Na szczęście na razie(?) te hasełka pozostają hasełkami, a praktyka idzie
własnym torem. Prezydent Aleksander Kwaśniewski podpisał w czwartek
nowelizację ustawy o PIT. Nowela wprowadza wprawdzie 50 proc. stawkę podatku
dla osób osiągających roczne dochody powyżej 600 tys. zł, ale już wiadomo,
że jest spora szansa na to, że ten zapis nie wejdzie w życie. Prezydent nie
podpisał ustawy do 30 listopada. Jest to dzień uznawany za termin, do
którego podatnicy powinni znać wysokość podatków obowiązujących w następnym
roku podatkowym. Prawnicy sygnalizowali, że ustawa musi zostać podpisana i
opublikowana w Dzienniku Ustaw do północy 30 listopada. Ich zdaniem, jeśli
to się nie stanie, będzie można zaskarżyć przepis o wprowadzeniu 50 proc.
podatku dla najbogatszych do Trybunału Konstytucyjnego. Takie plany mają już
podmioty zrzeszające przedsiębiorców skupione wokół Rady Biznesu. Wiadomo
już jednak, że do TK z pytaniem zgłosi się także minister finansów, bo jak
mówi Premier rząd nie będzie czekał "jakąś litościwą pomoc (...) organizacji
pracodawców, czy partii opozycyjnych".
Warto znać kilka liczb. Wpływy z tego podatku już uważa się za wirtualne.
"Wprawdzie w ustawie budżetowej na przyszły rok zapisano, że 50-proc. stawka
da 126 mln zł, ale Jarosław Neneman, wiceszef resortu finansów, stwierdził,
że budżet może nawet na tymny, to
podatnikom pieniądze zostaną zwrócone łącznie z odsetkami. Może kwotowo nie
będą one wielkie, ale mimo wszystko będzie to jakiś zupełnie niepotrzebny
koszt budżetu. Koszt wprowadzenia podatku, który od początku kłócił się ze
zdrowym rozsądkiem.
Mamy cud. Rząd socjalistów obniża podatek Vat. Takie przynajmniej głosi
hasła. "Komitet Stały Rady Ministrów zgodził się na obniżenie stawki
podstawowej VAT i >>dopasowanie
konieczne jest przeprowadzenie dodatkowych konsultacji w tej sprawie -
poinformowali w czwartek PAP przedstawiciele Ministerstwa Finansów". Na
szczegóły musimy poczekać do wtorku. "Generalnie jest zgoda na
przeprowadzenie całej operacji, czyli obniżenie stawki podstawowej i
dopasowanie do tego poziomu stawek preferencyjnych". Co to jest to
dopasowanie? Chodzi po prostu o likwidację stawek preferencyjnych tak, by
budżet na tej operacji nie stracił, a pewnie i trochę zyskał.
"Ministerstwo Finansów przygotowało trzy warianty zmiany stawek VAT, ale -
jak mówił na początku grudnia Gronicki - resort opowiada się za
wprowadzeniem stawek na poziomie 0 proc., 8 proc. i 18 proc. To rozwiązanie
ma być neutralne dla dochodów budżetu państwa, jednak - zdaniem szefa
resortu - powinno zmniejszyć koszty funkcjonowania administracji skarbowej.
Wariant "0,8,18 proc." ma polegać na utrzymaniu zerowej stawki w eksporcie,
opodatkowaniu 8-procentową stawką żywności i 18-procentową reszty towarów i
usług.". Za tym "obniżeniem" podatku głosuje rękami i nogami minister
Hausner. Jego zdaniem, wywoła to kolejny impuls wzmacniający naszą
gospodarkę. Można się zastanawiać, co ma go wywołać. Skoro pieniędzy do kasy
państwa ma spływać tyle samo (załóżmy, że rząd nie szykuje żadnych
"zakładek", co samo w sobie jest założeniem wielce ryzykownym o ile nie
naiwnym), to niby co ma być tym impulsem? Zmiana cyferek?
Jak już mówimy o rzeczach wirtualnych to szczytem cynizmu są ostatnie
wypowiedzi przedstawicieli "starej europy" dotyczące zmiany celów tzw.
