Reklama

Weekendowa Analiza Futures

Publikacja: 12.12.2004 20:53

Na początek trochę o podatkach. To temat, który dość często pojawiał się w

tym tygodniu. Od razu zacznę od mocnego uderzenia, a niewątpliwie za taki

należy uznać zestaw złotych myśli pani minister Izabeli Jarugi-Nowackiej.

"Im niższe podatki, tym lepsze, ale im bardziej sprawiedliwe tym też

lepsze" - powiedziała nasza gwiazda. Co to oznacza, każdy musi sobie

Reklama
Reklama

odpowiedzieć sam. I jeszcze jedno: "Będę natomiast mówić na przykład o

konieczności wprowadzenia składki ubezpieczeniowej osób prowadzących

działalność pozarolniczą. Musi być jakieś poczucie solidaryzmu społecznego,

chociażby dlatego, że dobrze zarabiający, przedsiębiorcy także powinni

myśleć o swoim zabezpieczeniu emerytalnym." Co do ubezpieczenia ma

"solidaryzm społeczny" (cokolwiek to znaczy)? Za każdym razem, gdy słyszę

Reklama
Reklama

tego rodzaju wypowiedzi, zastanawia mnie skąd się bierze logika "solidaryzmu

społecznego". Dlaczego za sprawiedliwe określa się tu podatki wg skali

progresywnej? Co ma sprawiedliwość do karania za inicjatywę, wiedzę i

umiejętności? Nigdy się tego nie dowiem. Niestety jest w tym jeszcze jeden

aspekt, który uważam nawet za uwłaczający. Takie podejście, jakie prezentuje

Pani minister i jej podobni zakłada, że oni wiedzą lepiej, co dla

Reklama
Reklama

przedsiębiorców jest najlepsze. Zdaniem Pani minister ci głupcy nie mogą

zrozumieć, że ona działa w ich interesie, by ich emerytury wypłacane przez

ZUS były wyższe. Zabawne, jaką wielką wiarę i nadzieję pokłada się w tej

instytucji. Pani minister, przedsiębiorcy samodzielnie zatroszczą się o

własną emeryturę i nie muszą korzystać z usług państwowych molochów.

Reklama
Reklama

Uszczęśliwianie na siłę jest po prostu objawem braku zaufania do

społeczeństwa, że potrafi zadbać o własne interesy. Co śmieszniejsze,

dotyczy to tych przedsiębiorczych, którzy dobrze wiedzą czego chcą i chcą to

osiągnąć samodzielnie. Takie podejście Pani minister jest objawem żenującego

poczucia własnej wyższości. Pani minister wie lepiej. Jej zdaniem czasem

Reklama
Reklama

trzeba użyć przymusu dla dobra tych głupiutkich chłopców i dziewczynek.

Wypowiedzi Pana Patera przyprawiały o ból głowy i jego odejście przyjąłem z

zadowoleniem. Nie przypuszczałem, że może być gorzej. W dobie kapitalizmu i

wysiłków w pogoni za najlepszymi słyszę z ław rządowych hasła rodem z czasów

czerwonych szturmówek.

Reklama
Reklama

Na szczęście na razie(?) te hasełka pozostają hasełkami, a praktyka idzie

własnym torem. Prezydent Aleksander Kwaśniewski podpisał w czwartek

nowelizację ustawy o PIT. Nowela wprowadza wprawdzie 50 proc. stawkę podatku

dla osób osiągających roczne dochody powyżej 600 tys. zł, ale już wiadomo,

że jest spora szansa na to, że ten zapis nie wejdzie w życie. Prezydent nie

podpisał ustawy do 30 listopada. Jest to dzień uznawany za termin, do

którego podatnicy powinni znać wysokość podatków obowiązujących w następnym

roku podatkowym. Prawnicy sygnalizowali, że ustawa musi zostać podpisana i

opublikowana w Dzienniku Ustaw do północy 30 listopada. Ich zdaniem, jeśli

to się nie stanie, będzie można zaskarżyć przepis o wprowadzeniu 50 proc.

podatku dla najbogatszych do Trybunału Konstytucyjnego. Takie plany mają już

podmioty zrzeszające przedsiębiorców skupione wokół Rady Biznesu. Wiadomo

już jednak, że do TK z pytaniem zgłosi się także minister finansów, bo jak

mówi Premier rząd nie będzie czekał "jakąś litościwą pomoc (...) organizacji

pracodawców, czy partii opozycyjnych".

