Kontrakty.gif Indeks.gif Gdyby rynek był słaby, to odwrót w strefie silnego
oporu natychmiast powinien wystraszyć inwestorów i wywołać lawinę
wyprzedaży. Pozostaje co prawda pytanie, czy nie jest to tylko wpływ
końcówki roku i świadomości, że fundusze na żaden głębszy spadek teraz nie
pozwolą. Technika jednak na to nie patrzy i obrona wsparcia utrzymująca
indeks z kontraktami w strefie oporu działa w tej chwili na korzyść byków.
Im dłużej będziemy tutaj przebywać, tym większe szanse na zdjęcie nawisu
podaży w tym obszarze. A drugi powód skruszenia niedźwiedzich zapędów ?
Niesamowita siła amerykańskiego rynku, gdzie bez żadnych reguł pompowany
jest spekulacyjny balon. Na hossie zarabiają tłumy indywidualnych inwestorów
zarówno poprzez ogromne wpłaty do funduszy, jak i wyraźną przewagę długich
pozycji (nad instytucjami), skala optymizmu przekracza wszystkie
dotychczasowe wartości, skala wyprzedaży akcji przez zarządy też, wyceny
akcji w kosmosie, techniczne sygnały sprzedaży okazują się pułapkami,
wszyscy mówią o dalszych wzrostach ........ i przy tym wszystkim rynek dalej
rośnie - giełdowy ewenement.
Odpowiedź na to jest tylko jedna - dmuchany jest spekulacyjny balon, a
grudzień jest do tego najbardziej sprzyjającym okresem. Wiem wiem,
przynudzam. Wszyscy woleliby usłyszeć jak dobre dane makro oglądaliśmy w tym
tygodniu i że są one uzasadnieniem tak silnego wzrostu Dow Jones. Faktycznie
dane były dobrm do wywołania wzrostu, a nie jego podstawą. Gdyby rynek
faktycznie miał wiernie odwzorowywać dane makro, to indeksy odrabiałyby
straty na przykład po zeszłotygodniowym szokującym rynek wyskoku liczby
wniosków i piątkowym beznadziejnym indeksie nastroju Uniwersytetu Michigan.
Złe dane są ignorowane, dobre wprowadzają przesadny optymizm. To klasyczny
objaw hossy, ale trzeba być świadomym, że coraz bardziej niebezpiecznej.
Zresztą na to samo wskazują towary, czy nadchodzący wzrost rynkowych stóp
procentowych (dyskontowany już wcześniej przez rynki obligacji). Także z
analizy zależności między tymi rynkami widać, że indeksy giełdowe zupełnie
ignorują zagrożenia. J. Murphy w książce o MAT (międzyrynkowa analiza
techniczna) odnosząc się do krachu z 1987 r. pisał - "to prawda, że szczyt
na rynku akcji, który powstał w sierpniu 1987 r. nastąpił cztery miesiące po
załamaniu cen obligacji. To prawda, że przez ten czas na akcjach można było
zarobić duże pieniądze. Sytuacja na rynkach obligacji (ceny spadały - rosła
rentowność) i towarów (rosły, jak teraz przy maksach złoto, srebro, ropa,
miedź, cały indeks CRB) ostrzegała jednak, że również jeśli chodzi o akcje
należy mieć się na baczności." A później był dramatyczny spadek. Opisywałem
te zależności w jednym z gazetowych artykułów i od tamtej pory niewiele się
zmieniło, oprócz coraz wyższych cen akcji. Możliwe, że będą jeszcze wyżej na
przykład 10%, 20% i pierwszy postaram się zachęcać do kupna przed nową falą
wzrostu, ale nie napiszę przy tym, że to dyskontowanie trwałego bardzo
silnego ożywienia gospodarczego jest słuszne i nie przyniesie inwestorom
rozczarowania. Według mojej, a nie tylko mojej, opinii to dmuchanie balona.
Bardzo ciekawy artykuł o wszystkich makroekonomicznych zagrożeniach i nie
trwałym ożywieniu napisał Stephen Roach z Morgan Stanley. Podsumowując w
skrócie - amerykańską gospodarkę czeka kac wywołany nadzwyczajnym rekordowym
deficytem budżetowym i na rachunku obrotów bieżących. Ta druga wartość w
2005 r. według prognoz ma przekroczyć 700 mld. Wszystko przy historycznie
najniższej stopie oszczędności oraz ożywieniu bez nowych miejsc pracy,
powoduje konieczność finansowania tej nierównowagi kapitałem zagranicznym,
którego za rok Ameryka potrzebować będzie 3 mld dziennie. Zwiększać to
będzie tylko presje na silne osłabienie dolara i mocny wzrost rynkowych stóp
procentowych. Takie fundamenty Amerykańskiej gospodarki zdaniem Roach`a
uniemożliwiają zbudowanie trwałego ożywienia gospodarczego. Zresztą prognoza
dynamiki światowego PKB w 2004 r. to 4,2% w 2005 r tylko 3,7% , a takie
ożywienie gospodarczej "jest jednym z najbardziej anemicznych w historii".
Jakieś rozwiązanie ? Tak - Ameryka musi zacząć oszczędzać i zmniejszyć
deficyty. Kluczem do tego miałby a być teraz wzrost rynkowych stóp
procentowych (zwiększy oszczędności). Świetnie - w dłuższym (lata) terminie
zapobiegnie to fiskalnej katastrofie, usunie nierównowagę i zbuduje
fundamenty dla trwałego! wzrostu gospodarczego. W krótszym wyznaczy szczyty
na rynku akcji, gdy skończą się szalone amerykańskie wydatki na kredyt.
