Wszyscy, łącznie ze
mną narzekają na poziom amerykańskiego bezrobocia. To spora bariera na
drodze do trwałego ożywienia, a nawet tajemnicą poliszynela jest, że stopa
bezrobocia, jeśli uwzględnić bezrobotnych, którzy zrezygnowali już z
szukania pracy, jest przynajmniej na poziomie lat 80-tych. Wykres2.gif
Nikogo też nie dziwią już kolejne rekordy coraz krótszego tygodnia pracy
dodatkowo pokazujące, że stopa bezrobocia jest trochę naciągana przez
pracowników zatrudnionych nie na cały etat. Wykres3.gif To wszystko jednak
tak naprawdę pomaga na razie giełdowym indeksom.
To właśnie zwolnienia pracowników, czyli ograniczanie kosztów/wzrost
wydajności pracy bardzo mocno poprawiły wyniki giełdowych spółek. Warto też
spojrzeć co się szykuje w kolejnym kwartale. Prognoza wzrostu zysków spółek
wchodzących w skład S&P500 na III kwartał to 12% a na IV aż 20%. Wszystko to
ma się odbyć przy wzroście obrotów tych firm jedynie! odpowiednio 1,2% i
2,3%. To z jednej strony zapowiedź dalszego, korzystnego w krótkim terminie
cięcia kosztów, a z drugiej wyraźny przykład kruchych podstaw ożywienia.
Oczywiście daleko mi do modelu naszych górników, którzy także w ciężkich
czasach utrzymywaliby pełne zatrudnienie i zwiększali pensje, ale samo
cięcie kosztów to podstawa jedynie do krótkiego ożywienia gospodarczego.
Wszystko dobrze póki konsumenci nie przestaną wydawać (odczuwając skutki
wspomnianej redukcji firmowych kosztów, czytaj bezrobocia), FED zalewać
będzie rynek pieniądzem, a zagranica skłonna będzie do finansowania
ożywiającej gospodarkę "permanentnej wojny", bo chyba śmiało można tak
nazwać działania w Iraku. Gdzie jest ta granica między redukcją kosztów
będącą impulsem do ożywienia, a będącą jego ciężarem ? O tym dowiemy się za
parę lat...
Na koniec przydługiego amerykańskiego wywodu jeszcze tylko jedna wątpliwość,
płynąca z historii rodu Busha i ostatniej ankiety Gallup"a. W ciągu
ostatnich dwóch tygodni poparcie dla prezydenta spadło z 59% do tylko 52% i
to najniższy poziom od 11 września 2001 roku. Dla wszystkich obserwatorów
pozostaje jasne, że spadek notowań tkwi po pierwsze w sytuacji w Iraku
(tylko 40% akceptuje działania prezydenta - spadek 6%), po drugie w słabej
kondycji gospodarki, która (oprócz ożywienia na wybory prezydenckie !)
dostała kolejny cios w postaci wspomnianej prośby prezydenta o zwiększenie
rekordowego deficytu. Tego nie akceptuje ponad połowa Amerykanów ! Nie
trudno sobie wyobrazić, jakie będą w przyszłym roku argumenty kandydatów na
prezydenta. Niezależnie od sytuacji gospodarczej, natychmiastowe
ograniczenie wydatków wojennych, a patrząc na historię starszego Busha,
wygląda na to że ciężko będzie o reelekcję. Odstawienie wojennej kroplówki
od chorej amerykańskiej gospodarki i powrót do budżetowej równowagi mogłoby
okazać się terapią szokową.
Choć może nie aż taką, przed jaką bezskutecznie straszą polskich polityków
nasi ekonomiści. "Założenia budżetu doprowadzą do poważnego kryzysu" -prof.
Gomułka. "Rząd będzie miał kłopot ze sfinansowaniem deficytu budżetowego w
związku ze wzrostem ryzyka makroekonomicznego" - Wójtowicz z RPP. "Poziom
długu publicznego w przyszłym roku może zahamować wzrost gospodarczy" -
Balcerowicz itd. itp. Trudno znaleźć przychylną opinię do założeń polskiego
budżetu na 2004 rok. Więc dobrze - moja będzie pierwsza. Przyszłorocznyć długu
denominowane jest w tej walucie). Nie muszę przypominać, że przy poziomie
60% jest konstytucyjny obowiązek zbilansowania budżetu. Przecież takie
działanie rządu jest ogłoszeniem na pierwszych stronach gazet, że Polska w
najbliższych miesiącach pilnie poszukuje walutowych spekulantów chcących
"przetestować" rząd, który przy większym osłabieniu złotówki względem euro
(czemu sprzyjać będzie moim zdaniem dalsze osłabienie dolara względem euro),
zrobi wszystko by umocnić krajową walutę. Biorąc pod uwagę zbliżającą się
wymianę członków RPP (styczeń i luty) można podejrzewać, że nie byłaby to
tylko słowna interwencja, a przy klasie naszych polityków to igranie z
ogniem, o czym najlepiej przekonali się Węgrzy. W tym świetle przestrogi
rodzimych ekonomistów naprawdę nie wydają się przesadzone
Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze nie tylko problem wielkości planowanego
zadłużenia, ale w ogóle jego sfinansowania. Łączne emisje w 2004 r. w
porównaniu z 2003 rokiem mają być wyższe o ponad 20%. W porównaniu do roku
ubiegłego nawet o połowę. Oznacza to miesięczną podaż rzędu 8 mld pln, ale w
większości zaplanowaną na początek roku. Akurat w momencie zamieszania
związanego z wyborem nowej RPP. Ciekawe, czy rząd znajdzie wystarczający
popyt na tych ogromnych przetargach ? Nawet jeśli tak, to takie emisje
oznaczają nieuchronny wzrost rynkowych stóp procentowych. Dla giełdowych
inwestorów byłaby to na początku przyszłego roku podwójnie zła wiadomość. Po
pierwsze firmy zostaną, cytując Antczaka - "wyrżnięte" z sektora bankowego.
Przy tej konkurencji ze strony rządu uzyskanie kredytu dla niektórych firm
będzie graniczyło z cudem. Druga niekorzystna wiadomość to fakt, że rosnące
rynkowe stopy procentowe nie są korzystne dla akcji obniżając ich wycenę w
modelach dyskontowych. Co prawda wpływ tego czynnika na giełdowe indeksy nie
jest aż tak istotny jak np. w USA, ale trudno to bagatelizować. Widać więc,
że w takich okolicznościach, najbliższy "efekt stycznia" na GPW zależeć może
tak naprawdę nie od napływu środków do biur maklerskich, ale od wielkości
popytu na rządowe obligacje na początku przyszłego roku. Jakiekolwiek
rozczarowanie i idące za tym osłabienie złotego (względem euro) natychmiast
wywołałoby ucieczkę zagranicznych inwestorów z rynku akcji.
[email protected]