natomiast taka, że rynek akcji w pełni to zdyskontował, więc należałoby
uznać, że na tych poziomach wszyscy kupujący liczą na zdynamizowanie
ożywienia.
Mogą się w przyszłym roku rozczarować, a zwiastuje to choćby porównanie
zysków spółek z indeksu S&P500 (uwzględniając inflację), oraz wykorzystanie
potencjału produkcyjnego. Pozwolę sobie tutaj powtórzyć ostatni gazetowy
komentarz, bo zapewne nie wszyscy czytają. Gdy porównamy wspomniane dwie
dane okazuje się, że zmiany wykorzystania potencjału produkcyjnego bardzo
dokładnie wyprzedzają (podobnie jak indeksy) o 6-12 miesięcy, początek
dynamicznego wzrostu (np. lata 1972, 1977, 1984, 1988, 1993), lub spadku
(m.in. 1975, 1980, 1990) zysków giełdowych spółek. Są oczywiście wyjątki od
reguły i takim była "nowa ekonomia" przed paroma laty, gdy bez wzrostu
wykorzystania potencjału produkcyjnego zyski bardzo mocno wzrosły. Tłumaczyć
to należy albo kreatywną księgowością, albo przenoszeniem produkcji w
"tańsze" rejony świata, choć to już kosztem rodzimego przemysłu i rynku
pracy. Oczywiście przy takiej negatywnej dywergencji wspomnianych dwóch
danych, naśladowanie przez indeksy sztucznie nadmuchanych wyników
doprowadziło w końcu do załamaniu rynku akcji (2000 r.). Najgorsze jednak
jest to, że powtarza się to po raz drugi, a do tego nie tylko wzrostowi
zysków nie towarzyszy wzrost potencjału produkcyjnego, ale jest on poniżejej do końca wyplenić, ale obecne pompowanie wyników wydaje
się być już kombinacją wspomnianych dwóch czynników, z czego cięcia kosztów
(siły roboczej) i przenoszenie produkcji do "tańszych" rejonów świata choć
dla zysków spółek w krótkim terminie będzie korzystne, to w dłuższym
doprowadzi w Stanach do wielu problemów (głównie chodzi o rynek pracy). To
mniej więcej tak, jak administracja rządowa po cichu cieszy się ze
słabnącego dolara pomagającego eksporterom (zmniejszającego import), ale nie
widzi długoterminowych kłopotów z tym związanych. Opisywałem to 2 tygodnie
temu na przykładzie jena, a w skrócie i uproszczeniu tylko powiem, że
zwiększa to presję na wzrost rynkowych stóp procentowych, a to natychmiast
zmniejszy wartość akcji we wszystkich modelowych wycenach.
Wracając jednak do porównania zysków spółek i danych o potencjale produkcji
przemysłowej, to warto dodać do tego właśnie rynek pracy, by wyraźnie
zobaczyć, że z obecnym ożywieniem coś jest nie tak. Na początek jednak dwie
uwagi. Pierwsza to taka, że nie neguję trwającego ożywienia, ale rynek akcji
wydaje się dyskontować po pierwsze jego zdynamizowanie, po drugie jego
trwały charakter, a tutaj zgodzić się już nie mogę. Po drugie, warto
wiedzieć, że początek ożywienia nie musi być wcale odzwierciedlony na rynku
pracy. Historia pokazuje, że analitycy często kierowali się słabością rynku
pracy, podczas gdy indeksy dalej mocno rosły. Pesymizm analityków w tej
kwestii wynika z reguły z dużej "medialności" tych danych. No bo co jest w
gospodarce ważniejsze, niż stopa bezrobocia. Zresztą nie przez przypadek
piątkowe raporty z rynku pracy nazywane są "matką wszystkich danych makro".