A skoro o kredytach mowa, to ciekawe wnioski można wyciągnąć z analizy
udzielanych przedsiębiorstwom kredytów bankowych. Skoro gospodarka weszła w
fazę trwałego ożywienia, to przedsiębiorstwa powinny ruszyć z inwestycjami,
zatrudnianiem nowych pracowników, a wszystko jak to w biznesie - wspomagane
kredytem. Tyle tylko, że pomimo rekordowo niskich stóp procentowych firmy
nie chcą kredytów. Oczywiście w przeciwieństwie do konsumentów.... Jak zaraz
pokaże, nie jest to zwiastunem dalszej hossy. Wartość kredytów spada
nieprzerwanie od końca 2000 r. Kredyty01.gif Pomimo odtrąbionego wie kredytów hipotecznych), oraz konieczność
inwestowania na rynku długu, co w otoczeniu rosnących stóp procentowych
(spadających cen obligacji) nie jest najlepszym wyborem. Oczywiście
zwiększają też udział w rynku akcji. Czym to grozi można się tylko domyślać,
gdy rosnące stopy procentowe przecenią dalej obligacje i odwrócą trend na
rynku akcji. To jednak tylko problem banków. Nie o tym chciałem - proszę
spojrzeć na wykres pokazujący kredyty przedsiębiorstw z dodanym do niego
wykresem indeksu S&P 500. Kredyty02.gif Jeśli spojrzymy na początek lat
90-tych to widać wyraźnie, że spadek wartości udzielanych kredytów wcale nie
oznaczał dramatu na giełdzie. Zgoda, ale w porównaniu z boomem lat 90-tych
był to najgorszy okres zachowania się giełdowych indeksów. Dopiero wyraźny
wzrost udzielanych kredytów pod koniec 1994 r. pokazujący zwiększone
inwestycje przedsiębiorstw dał nadzieje giełdowym inwestorom na trwałe
ożywienie. Nie pomylili się. Załamanie przyszło dużo wyżej i dopiero w 2000
r. i teraz najważniejsze pytanie - czy się już skończyło ? Kolejne dane
pokazują, że jeszcze nie i firmy dalej nie ruszyły z inwestycjami. Na razie
mamy cięcie kosztów, szczególnie bolesne dla całej gospodarki jeśli chodzi o
miejsca pracy. Trwałego ożywienia to wszystko nie wróży, ale indeksy wiedzą
swoje.
A skoro o miejscach pracy mowa, to porównajmy parę innych danych. Rynek
zachwycił się w tym tygodniu danymi o liczbie nowych bezrobotnych.
Initial.gif Czterotygodniowa średnia od jakiegoś czasu wyraźnie pokazuje
poprawę. Ale takich optymistycznych amerykańskich prognoz jak w ten weekend,
dawno nie czytałem. Chyba większość przeniosła giełdowy optymizm na prognozy
makro, wierząc że indeksy nigdy się nie mylą i słusznie wyprzedzają dalsze
ożywienie. Zerknąłem więc na dwie dane i nałożyłem je na jeden wykres -
stopa bezrobocia i nowe miejsca pracy w sektorze pozarolniczym. Wychodzi na
to, że stopa bezrobocia zaczyna! spadać dopiero w momencie, gdy 4 miesięczna
średnia nowych miejsc pracy przekracza +150k. Stopa bezrobocia rośnie, gdy
jest poniżej +150k. Wraz z przełomowymi momentami na rynku pracy zaznaczyłem
to na wykresie Wykres.gif Jeśli spojrzeć na ten wykres, to giełdowy rynek
odważnie dyskontuje spadek stopy bezrobocia skoro ostatni raz 150k nowych
miejsc pracy przybyło w 2000 r. a jaskółką poprawy jest dopiero 4 miesięczna
średnia. Warto jeszcze zerknąć na jeden wykres, który tylko potwierdza
sztucznie zaniżaną stopę bezrobocia. Wykres01.gif Im wyższa stopa
bezrobocia, tym oczywiście mniej ogłoszeń od pracodawców. Skoro teraz indeks
obrazujący ilość ogłoszeń jest na 30-letnich minimach to należy sobie zadać
pytanie, dlaczego stopa bezrobocia wynosi jedynie 6% (gdyby liczyć według
starych metodologii to jest 8-10%) i czy jest to jaskółka ożywienia na rynku
pracy ?
Tyle ogólnych luźnych przedświątecznych uwag na dzisiaj, a stęsknionych za
wykresami indeksów odsyłam do jutrzejszego porannego. Podsumowując można
jedynie powtórzyć, że giełdowy kalendarz nie sprzyja na najbliższe dwa
tygodnie spekulacjom (i prognozom). Albo będzie rekordowo niska przed/po
świąteczna płynność, albo rynek ustawiać będą fundusze porządkujące portfele
na koniec roku. To ostatnie sprzyja bykom, ale bardziej dotyczy to małych
spółek, niż tych wpływających na kontrakty. Zresztą podciąganie już teraz
widać - wystarczy spojrzeć na wykres Cenowy.gif który dzięki małych spółkom
wyraźnie jest lepszy od głównych indeksów
[email protected]