Agendy Lizbońskiej . Ktoś to nawet nazwał kiedyś strategią. Jak pamiętamy,
było to zbiorowo wypowiedziane i zapisane zaklęcie, że Unia Europejska
stanie się najbardziej konkurencyjną gospodarką świata w 2010 roku. Bardziej
od np. USA. Już nawet do polityków dociera, że to tylko mrzonka. Teraz, by
nie wyjść na głupków proponuje się, by zamiast "najbardziej konkurencyjną",
było "jedną z najbardziej rozwiniętych". Słusznie zauważył jeden z naszych
przedstawicieli, że taka zmiana jest bezsensowna. "Polska jest przeciwna
takiemu zapisowi, bo już teraz można powiedzieć, że gospodarka UE jest jedną
z najbardziej rozwiniętych na świecie". Co racja to racja. Niestety nasz
chłopina nie jest jeszcze widocznie za bardzo obyty w realiach europejskich.
Nie zauważył, że to tylko marna próba ratowania twarzy i idei, która na
starcie była wirtualna, a teraz ciągnie się za jej inicjatorami jak smród po
gaciach. Kto wspomina o agendzie w towarzystwie "staroeurodyplomatów"
odbierany jest równie życzliwie, jakby puścił w ich obecności bąka. No, ale
kto lubi, by przypominano mu o "błędach młodości"?
Teraz coś bardziej realnego, choć chyba pozornie. Zbliża się kolejne
posiedzenie RPP. Pojawili się więc w mediach jej członkowie, którzy nie mogą
się oprzeć przed oświeceniem publiczności własną mądrością i najlepszymi
prognozami makroekonomicznymi. Za punkt zaczepienia została wzięta ostatnie
publikacja dynamiki PKB w III kw. Okazała się ona niższa od 5%. To nie było
tak zaskakujące, jak niższy od prognoz wzrost inwestycji. "Słaby wzrost
inwestycji w trzecim kwarte "tempo wzrostu inwestycji jest niezadowalające i
biorąc pod uwagę umacniającego się złotego wzrost gospodarczy może być w
kolejnym kwartale niższe niż 4,8%. Jeśli taka sytuacja będzie trwała nadal
trzeba się będzie zastanowić nad złagodzeniem polityki pieniężnej. (ISB) No
błysnął chłopak wiedzą, tylko że niewiele to zmienia. Poglądy Pietrewicza
dotyczące polityki pieniężnej znamy już z czasów jego obecności z rządzie.
Wiadomo, że łapie się on każdej sytuacji, by mówić o "mniej restryktywnych"
poczynaniach rady. "Jedną z dróg, którą się normalnie proponuje to bardziej
ekspansywna polityka pieniężna, w tej chwili jeszcze nie można się
ograniczyć do takiego sformułowania. W każdym razie jeśli dalej te procesy
będą przebiegały w ten sposób jak do tego czasu to trzeba się będzie również
zastanowić nad złagodzeniem polityki pieniężnej." Żeby uświadomić
czytelnikom system miary stopnia restrykcyjności polityki warto wspomnieć,
że założenia polityki fiskalnej na przyszły rok zostały przez niego
określone, jako ciasne. Zastanawiam się, jak wielki musiałby być deficyt
budżetowy, by Pietrewicz uznał go luźny.
Trochę rozsądku na temat obecnej sytuacji makro wtłoczyła pani analityk
agencji ratingowej Standard and Poor`s, Beatriz Merino. Wg niej większym
zagrożeniem dla wzrostu gospodarczego w Polsce jest brak reform fiskalnych,
niż mocny złoty. "Sytuacja zależeć będzie od tego czy złoty będzie w dalszym
ciągu się umacniał, czy zaobserwujemy wzrost inwestycji, czy inflacja obniży
się (...). Jeżeli wszystkie negatywne czynniki złożymy razem z silnym złotym
to może to w jakiś sposób zagrozić perspektywom polskiej gospodarki.
Jednakże dużo ważniejsza dla średnioterminowej perspektywy wzrostu, jest
sytuacja fiskalna niż siła złotego". "Można zauważyć, że eksporterzy
zanotowali duże zyski w związku z przystąpieniem Polski do Unii
Europejskiej, (...) pokazali też, że są w stanie dostosować się do sytuacji,
kiedy okoliczności stają się nie sprzyjające". Merino powiedziała również,
że mało prawdopodobne jest podniesienie ratingu lub jego perspektywy w ciągu
najbliższych dwóch, trzech miesięcy, co wynika z niepewnej sytuacji
politycznej w Polsce. Niestety i ona ujawniła spory poziom naiwności. Otóż
jej zdaniem, obecnie obserwowana dobra sytuacja gospodarcza powinna skłonić
rządzących do głębszych reform. "Istnieje pewne samozadowolenie z wysokiego
deficytu fiskalnego, które powinno być zatrzymane bardziej ambitnymi
reformami, szczególnie teraz, kiedy gospodarka tak dobrze sobie radzi, by
zapewnić drogę dla stabilnego wzrostu w przyszłości" - powiedziała Merino
(PAP). Niestety droga Pani, u nas wzrost gospodarczy wykorzystuje się, do
działań idących równolegle z wytworami umysłu Pani Jarugi-Nowackiej.
W tym tygodniu przemówił także szef doradców ekonomicznych prezydenta Witold
Orłowski. Przemówił w temacie dość śliskim, jakim niewątpliwie jest kurs
złotego. Jego zdaniem złoty umocni się do poziomu poniżej 4 zł za euro,
jednak bank centralny nie będzie interweniował. Czyli należy przyjmować ze
spokojem kolejny pięcioprocentowy spadek euro w złotych. Zarówno minister
finansów, jak i prezes NBP Leszek Balcerowicz powiedzieli, że nie widzą
potrzeby interwencji, a płynny kurs złotego dobrze służy polskiej
gospodarce. Jako ilustrację sytuacji złotego przedstawię jedynie kilka
wykresów eurpln.gif usdpln.gif koszyk_pln.gif
Jak już jesteśmy przy prognozach. "Wartość wskaźnika Wigometr na koniec
bieżącego tygodnia wynosi minus 15 pkt, co oznacza spadek wskaźnika o 41 pkt
w porównaniu z wynikiem z ubiegłego tygodnia. Wyniki cotygodniowej ankiety
prowadzonej
kilkakrotnie zdarzało się, że ich skokowa zmiana dość dobrze obrazowała
nastroje. Grając przeciw nim można było odnieść sukces. W imię zasady, że
większość nie ma racji. Spadek wskaźnika o 41 pkt to już spory zjazd. Można
odnieść wrażenie, że nastroje się zdecydowanie pogorszyły. Czyli jeszcze
wzrośniemy? Ostatni tydzień nie był dobry dla posiadaczy długich pozycji,
ale chyba jeszcze nie wszystko stracone. Skok Wigometru może być tylko jedną
z przesłanek, by nie panikować.
Sytuacja nie jest może jasna, ale wydaje się, że jest zdecydowanie za
wcześnie, by mówić o zmianie trendu. Na razie trzeba założyć, że nadal mamy
do czynienia z wzrostami. Miesiąc temu wydawało się, że do zmiany kierunku
ruchu brakuje niewiele. Pokonana została wzrostowa linia trendu wig20.gif
wig20fut.gif Tylko co z tego, skoro parę dni później sygnał ten został
zanegowany, a kursy wyskoczyły nad kwietniowe maksy. Teraz właśnie te maksy
są problemem byków. Ponownie. Wcześniej jako niepokonane opory, a teraz jako
pokonane opory, pod które ponownie powróciły kursy. Dla wielu taka "cofka"
jest podstawą do wniosków, że popyt jest już słaby. Ja z takimi wnioskami
bym się wstrzymał. Po pierwsze, dlatego że dla mnie istotny nie jest jedynie
poziom kwietniowego szczytu, ale strefa serii szczytów wyznaczonych od
kwietnia do listopada. Jeśli uważać, ją jako wsparcie, to ono nadal się
trzyma. Po drugie, czy można ostatni szczyt uważać, za ten faktycznie
ostatni? Oczywiście mam świadomość, że znajdujemy się obecnie na poziomach
istotnych dla rynku zniesienie.gif zniesienie2.gif , ale nie zmienia to
faktu, że poziom byczych emocji wydaje się jeszcze za niski. O ile więc
można się obawiać, że jesteśmy blisko szczytu na co wskazują choćby kolejne
dywergencje na wskaźnikach tygodniowych, to chyba sam szczyt jest jeszcze
przed nami. Zresztą patrząc z innego punktu widzenia, mamy nieco miejsca na
zwyżkę zniesienie1.gif Warto też zauważyć, że obecnie korekta nie jest
niczym dziwnym. W końcu od ostatnich dni listopada nie mieliśmy
poważniejszego spadku. Teraz taki się pojawił i chyba będzie można podjąć
się kolejnej próby podniesienia rynku. Być może ostatniej.
Kamil Jaros