Tak więc inwestowanie w oparciu tylko o sytuacje na rynku pracy często
przyniosłoby fatalne straty na giełdowym parkiecie. Tyle tylko, że teraz
analitycy narzekając na rynek pracy mają przed sobą nie tylko
niezadowalające dane, ale wręcz dane fatalne, co już wielokrotnie
opisywaliśmy. Wystarczy porównać sytuację na rynku pracy, do każdego
wychodzenia z recesji w poprzednich latach. Średnio, w dwa lata po
zakończeniu recesji po II Wojnie Światowej, liczba nowych miejsc pracy w
sektorze pozarolniczym wzrastała systematycznie ponad 1% w ciągu każdych 6
miesięcy. Po 2 latach od zakończenia recesji średnio przybywało około 5%
nowych miejsc pracy. Obecnie jesteśmy właśnie mniej więcej po analogicznym
okresie, a liczba nowych miejsc pracy w sektorze pozarolniczym od
zakończenia recesji spadła o prawie 1% i nie widać oznak trwałego odwrócenia
tego trendu.
Zaznaczam jednak raz jeszcze, że nie ekscytowałbym się tym z tygodnia na
tydzień, ale czytał to jedynie patrząc na przyszłoroczne perspektywy
przedłużenia ożywienia gospodarczego. Moim zdaniem nie wyglądają one
najlepiej. Inaczej sądzi rynek akcji i inaczej sądzi 113 zarządzających
portfelami różnych funduszy. Jutrzejszy Barron`s poświęca im kolejną byczą
okładkę z okazji półrocznej ankiety. Wyniki powinny trochę przerażać, bo 65%
jest bykami, a tylko 12,4% niedźwiedziami. Większość oczekuje, że w
najbliższych miesiącach rynki wzrosną jeszcze 10-15%. Zgoda jest też co do
tego, że to bezprecedensowe wpompowanie masy pieniędzy ze strony FED
podtrzymuje ożywienie i pompuje przewartościowany rynek akcji. Polityczny
scenariusz przyszłorocznych wyborów sugeruje przy tym, że FED za wszelką
cenę chciałby uniknąć podwyżki stóp do końca przyszłego roku. Moim zdaniem
się to nie uda i to uważam za największe zagrożenie, ale zobaczmy odpowiedzi
zarządzających, w kwestii zagrożeń mogących załamać obecną hossę - 33,6%
słabnąca gospodarka - 23,9 terroryzm - dopiero na trzecim miejscu wyższe
stopy procentowe 14,2 - a dopiero na czwartym (sia 6 miesięcy i 72,5% za 12 miesięcy, przy czym akcyjne zyski
w ciągu roku wyniosą 11,8%. Taki zgodny optymizm zawsze budzi u mnie bycze
przerażenie, szczególnie gdy potwierdzają go ankiety indywidualnych
inwestorów, jak i ich bycze (w przeciwieństwie do instytucji) zaangażowanie
na rynku terminowym, co jak pokazuje historia również źle wróży rynkowi.
Negatywne (jak dla kogo) wspomnienia powracają również gdy słyszy się o
projekcie wprowadzenia na giełdę wyszukiwarki Google, wartej według
analityków 15-25 mld USD. Nowa ekonomia już tak nie zaskakuje, ale gdy przy
takiej ofercie Financial Times straszy, że to nie zaspokoi popytu rzędu 100
mld dolarów, a do tego Google zamiast tradycyjnej emisji wybierze do
upublicznienia internetową aukcję ????? ...... to naprawdę warto zastanowić
się, czy czasami nie przypomina to giełdowej bańki. Jedyna wątpliwość, to w
którym jej etapie teraz jesteśmy.
Z ankiety Barrons`a jeszcze jedna ciekawostka, co do prezydenckich wyborów w
Stanach. Okazuje się, że historia lubi się powtarzać nie tylko na giełdzie i
jeśli wskazać kwestie decydujące o ewentualnej reelekcji Busha, to (tak samo
jak u Busha Seniora) kwestie międzynarodowe (Irak 10,2%, terroryzm 7,4%)
pozostały w cieniu rynku pracy i kondycji gospodarki (aż 73,1%). To chyba
wystarczy za odpowiedź, dlaczego chcąc wywołać krótkotrwałe! ożywienie
(dzięki eksportowi) administracja Busha odchodzi od silnego dolara. Po
wyborach choćby potop ?
No dobra, znowu przesadziłem trochę z narzekaniem, ale w dłuższym terminie
światełko które widzą inwestorzy mnie przypomina pociąg. Na razie jednak
mimo przeceny w końcówce tygodnia dramatu na rynku nie ma, a pociąg słychać
w oddali. Jeśli dane makro będą w tym tygodniu korzystne, rynki wrócą do
wzrostów. Wchodzimy przecież w historycznie najkorzystniejsze miesiące dla
rynku akcji i sprowokować byki będzie bardzo łatwo.
Zobaczmy co pokazują wykresy. S&P500 dalszy spadek po odbiciu co do punktu
od wyrysowanego 1,5 roku temu oporu ! SP500.gif Udało się jednak na razie
utrzymać kluczowe wsparcie na 1015 pkt. Jeśli spojrzymy na wykres
SP500_dzienny.gif to widać, że na tym poziomie można wyrysować dolne ramie
klina zwyżkującego. Tak więc dopiero zejście pod 1015 pkt. zwiastować będzie
mały dramat. Patrząc na dzienny wykres widać też formację młota wyrysowaną n
a piątkowej sesji. Jej znaczenie jest jednak moim zdaniem niewielkie, gdyż
powinna występować po dłuższym spadku i dopiero wtedy może stanowić podstawę
do zakupów (patrz młoty w dołkach luty/marzec) SP500_dzienny.gif To samo, a
wręcz ciekawiej jest na pozostałych dwóch wykresach. Nasdaq po
dwutygodniowej formacji głowy z ramionami w piątek zrealizował cały spadek
Nasdaq.gif i również tutaj można mówić o młocie, choć równie nieistotnym.
Inaczej jednak wygląda to na dziennym wykresie, gdzie broniona jest linia
trendu/dolne ramie klina Nasdaq_dzienny.gif Bardzo podobnie na
Dow_dzienny.gif
Widać więc, że wystarczy iskierka, by złamać trendy wzrostowe i mocno
wystraszyć popyt, lub po obronie wsparć ruszyć do ataku na szczyty. Wiadomo
co o tym zadecyduje - inwestorzy stęsknieni danych makro dostaną w
poniedziałek dane z rynku nieruchomości, we wtorek zamówienia na dobra
trwałego użytku i wskaźnik zaufania konsumentów. To będzie ekonomiczna
przystawka przed głównym daniem tego tygodnia, czyli wtorkowy komunikat po
posiedzeniu FED. Nikt nie spodziewa się zmiany stóp, ani niczego innego, niż
ostatnie dwuznaczne komunikaty, ale jedno źle/dobrze wypowiedziane zdanie
może mocno ruszyć rynkiem. Na deser w czwartek nieco księgowego optymizmu z
powodu PKB w III kwartale (+5,8% choć niektóre banki mówią o +6,5%, a jesta
tygodnia przyniesie przecenę i amerykańskie indeksy skończą tydzień kolejnym
spadkiem.
Na polskim rynku w tym tygodniu najważniejsze były dwie kwestie. Pierwsza to
tradycyjne już wątpliwości związane z politycznym poparciem przygotowanego
przez Hausnera planu "racjonalizacji wydatków". Druga to wciąż występujący
arbitraż, który wyraźnie przyspieszył wyprzedaż zainicjowaną polityczną
niepewnością. Zacznijmy jednak od jakże lubianej przez wszystkich polityki.