Warto znać kilka liczb. Wpływy z tego podatku już uważa się za wirtualne.

"Wprawdzie w ustawie budżetowej na przyszły rok zapisano, że 50-proc. stawka

da 126 mln zł, ale Jarosław Neneman, wiceszef resortu finansów, stwierdził,

że budżet może nawet na tymny, to

podatnikom pieniądze zostaną zwrócone łącznie z odsetkami. Może kwotowo nie

będą one wielkie, ale mimo wszystko będzie to jakiś zupełnie niepotrzebny

koszt budżetu. Koszt wprowadzenia podatku, który od początku kłócił się ze

zdrowym rozsądkiem.

Mamy cud. Rząd socjalistów obniża podatek Vat. Takie przynajmniej głosi

hasła. "Komitet Stały Rady Ministrów zgodził się na obniżenie stawki

podstawowej VAT i >>dopasowanie

konieczne jest przeprowadzenie dodatkowych konsultacji w tej sprawie -

poinformowali w czwartek PAP przedstawiciele Ministerstwa Finansów". Na

szczegóły musimy poczekać do wtorku. "Generalnie jest zgoda na

przeprowadzenie całej operacji, czyli obniżenie stawki podstawowej i

dopasowanie do tego poziomu stawek preferencyjnych". Co to jest to

dopasowanie? Chodzi po prostu o likwidację stawek preferencyjnych tak, by

budżet na tej operacji nie stracił, a pewnie i trochę zyskał.

"Ministerstwo Finansów przygotowało trzy warianty zmiany stawek VAT, ale -

jak mówił na początku grudnia Gronicki - resort opowiada się za

wprowadzeniem stawek na poziomie 0 proc., 8 proc. i 18 proc. To rozwiązanie

ma być neutralne dla dochodów budżetu państwa, jednak - zdaniem szefa

resortu - powinno zmniejszyć koszty funkcjonowania administracji skarbowej.

Wariant "0,8,18 proc." ma polegać na utrzymaniu zerowej stawki w eksporcie,

opodatkowaniu 8-procentową stawką żywności i 18-procentową reszty towarów i

usług.". Za tym "obniżeniem" podatku głosuje rękami i nogami minister

Hausner. Jego zdaniem, wywoła to kolejny impuls wzmacniający naszą

gospodarkę. Można się zastanawiać, co ma go wywołać. Skoro pieniędzy do kasy

państwa ma spływać tyle samo (załóżmy, że rząd nie szykuje żadnych

"zakładek", co samo w sobie jest założeniem wielce ryzykownym o ile nie

naiwnym), to niby co ma być tym impulsem? Zmiana cyferek?

Jak już mówimy o rzeczach wirtualnych to szczytem cynizmu są ostatnie

wypowiedzi przedstawicieli "starej europy" dotyczące zmiany celów tzw.

Agendy Lizbońskiej . Ktoś to nawet nazwał kiedyś strategią. Jak pamiętamy,

było to zbiorowo wypowiedziane i zapisane zaklęcie, że Unia Europejska

stanie się najbardziej konkurencyjną gospodarką świata w 2010 roku. Bardziej

od np. USA. Już nawet do polityków dociera, że to tylko mrzonka. Teraz, by

nie wyjść na głupków proponuje się, by zamiast "najbardziej konkurencyjną",

było "jedną z najbardziej rozwiniętych". Słusznie zauważył jeden z naszych

przedstawicieli, że taka zmiana jest bezsensowna. "Polska jest przeciwna

takiemu zapisowi, bo już teraz można powiedzieć, że gospodarka UE jest jedną

z najbardziej rozwiniętych na świecie". Co racja to racja. Niestety nasz

chłopina nie jest jeszcze widocznie za bardzo obyty w realiach europejskich.

Nie zauważył, że to tylko marna próba ratowania twarzy i idei, która na

starcie była wirtualna, a teraz ciągnie się za jej inicjatorami jak smród po

gaciach. Kto wspomina o agendzie w towarzystwie "staroeurodyplomatów"

odbierany jest równie życzliwie, jakby puścił w ich obecności bąka. No, ale

kto lubi, by przypominano mu o "błędach młodości"?

Teraz coś bardziej realnego, choć chyba pozornie. Zbliża się kolejne

posiedzenie RPP. Pojawili się więc w mediach jej członkowie, którzy nie mogą

się oprzeć przed oświeceniem publiczności własną mądrością i najlepszymi

prognozami makroekonomicznymi. Za punkt zaczepienia została wzięta ostatnie

publikacja dynamiki PKB w III kw. Okazała się ona niższa od 5%. To nie było

tak zaskakujące, jak niższy od prognoz wzrost inwestycji. "Słaby wzrost

inwestycji w trzecim kwarte "tempo wzrostu inwestycji jest niezadowalające i

biorąc pod uwagę umacniającego się złotego wzrost gospodarczy może być w

kolejnym kwartale niższe niż 4,8%. Jeśli taka sytuacja będzie trwała nadal

trzeba się będzie zastanowić nad złagodzeniem polityki pieniężnej. (ISB) No

błysnął chłopak wiedzą, tylko że niewiele to zmienia. Poglądy Pietrewicza

dotyczące polityki pieniężnej znamy już z czasów jego obecności z rządzie.

Wiadomo, że łapie się on każdej sytuacji, by mówić o "mniej restryktywnych"

poczynaniach rady. "Jedną z dróg, którą się normalnie proponuje to bardziej

ekspansywna polityka pieniężna, w tej chwili jeszcze nie można się

ograniczyć do takiego sformułowania. W każdym razie jeśli dalej te procesy

będą przebiegały w ten sposób jak do tego czasu to trzeba się będzie również

zastanowić nad złagodzeniem polityki pieniężnej." Żeby uświadomić

czytelnikom system miary stopnia restrykcyjności polityki warto wspomnieć,

że założenia polityki fiskalnej na przyszły rok zostały przez niego

określone, jako ciasne. Zastanawiam się, jak wielki musiałby być deficyt

budżetowy, by Pietrewicz uznał go luźny.

Trochę rozsądku na temat obecnej sytuacji makro wtłoczyła pani analityk

agencji ratingowej Standard and Poor`s, Beatriz Merino. Wg niej większym

zagrożeniem dla wzrostu gospodarczego w Polsce jest brak reform fiskalnych,

niż mocny złoty. "Sytuacja zależeć będzie od tego czy złoty będzie w dalszym

ciągu się umacniał, czy zaobserwujemy wzrost inwestycji, czy inflacja obniży

się (...). Jeżeli wszystkie negatywne czynniki złożymy razem z silnym złotym

to może to w jakiś sposób zagrozić perspektywom polskiej gospodarki.

Jednakże dużo ważniejsza dla średnioterminowej perspektywy wzrostu, jest

sytuacja fiskalna niż siła złotego". "Można zauważyć, że eksporterzy

zanotowali duże zyski w związku z przystąpieniem Polski do Unii

Europejskiej, (...) pokazali też, że są w stanie dostosować się do sytuacji,

kiedy okoliczności stają się nie sprzyjające". Merino powiedziała również,

że mało prawdopodobne jest podniesienie ratingu lub jego perspektywy w ciągu

najbliższych dwóch, trzech miesięcy, co wynika z niepewnej sytuacji

politycznej w Polsce. Niestety i ona ujawniła spory poziom naiwności. Otóż

jej zdaniem, obecnie obserwowana dobra sytuacja gospodarcza powinna skłonić

rządzących do głębszych reform. "Istnieje pewne samozadowolenie z wysokiego

deficytu fiskalnego, które powinno być zatrzymane bardziej ambitnymi

reformami, szczególnie teraz, kiedy gospodarka tak dobrze sobie radzi, by

zapewnić drogę dla stabilnego wzrostu w przyszłości" - powiedziała Merino

(PAP). Niestety droga Pani, u nas wzrost gospodarczy wykorzystuje się, do

działań idących równolegle z wytworami umysłu Pani Jarugi-Nowackiej.

W tym tygodniu przemówił także szef doradców ekonomicznych prezydenta Witold

Orłowski. Przemówił w temacie dość śliskim, jakim niewątpliwie jest kurs

złotego. Jego zdaniem złoty umocni się do poziomu poniżej 4 zł za euro,

jednak bank centralny nie będzie interweniował. Czyli należy przyjmować ze

spokojem kolejny pięcioprocentowy spadek euro w złotych. Zarówno minister

finansów, jak i prezes NBP Leszek Balcerowicz powiedzieli, że nie widzą

potrzeby interwencji, a płynny kurs złotego dobrze służy polskiej

gospodarce. Jako ilustrację sytuacji złotego przedstawię jedynie kilka

wykresów eurpln.gif usdpln.gif koszyk_pln.gif

Jak już jesteśmy przy prognozach. "Wartość wskaźnika Wigometr na koniec

bieżącego tygodnia wynosi minus 15 pkt, co oznacza spadek wskaźnika o 41 pkt

w porównaniu z wynikiem z ubiegłego tygodnia. Wyniki cotygodniowej ankiety

prowadzonej

kilkakrotnie zdarzało się, że ich skokowa zmiana dość dobrze obrazowała

nastroje. Grając przeciw nim można było odnieść sukces. W imię zasady, że

większość nie ma racji. Spadek wskaźnika o 41 pkt to już spory zjazd. Można

odnieść wrażenie, że nastroje się zdecydowanie pogorszyły. Czyli jeszcze

wzrośniemy? Ostatni tydzień nie był dobry dla posiadaczy długich pozycji,

ale chyba jeszcze nie wszystko stracone. Skok Wigometru może być tylko jedną

z przesłanek, by nie panikować.

Sytuacja nie jest może jasna, ale wydaje się, że jest zdecydowanie za

wcześnie, by mówić o zmianie trendu. Na razie trzeba założyć, że nadal mamy

do czynienia z wzrostami. Miesiąc temu wydawało się, że do zmiany kierunku

ruchu brakuje niewiele. Pokonana została wzrostowa linia trendu wig20.gif

wig20fut.gif Tylko co z tego, skoro parę dni później sygnał ten został

zanegowany, a kursy wyskoczyły nad kwietniowe maksy. Teraz właśnie te maksy

są problemem byków. Ponownie. Wcześniej jako niepokonane opory, a teraz jako

pokonane opory, pod które ponownie powróciły kursy. Dla wielu taka "cofka"

jest podstawą do wniosków, że popyt jest już słaby. Ja z takimi wnioskami

bym się wstrzymał. Po pierwsze, dlatego że dla mnie istotny nie jest jedynie

poziom kwietniowego szczytu, ale strefa serii szczytów wyznaczonych od

kwietnia do listopada. Jeśli uważać, ją jako wsparcie, to ono nadal się

trzyma. Po drugie, czy można ostatni szczyt uważać, za ten faktycznie

ostatni? Oczywiście mam świadomość, że znajdujemy się obecnie na poziomach

istotnych dla rynku zniesienie.gif zniesienie2.gif , ale nie zmienia to

faktu, że poziom byczych emocji wydaje się jeszcze za niski. O ile więc

można się obawiać, że jesteśmy blisko szczytu na co wskazują choćby kolejne

dywergencje na wskaźnikach tygodniowych, to chyba sam szczyt jest jeszcze

przed nami. Zresztą patrząc z innego punktu widzenia, mamy nieco miejsca na

zwyżkę zniesienie1.gif Warto też zauważyć, że obecnie korekta nie jest

niczym dziwnym. W końcu od ostatnich dni listopada nie mieliśmy

poważniejszego spadku. Teraz taki się pojawił i chyba będzie można podjąć

się kolejnej próby podniesienia rynku. Być może ostatniej.

Kamil Jaros

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama