Reklama

Weekendowa Analiza Futures

Publikacja: 26.10.2003 19:12

Marek Pryzmont

Ostatni tydzień bardzo wyraźnie pokazał, jak optymistyczne były amerykańskie

oczekiwania co do wyników spółek. Nawet piejące z zachwytu media nie były w

stanie przekonać inwestorów, że przekroczenie prognoz analityków oznaczać

będzie wzrost kursów. Nie na tych poziomach amerykańskich indeksów i nie gdy

Reklama
Reklama

oczywiste staje się, że prognozy są wyjątkowo ostrożne. Każda spółka która

nie pokazała czegoś nadzwyczajnego ciągnęła indeks na południe i do byczego

dramatu wystarczyła seria neutralnych publikacji. Było gorzej, bo w środę

przedsesyjne wyniki rozczarowały rynek, a ten wariant niewielu rozpatrywało.

Z racji że środa była najważniejszym dniem jeśli chodzi o publikowane wyniki

(w całym sezonie wyników) wywołało to mocną wyprzedaż przedłużoną już do

Reklama
Reklama

końca tygodnia z lekką pomocą Microsoft`u.

Na tym praktycznie epizod publikacji zysków amerykańskich gigantów się

kończy i nieco znudzeni tym inwestorzy, pomimo kolejnych 200 publikacji w

zbliżającym się tygodniu, skierują uwagę na dane makro i pozostałe rynkowe

wydarzenia. Podsumujmy więc krótko wyniki - Do tej pory nieco ponad 60% firm

z indeksu S&P500 opublikowało już wyniki. Średnio zysk wzrósł 21,5% (będzie

Reklama
Reklama

mniej po reszcie publikacji) według Thomson Financial. Byłby to najszybszy

wzrost zysków od drugiego kwartału 2000 roku. Taki rekord robi wrażenie,

gdyby nie fakt, że wtedy zaczęła się bolesna bessa. Ale to bez związku.

Spośród opublikowanych wyników 65% przekroczyło prognozy analityków. Nawet

jeśli weźmiemy historyczną średnią 56% to i tak wyraźnie widać, że takie

Reklama
Reklama

działania firm inwestycyjnych są w ostatnich dwóch kwartałach celowe. Po

części wynikają z różnych skandali finansowych, po części z długotrwałej

bessy. Połączenie tych czynników sprawia, że analitykom i wygodniej i

korzystniej (dla poziomu indeksów), gdy ich oczekiwania są bardzo

konserwatywne. Nie słyszałem w amerykańskich mediach zarzutów o zbytnią

Reklama
Reklama

ostrożność, za to przesadny optymizm był przez ostatnie lata wyśmiewany. W

IV kwartale, z reguły jakże korzystnym dla spółek (Święta - wydatki

konsumentów) analitycy oczekują wzrostu zysków około +22,5% (znowu robi

wrażenie, ale z jakiego poziomu ta poprawa zysków ?). Do tego są dwie

wiadomości - dobra jest taka, że to nie jest przesadny optymizm, zła

Reklama
Reklama

natomiast taka, że rynek akcji w pełni to zdyskontował, więc należałoby

uznać, że na tych poziomach wszyscy kupujący liczą na zdynamizowanie

ożywienia.

Mogą się w przyszłym roku rozczarować, a zwiastuje to choćby porównanie

zysków spółek z indeksu S&P500 (uwzględniając inflację), oraz wykorzystanie

potencjału produkcyjnego. Pozwolę sobie tutaj powtórzyć ostatni gazetowy

komentarz, bo zapewne nie wszyscy czytają. Gdy porównamy wspomniane dwie

dane okazuje się, że zmiany wykorzystania potencjału produkcyjnego bardzo

dokładnie wyprzedzają (podobnie jak indeksy) o 6-12 miesięcy, początek

dynamicznego wzrostu (np. lata 1972, 1977, 1984, 1988, 1993), lub spadku

(m.in. 1975, 1980, 1990) zysków giełdowych spółek. Są oczywiście wyjątki od

reguły i takim była "nowa ekonomia" przed paroma laty, gdy bez wzrostu

wykorzystania potencjału produkcyjnego zyski bardzo mocno wzrosły. Tłumaczyć

to należy albo kreatywną księgowością, albo przenoszeniem produkcji w

"tańsze" rejony świata, choć to już kosztem rodzimego przemysłu i rynku

pracy. Oczywiście przy takiej negatywnej dywergencji wspomnianych dwóch

danych, naśladowanie przez indeksy sztucznie nadmuchanych wyników

doprowadziło w końcu do załamaniu rynku akcji (2000 r.). Najgorsze jednak

jest to, że powtarza się to po raz drugi, a do tego nie tylko wzrostowi

zysków nie towarzyszy wzrost potencjału produkcyjnego, ale jest on poniżejej do końca wyplenić, ale obecne pompowanie wyników wydaje

się być już kombinacją wspomnianych dwóch czynników, z czego cięcia kosztów

(siły roboczej) i przenoszenie produkcji do "tańszych" rejonów świata choć

dla zysków spółek w krótkim terminie będzie korzystne, to w dłuższym

doprowadzi w Stanach do wielu problemów (głównie chodzi o rynek pracy). To

mniej więcej tak, jak administracja rządowa po cichu cieszy się ze

słabnącego dolara pomagającego eksporterom (zmniejszającego import), ale nie

widzi długoterminowych kłopotów z tym związanych. Opisywałem to 2 tygodnie

temu na przykładzie jena, a w skrócie i uproszczeniu tylko powiem, że

zwiększa to presję na wzrost rynkowych stóp procentowych, a to natychmiast

zmniejszy wartość akcji we wszystkich modelowych wycenach.

Wracając jednak do porównania zysków spółek i danych o potencjale produkcji

przemysłowej, to warto dodać do tego właśnie rynek pracy, by wyraźnie

zobaczyć, że z obecnym ożywieniem coś jest nie tak. Na początek jednak dwie

uwagi. Pierwsza to taka, że nie neguję trwającego ożywienia, ale rynek akcji

wydaje się dyskontować po pierwsze jego zdynamizowanie, po drugie jego

trwały charakter, a tutaj zgodzić się już nie mogę. Po drugie, warto

wiedzieć, że początek ożywienia nie musi być wcale odzwierciedlony na rynku

pracy. Historia pokazuje, że analitycy często kierowali się słabością rynku

pracy, podczas gdy indeksy dalej mocno rosły. Pesymizm analityków w tej

kwestii wynika z reguły z dużej "medialności" tych danych. No bo co jest w

gospodarce ważniejsze, niż stopa bezrobocia. Zresztą nie przez przypadek

piątkowe raporty z rynku pracy nazywane są "matką wszystkich danych makro".

Tak więc inwestowanie w oparciu tylko o sytuacje na rynku pracy często

przyniosłoby fatalne straty na giełdowym parkiecie. Tyle tylko, że teraz

analitycy narzekając na rynek pracy mają przed sobą nie tylko

niezadowalające dane, ale wręcz dane fatalne, co już wielokrotnie

opisywaliśmy. Wystarczy porównać sytuację na rynku pracy, do każdego

wychodzenia z recesji w poprzednich latach. Średnio, w dwa lata po

zakończeniu recesji po II Wojnie Światowej, liczba nowych miejsc pracy w

sektorze pozarolniczym wzrastała systematycznie ponad 1% w ciągu każdych 6

miesięcy. Po 2 latach od zakończenia recesji średnio przybywało około 5%

nowych miejsc pracy. Obecnie jesteśmy właśnie mniej więcej po analogicznym

okresie, a liczba nowych miejsc pracy w sektorze pozarolniczym od

zakończenia recesji spadła o prawie 1% i nie widać oznak trwałego odwrócenia

tego trendu.

Zaznaczam jednak raz jeszcze, że nie ekscytowałbym się tym z tygodnia na

tydzień, ale czytał to jedynie patrząc na przyszłoroczne perspektywy

przedłużenia ożywienia gospodarczego. Moim zdaniem nie wyglądają one

najlepiej. Inaczej sądzi rynek akcji i inaczej sądzi 113 zarządzających

portfelami różnych funduszy. Jutrzejszy Barron`s poświęca im kolejną byczą

okładkę z okazji półrocznej ankiety. Wyniki powinny trochę przerażać, bo 65%

jest bykami, a tylko 12,4% niedźwiedziami. Większość oczekuje, że w

najbliższych miesiącach rynki wzrosną jeszcze 10-15%. Zgoda jest też co do

tego, że to bezprecedensowe wpompowanie masy pieniędzy ze strony FED

podtrzymuje ożywienie i pompuje przewartościowany rynek akcji. Polityczny

scenariusz przyszłorocznych wyborów sugeruje przy tym, że FED za wszelką

cenę chciałby uniknąć podwyżki stóp do końca przyszłego roku. Moim zdaniem

się to nie uda i to uważam za największe zagrożenie, ale zobaczmy odpowiedzi

zarządzających, w kwestii zagrożeń mogących załamać obecną hossę - 33,6%

słabnąca gospodarka - 23,9 terroryzm - dopiero na trzecim miejscu wyższe

stopy procentowe 14,2 - a dopiero na czwartym (sia 6 miesięcy i 72,5% za 12 miesięcy, przy czym akcyjne zyski

w ciągu roku wyniosą 11,8%. Taki zgodny optymizm zawsze budzi u mnie bycze

przerażenie, szczególnie gdy potwierdzają go ankiety indywidualnych

inwestorów, jak i ich bycze (w przeciwieństwie do instytucji) zaangażowanie

na rynku terminowym, co jak pokazuje historia również źle wróży rynkowi.

Negatywne (jak dla kogo) wspomnienia powracają również gdy słyszy się o

projekcie wprowadzenia na giełdę wyszukiwarki Google, wartej według

analityków 15-25 mld USD. Nowa ekonomia już tak nie zaskakuje, ale gdy przy

takiej ofercie Financial Times straszy, że to nie zaspokoi popytu rzędu 100

mld dolarów, a do tego Google zamiast tradycyjnej emisji wybierze do

upublicznienia internetową aukcję ????? ...... to naprawdę warto zastanowić

się, czy czasami nie przypomina to giełdowej bańki. Jedyna wątpliwość, to w

którym jej etapie teraz jesteśmy.

Z ankiety Barrons`a jeszcze jedna ciekawostka, co do prezydenckich wyborów w

Stanach. Okazuje się, że historia lubi się powtarzać nie tylko na giełdzie i

jeśli wskazać kwestie decydujące o ewentualnej reelekcji Busha, to (tak samo

jak u Busha Seniora) kwestie międzynarodowe (Irak 10,2%, terroryzm 7,4%)

pozostały w cieniu rynku pracy i kondycji gospodarki (aż 73,1%). To chyba

wystarczy za odpowiedź, dlaczego chcąc wywołać krótkotrwałe! ożywienie

(dzięki eksportowi) administracja Busha odchodzi od silnego dolara. Po

wyborach choćby potop ?

No dobra, znowu przesadziłem trochę z narzekaniem, ale w dłuższym terminie

światełko które widzą inwestorzy mnie przypomina pociąg. Na razie jednak

mimo przeceny w końcówce tygodnia dramatu na rynku nie ma, a pociąg słychać

w oddali. Jeśli dane makro będą w tym tygodniu korzystne, rynki wrócą do

wzrostów. Wchodzimy przecież w historycznie najkorzystniejsze miesiące dla

rynku akcji i sprowokować byki będzie bardzo łatwo.

Zobaczmy co pokazują wykresy. S&P500 dalszy spadek po odbiciu co do punktu

od wyrysowanego 1,5 roku temu oporu ! SP500.gif Udało się jednak na razie

utrzymać kluczowe wsparcie na 1015 pkt. Jeśli spojrzymy na wykres

SP500_dzienny.gif to widać, że na tym poziomie można wyrysować dolne ramie

klina zwyżkującego. Tak więc dopiero zejście pod 1015 pkt. zwiastować będzie

mały dramat. Patrząc na dzienny wykres widać też formację młota wyrysowaną n

a piątkowej sesji. Jej znaczenie jest jednak moim zdaniem niewielkie, gdyż

powinna występować po dłuższym spadku i dopiero wtedy może stanowić podstawę

do zakupów (patrz młoty w dołkach luty/marzec) SP500_dzienny.gif To samo, a

wręcz ciekawiej jest na pozostałych dwóch wykresach. Nasdaq po

dwutygodniowej formacji głowy z ramionami w piątek zrealizował cały spadek

Nasdaq.gif i również tutaj można mówić o młocie, choć równie nieistotnym.

Inaczej jednak wygląda to na dziennym wykresie, gdzie broniona jest linia

trendu/dolne ramie klina Nasdaq_dzienny.gif Bardzo podobnie na

Dow_dzienny.gif

Widać więc, że wystarczy iskierka, by złamać trendy wzrostowe i mocno

wystraszyć popyt, lub po obronie wsparć ruszyć do ataku na szczyty. Wiadomo

co o tym zadecyduje - inwestorzy stęsknieni danych makro dostaną w

poniedziałek dane z rynku nieruchomości, we wtorek zamówienia na dobra

trwałego użytku i wskaźnik zaufania konsumentów. To będzie ekonomiczna

przystawka przed głównym daniem tego tygodnia, czyli wtorkowy komunikat po

posiedzeniu FED. Nikt nie spodziewa się zmiany stóp, ani niczego innego, niż

ostatnie dwuznaczne komunikaty, ale jedno źle/dobrze wypowiedziane zdanie

może mocno ruszyć rynkiem. Na deser w czwartek nieco księgowego optymizmu z

powodu PKB w III kwartale (+5,8% choć niektóre banki mówią o +6,5%, a jesta

tygodnia przyniesie przecenę i amerykańskie indeksy skończą tydzień kolejnym

spadkiem.

Na polskim rynku w tym tygodniu najważniejsze były dwie kwestie. Pierwsza to

tradycyjne już wątpliwości związane z politycznym poparciem przygotowanego

przez Hausnera planu "racjonalizacji wydatków". Druga to wciąż występujący

arbitraż, który wyraźnie przyspieszył wyprzedaż zainicjowaną polityczną

niepewnością. Zacznijmy jednak od jakże lubianej przez wszystkich polityki.

Giełdowe wzrosty czy spadki zawsze każdy analityk tłumaczy inaczej. Ale

jeśli chodzi o rynek obligacji, czy kurs złotego, to silne wahania na tym

rynku zawsze są odzwierciedleniem opinii głównie dużych zagranicznych

inwestorów. A właśnie na obligacjach i złotówce najlepiej było w ostatnim

tygodniu widać, jak mocno rynki finansowe boją się krętej politycznej

ścieżki uchwalania w parlamencie "racjonalizacji wydatków". W piątek na

EUR/PLN doszło wręcz do małej paniki i po południu kurs sięgnął 4,71. Na nic

zdały się słowne interwencje członków rządu, czy RPP. Rynek słyszał je już

przecież tyle razy, że chyba zbyt one spowszedniały. Nie ma zresztą

"właściwego" kursu dla żadnej waluty. Są tylko argumenty za jej

wzmocnieniem, lub osłabieniem, ale poza magicznym "powinna" u nas argumentów

prawie się nie używa. Warto przy tym osłabieniu złotego zauważyć, że w środę

Polska sprzedała ponad 120 inwestorom obligacje wartości 1 mld USD, a

minister finansów zapowiedział, że rozważa kolejne emisję jeszcze w tym

roku. To powinno pomóc złotówce, a było prawie niezauważalne. Można sobie

więc samemu dopowiedzieć, co stałoby się w przypadku niepowodzenia takiej

emisji (tak jak to bywa na rynku polskim). Obawy o brak płynności budżetu,

dramatyczna dalsza przecena na rynku obligacji i paniczna wyprzedaż złotego.

Dla giełdowego parkietu ma to wpływ z dwóch stron. Pierwsza to

odzwierciedlenie przeceny obligacji w kursach giełdowych banków (gdyż

inwestują w obligacje), co oglądamy też ostatnio. Druga, to możliwa

ewakuacja zagranicznych inwestorów z naszego giełdowego parkietu. Tutaj

oczywiście zawsze przypominam, że są dwie szkoły interpretujące osłabienie

złotego. Wszyscy są zgodni co do tego, że obniża to dla zagranicznych

inwestorów kursy polskich akcji, ale jeśli zakupów dokonali już wcześniej (a

tak należy teraz zakładać), to zbyt silne osłabienie złotego natychmiast

spowoduje realizację zysków po ostatniej hossie, a wtedy niska płynność

naszego rynku sprzyja tylko dramatycznej wyprzedaży. Podobnie jak w hossie

zyskują wtedy wszystkie spółki, tak i przecena byłaby w przypadku niektórych

spółek bez oglądania się na fundamenty.

Nie można więc obecnie nie patrzeć na rynek walutowy, czy rentowność

obligacji, ale szybko byki pocieszę, gdyż uważam, że piątkowa panika na tym

etapie zakończyła obawy zagranicznych inwestorów. Ja w każdym bądź razie

stawiałem na to w piątek pieniądze odwracając pozycje w EUR/PLN. Jeśli

spojrzeć bowiem w kalendarz przyszłego tygodnia, to po wtorkowym FED, także

u nas inwestorzy dostaną informacje z posiedzenia RPP. W piątek wszyscy

głośno rozpatrywali możliwość podwyższenia stóp procentowych, by zatrzymać

słabnięcie złotego. Choć politycznie naraziłoby to RPP na krytykę ze strony

niektórych sejmowych analfabetów, to część inwestorów (np. HSBC) nie

wyklucza, że jeśli na początku tygodnia będzie dalej niespokojnie, RPP

podniesie stopy o 50-100 pb. Dlaczego nie 25 pb ? Bo musiałaby to być

decyzja, która przekona rynek, że nie jest to początek cyklu podwyżek stóp

procentowych, ale jednorazowe działania mające ustabilizować rynki. Wtedy

też zapewne nie obyłoby się bez komunikatu, że z czasem pojawi się pole do

dalszej redukcji stóp. Uważam,dalsze niepokoje mogą poważnie zagrozić losom wsparcia.

Którego ? Tego najważniejszego - linii szyi formacji podwójnego szczytu,

czyli dołków z przełomu września/października. Dla kontraktów to 1476 pkt.

Kontrakty_dzienny.gif a dla indeksu 1477,22 pkt. Indeks_dzienny.gif Spadek

pod te poziomy z punktu widzenia analizy technicznej powinien być

interpretowany jako zapowiedź dalszego spadku, którego zasięg określa

wysokość formacji. Dla byków byłby to prawdziwy dramat, a jeśli czyjaś

wyobraźnia nie dopuszcza takiej rynkowej rzezi, to wystarczy policzyć, że po

teście wrześniowych szczytów już na szóstej sesji indeks zbliżył się jedynie

na nieco ponad 2% od wsparcia. Zabójcza dynamika spadku i właśnie to

paradoksalnie przemawia w tym tygodniu na korzyść byków. Rynek jest bowiem

mocno wyprzedany, a trzeba też wziąć pod uwagę, że mimo w pełni zasłużonej

przeceny (z punktu widzenia fundamentów), spora część tego spadku, a już na

pewno jego dynamika, to zasługa działań arbitrażystów.

Temat ten wałkowany jest ostatnio aż do znudzenia, ale ustalmy jedną rzecz.

Arbitraż jest zbawieniem dla takiego rynku terminowego jak nasz. Każdy ze

starszych inwestorów pamięta bowiem, jak często kontrakty były nieefektywnie

wyceniane, a "patologiczne" wahania bazy doprowadzały do sytuacji, w której

kontrakty rosły np. 2% przy 2% spadku indeksu WIG20. Oczywiście należało to

do specyfiki naszego rynku, a ekstremalne poziomy bazy w ubiegłych latach

często pomagały w ustalaniu punktów zwrotnych. "Czucie" rynku pozwalało bez

oglądania się na zmiany indeksu zarabiać na bardzo mocno rozciąganej bazie.

Wystarczyły odpowiednie nastroje na rynku terminowym. Choć wielu jeszcze za

tym zatęskni, to dla większości inwestorów to spory czynnik ryzyka, a już na

pewno nie rynek który chciano stworzyć. Nie mówię przy tym, że wartość

teoretyczna musi zawsze pokrywać się z kursem kontraktów, ale odchylenia nie

mogą przekraczać pewnego poziomu przyzwoitości - określanego właśnie przez

opłacalność przeprowadzenia arbitrażu. U nas kurs kontraktów zbliżał się do

wartości teoretycznej jedynie albo przypadkiem, albo w dniu wygaśnięcia ;-)

Wszedł więc tak długo oczekiwany arbitraż ..... i zaczęły się narzekania.