Giełdowe wzrosty czy spadki zawsze każdy analityk tłumaczy inaczej. Ale
jeśli chodzi o rynek obligacji, czy kurs złotego, to silne wahania na tym
rynku zawsze są odzwierciedleniem opinii głównie dużych zagranicznych
inwestorów. A właśnie na obligacjach i złotówce najlepiej było w ostatnim
tygodniu widać, jak mocno rynki finansowe boją się krętej politycznej
ścieżki uchwalania w parlamencie "racjonalizacji wydatków". W piątek na
EUR/PLN doszło wręcz do małej paniki i po południu kurs sięgnął 4,71. Na nic
zdały się słowne interwencje członków rządu, czy RPP. Rynek słyszał je już
przecież tyle razy, że chyba zbyt one spowszedniały. Nie ma zresztą
"właściwego" kursu dla żadnej waluty. Są tylko argumenty za jej
wzmocnieniem, lub osłabieniem, ale poza magicznym "powinna" u nas argumentów
prawie się nie używa. Warto przy tym osłabieniu złotego zauważyć, że w środę
Polska sprzedała ponad 120 inwestorom obligacje wartości 1 mld USD, a
minister finansów zapowiedział, że rozważa kolejne emisję jeszcze w tym
roku. To powinno pomóc złotówce, a było prawie niezauważalne. Można sobie
więc samemu dopowiedzieć, co stałoby się w przypadku niepowodzenia takiej
emisji (tak jak to bywa na rynku polskim). Obawy o brak płynności budżetu,
dramatyczna dalsza przecena na rynku obligacji i paniczna wyprzedaż złotego.
Dla giełdowego parkietu ma to wpływ z dwóch stron. Pierwsza to
odzwierciedlenie przeceny obligacji w kursach giełdowych banków (gdyż
inwestują w obligacje), co oglądamy też ostatnio. Druga, to możliwa
ewakuacja zagranicznych inwestorów z naszego giełdowego parkietu. Tutaj
oczywiście zawsze przypominam, że są dwie szkoły interpretujące osłabienie
złotego. Wszyscy są zgodni co do tego, że obniża to dla zagranicznych
inwestorów kursy polskich akcji, ale jeśli zakupów dokonali już wcześniej (a
tak należy teraz zakładać), to zbyt silne osłabienie złotego natychmiast
spowoduje realizację zysków po ostatniej hossie, a wtedy niska płynność
naszego rynku sprzyja tylko dramatycznej wyprzedaży. Podobnie jak w hossie
zyskują wtedy wszystkie spółki, tak i przecena byłaby w przypadku niektórych
spółek bez oglądania się na fundamenty.
Nie można więc obecnie nie patrzeć na rynek walutowy, czy rentowność
obligacji, ale szybko byki pocieszę, gdyż uważam, że piątkowa panika na tym
etapie zakończyła obawy zagranicznych inwestorów. Ja w każdym bądź razie
stawiałem na to w piątek pieniądze odwracając pozycje w EUR/PLN. Jeśli
spojrzeć bowiem w kalendarz przyszłego tygodnia, to po wtorkowym FED, także
u nas inwestorzy dostaną informacje z posiedzenia RPP. W piątek wszyscy
głośno rozpatrywali możliwość podwyższenia stóp procentowych, by zatrzymać
słabnięcie złotego. Choć politycznie naraziłoby to RPP na krytykę ze strony
niektórych sejmowych analfabetów, to część inwestorów (np. HSBC) nie
wyklucza, że jeśli na początku tygodnia będzie dalej niespokojnie, RPP
podniesie stopy o 50-100 pb. Dlaczego nie 25 pb ? Bo musiałaby to być
decyzja, która przekona rynek, że nie jest to początek cyklu podwyżek stóp
procentowych, ale jednorazowe działania mające ustabilizować rynki. Wtedy
też zapewne nie obyłoby się bez komunikatu, że z czasem pojawi się pole do
dalszej redukcji stóp. Uważam,dalsze niepokoje mogą poważnie zagrozić losom wsparcia.
Którego ? Tego najważniejszego - linii szyi formacji podwójnego szczytu,
czyli dołków z przełomu września/października. Dla kontraktów to 1476 pkt.
Kontrakty_dzienny.gif a dla indeksu 1477,22 pkt. Indeks_dzienny.gif Spadek
pod te poziomy z punktu widzenia analizy technicznej powinien być
interpretowany jako zapowiedź dalszego spadku, którego zasięg określa
wysokość formacji. Dla byków byłby to prawdziwy dramat, a jeśli czyjaś
wyobraźnia nie dopuszcza takiej rynkowej rzezi, to wystarczy policzyć, że po
teście wrześniowych szczytów już na szóstej sesji indeks zbliżył się jedynie
na nieco ponad 2% od wsparcia. Zabójcza dynamika spadku i właśnie to
paradoksalnie przemawia w tym tygodniu na korzyść byków. Rynek jest bowiem
mocno wyprzedany, a trzeba też wziąć pod uwagę, że mimo w pełni zasłużonej
przeceny (z punktu widzenia fundamentów), spora część tego spadku, a już na
pewno jego dynamika, to zasługa działań arbitrażystów.
Temat ten wałkowany jest ostatnio aż do znudzenia, ale ustalmy jedną rzecz.
Arbitraż jest zbawieniem dla takiego rynku terminowego jak nasz. Każdy ze
starszych inwestorów pamięta bowiem, jak często kontrakty były nieefektywnie
wyceniane, a "patologiczne" wahania bazy doprowadzały do sytuacji, w której
kontrakty rosły np. 2% przy 2% spadku indeksu WIG20. Oczywiście należało to
do specyfiki naszego rynku, a ekstremalne poziomy bazy w ubiegłych latach
często pomagały w ustalaniu punktów zwrotnych. "Czucie" rynku pozwalało bez
oglądania się na zmiany indeksu zarabiać na bardzo mocno rozciąganej bazie.
Wystarczyły odpowiednie nastroje na rynku terminowym. Choć wielu jeszcze za
tym zatęskni, to dla większości inwestorów to spory czynnik ryzyka, a już na
pewno nie rynek który chciano stworzyć. Nie mówię przy tym, że wartość
teoretyczna musi zawsze pokrywać się z kursem kontraktów, ale odchylenia nie
mogą przekraczać pewnego poziomu przyzwoitości - określanego właśnie przez
opłacalność przeprowadzenia arbitrażu. U nas kurs kontraktów zbliżał się do
wartości teoretycznej jedynie albo przypadkiem, albo w dniu wygaśnięcia ;-)
Wszedł więc tak długo oczekiwany arbitraż ..... i zaczęły się narzekania.
Słuszne narzekania. Z dwóch powodów. Pierwszy to krycie się pod płaszczykiem
arbitrażu większych spekulantów, co już wielokrotnie opisywałem. W skrócie,
mocna sprzedaż setek kontraktów i za moment sprzedaż koszyków akcji, co
rzekomo ma wskazywać na początek działań arbitrażu, a z reguły było
popchnięciem rynku do przebicia wsparć/wybicia z konsolidacji/odbicia od
oporów. W ostatnim tygodniu było już tego zdecydowanie mniej i faktycznie w
koszykach zaczął dominować po prostu arbitraż. Drugi powód narzekań, to fakt
że działania arbitrażystów paraliżują "normalnych" inwestorów. Dodając do
tego bardzo niską płynność naszego rynku mamy do czynienia z sytuacją, że
gdy arbitrażyści rozpoczynają działania, fundusze (maklerzy) nie stają po
drugiej stronie ofert, ale wręcz wycofują zlecenia wiedząc, że za moment
będą mogli np. kupić po dużej koszykowej przecenie. Na większych rynkach
arbitraż przechodzi przez parkiet niemal niezauważony. Na pocieszenie
zostaje powiedzieć, że u nas też tak kiedyś będzie, nawet bez zwiększania
płynności. Jednak niezbędny do tego warunek to spokojna baza na kontraktach,
która z tygodnia na tydzień nie będzie zmieniać się po kilkadziesiąt
punktów, a w ciągu dnia po kilkanaście. Na razie wszyscy zmęczeni arbitrażem
(wliczając autora tekstu) muszą odpokutować lata rozchwianej bazy. Spadek
liczby otwartych pozycji w kontraktach na WIG20 o ponad 6,4k w ostatnim
tygodniu daje nadzieje, że szybkich skoków indeksu będzie zdecydowaomentarza, bo oburzenie rynku musiało dotrzeć chyba do
każdego czytelnika. Słuszne oburzenie, ale jak wymagać znajomości
ekonomicznego alfabetu od niższych rangą posłów, gdy rządowa góra od tygodni
zwleka z ogłoszeniem planu sprzedaży pakietu 15% co z jednej strony miałoby
szansę odbyć się jeszcze przy ostatnich szczytach po bardzo korzystnej cenie
i w świetnych rynkowych nastrojach, a z drugiej strony błyskawicznie
przyczyniłoby się to do umocnienia złotego, gdyż przez rynek walutowy
musiałyby przepłynąć środki zagranicznych funduszy na kupno tych akcji i
nawet ogłoszenie samego terminu sprzedaży akcji rozpoczęłoby dyskontowanie
tego faktu. Wracając jednak do meritum, czyli podatku giełdowego, to
wszystkie gazety rozpisały się dość szeroko na ten temat. Spójrzmy więc
czysto rynkowo - a tutaj zastrzegam nie uniknie się dylematów. Optymiści
powiedzą bowiem, że zwolnienie z podatku akcji kupionych jeszcze w tym roku
wywoła wzmożone zakupy indywidualnych inwestorów. Środki bez wątpienia na to
się znajdą, bo ponad 5 mld pln (różne szacunki) uwolnione zostanie w
najbliższych tygodniach z lokat antypodatkowych. Sporo zależy od biur
maklerskich, czy wykorzystają te 2 miesiące do sięgnięcia po świeżych
klientów, czy oddadzą je funduszom. Już teraz część akcjonariuszy
największych spółek zapowiedziała, że zwiększą teraz swoje udziały.
Pesymiści odpowiedzą natomiast - "A co potem ?" Giełda niby dyskontuje
przyszłość, więc powinna zdyskontować po pierwsze mniejsze zainteresowanie
giełdą, a więc mniejszy popyt. Po drugie idącą za tym mniejszą płynność
giełdy, a jak widać po największych spółkach, te często notowane są
(szczególnie właśnie na naszym rynku) z premią, którą zawdzięczają wysokiej
płynności. Ale zaraz zaraz, mniejsza płynność na niektórych akcjach
umożliwiała funduszom wyraźnie sztuczne podbijanie kursów.... itd. itp
Podsumowując - wpływ na poziom indeksów będzie w większości wynikał z emocji
związanych z podatkiem, a to bardzo trudne teraz do jednoznacznej
interpretacji.
Kończąc na dzisiaj wyjątkowo długi wywód przydałoby się jeszcze napisać
jakąś prognozę, co do zachowania naszego rynku. Pytanie jest tylko jedno na
ten tydzień - czy obronione zostaną dołki z przełomu września/października,
które są jednocześnie linią szyi formacji głowy z ramionami.
Indeks_intra.gif Kontrakty_intra.gif Na zachowanie rynku bardzo duży wpływ
będzie miała sytuacja na rynku walutowym (dalsze osłabienie złotówki wywoła
obawy o podwyżkę stóp i ucieczkę "zagranicy") więc przydałoby się prognozę
od tego uzależnić. Sądzę jednak, że fundusze niezależnie od sytuacji nie
pozwolą (jeszcze !!) na przebicie wrześniowych dołków. Zbyt mocno
odstraszyłoby to inwestorów od ich jednostek, a przecież zaraz parę mld pln
uwolnionych lokat szukać będzie miejsca do inwestycji. Spodziewane przeze
mnie dalsze spadki w USA w drugiej części tygodnia mogą u nas jedynie
doprowadzić do testu tego wsparcia. Za dynamiczny i za głęboki był ostatni
spadek by przebijać takie wsparcie "z marszu".
[email protected]