Słuszne narzekania. Z dwóch powodów. Pierwszy to krycie się pod płaszczykiem

arbitrażu większych spekulantów, co już wielokrotnie opisywałem. W skrócie,

mocna sprzedaż setek kontraktów i za moment sprzedaż koszyków akcji, co

rzekomo ma wskazywać na początek działań arbitrażu, a z reguły było

popchnięciem rynku do przebicia wsparć/wybicia z konsolidacji/odbicia od

oporów. W ostatnim tygodniu było już tego zdecydowanie mniej i faktycznie w

koszykach zaczął dominować po prostu arbitraż. Drugi powód narzekań, to fakt

że działania arbitrażystów paraliżują "normalnych" inwestorów. Dodając do

tego bardzo niską płynność naszego rynku mamy do czynienia z sytuacją, że

gdy arbitrażyści rozpoczynają działania, fundusze (maklerzy) nie stają po

drugiej stronie ofert, ale wręcz wycofują zlecenia wiedząc, że za moment

będą mogli np. kupić po dużej koszykowej przecenie. Na większych rynkach

arbitraż przechodzi przez parkiet niemal niezauważony. Na pocieszenie

zostaje powiedzieć, że u nas też tak kiedyś będzie, nawet bez zwiększania

płynności. Jednak niezbędny do tego warunek to spokojna baza na kontraktach,

która z tygodnia na tydzień nie będzie zmieniać się po kilkadziesiąt

punktów, a w ciągu dnia po kilkanaście. Na razie wszyscy zmęczeni arbitrażem

(wliczając autora tekstu) muszą odpokutować lata rozchwianej bazy. Spadek

liczby otwartych pozycji w kontraktach na WIG20 o ponad 6,4k w ostatnim

tygodniu daje nadzieje, że szybkich skoków indeksu będzie zdecydowaomentarza, bo oburzenie rynku musiało dotrzeć chyba do

każdego czytelnika. Słuszne oburzenie, ale jak wymagać znajomości

ekonomicznego alfabetu od niższych rangą posłów, gdy rządowa góra od tygodni

zwleka z ogłoszeniem planu sprzedaży pakietu 15% co z jednej strony miałoby

szansę odbyć się jeszcze przy ostatnich szczytach po bardzo korzystnej cenie

i w świetnych rynkowych nastrojach, a z drugiej strony błyskawicznie

przyczyniłoby się to do umocnienia złotego, gdyż przez rynek walutowy

musiałyby przepłynąć środki zagranicznych funduszy na kupno tych akcji i

nawet ogłoszenie samego terminu sprzedaży akcji rozpoczęłoby dyskontowanie

tego faktu. Wracając jednak do meritum, czyli podatku giełdowego, to

wszystkie gazety rozpisały się dość szeroko na ten temat. Spójrzmy więc

czysto rynkowo - a tutaj zastrzegam nie uniknie się dylematów. Optymiści

powiedzą bowiem, że zwolnienie z podatku akcji kupionych jeszcze w tym roku

wywoła wzmożone zakupy indywidualnych inwestorów. Środki bez wątpienia na to

się znajdą, bo ponad 5 mld pln (różne szacunki) uwolnione zostanie w

najbliższych tygodniach z lokat antypodatkowych. Sporo zależy od biur

maklerskich, czy wykorzystają te 2 miesiące do sięgnięcia po świeżych

klientów, czy oddadzą je funduszom. Już teraz część akcjonariuszy

największych spółek zapowiedziała, że zwiększą teraz swoje udziały.

Pesymiści odpowiedzą natomiast - "A co potem ?" Giełda niby dyskontuje

przyszłość, więc powinna zdyskontować po pierwsze mniejsze zainteresowanie

giełdą, a więc mniejszy popyt. Po drugie idącą za tym mniejszą płynność

giełdy, a jak widać po największych spółkach, te często notowane są

(szczególnie właśnie na naszym rynku) z premią, którą zawdzięczają wysokiej

płynności. Ale zaraz zaraz, mniejsza płynność na niektórych akcjach

umożliwiała funduszom wyraźnie sztuczne podbijanie kursów.... itd. itp

Podsumowując - wpływ na poziom indeksów będzie w większości wynikał z emocji

związanych z podatkiem, a to bardzo trudne teraz do jednoznacznej

interpretacji.

Kończąc na dzisiaj wyjątkowo długi wywód przydałoby się jeszcze napisać

jakąś prognozę, co do zachowania naszego rynku. Pytanie jest tylko jedno na

ten tydzień - czy obronione zostaną dołki z przełomu września/października,

które są jednocześnie linią szyi formacji głowy z ramionami.

Indeks_intra.gif Kontrakty_intra.gif Na zachowanie rynku bardzo duży wpływ

będzie miała sytuacja na rynku walutowym (dalsze osłabienie złotówki wywoła

obawy o podwyżkę stóp i ucieczkę "zagranicy") więc przydałoby się prognozę

od tego uzależnić. Sądzę jednak, że fundusze niezależnie od sytuacji nie

pozwolą (jeszcze !!) na przebicie wrześniowych dołków. Zbyt mocno

odstraszyłoby to inwestorów od ich jednostek, a przecież zaraz parę mld pln

uwolnionych lokat szukać będzie miejsca do inwestycji. Spodziewane przeze

mnie dalsze spadki w USA w drugiej części tygodnia mogą u nas jedynie

doprowadzić do testu tego wsparcia. Za dynamiczny i za głęboki był ostatni

spadek by przebijać takie wsparcie "z marszu".

[email protected]

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama