Wniosek o wotum nieufności dla ministra skarbu Jacka Sochy był bez wątpienia najważniejszym punktem piątkowego posiedzenia Sejmu. Premier Marek Belka potwierdził dzień wcześniej, że jeśli posłowie odwołają "jednego z jego najlepszych ministrów", on poda cały rząd do dymisji, co oznaczałoby przyspieszone wybory parlamentarne. A o to walczy od dłuższego czasu opozycja.
Kiepski wniosek
Trudno się dziwić mobilizacji po obu stronach sali. Marszałek Włodzimierz Cimoszewicz, aby "pomóc" zebrać się wszystkim posłom na sali, zmienił nawet nieco porządek obrad - wniosek głosowano kwadrans później (o 9.15) niż zapowiadano wcześniej. Po chwili wszystko było jasne - za odwołaniem ministra głosowało 192 posłów, zabrakło więc 39 głosów. Minister ocalał, dzięki absencji części posłów opozycji (10 z PSL) i poparciu posłów niezrzeszonych. - Ten wniosek miał polityczny, nie merytoryczny charakter - w jego uzasadnieniu roiło się od błędów - stwierdził J. Socha po głosowaniu. Czy byłby w stanie przygotować lepszy wniosek? - Tylko ten, kto nic nie robi, nie popełnia błędów - odpowiedział PARKIETOWI. Przyznał jednak, że zastanawiał się, czy w weekend nie będzie sprzątał biurka. - Teraz jednak muszę wracać do pracy - dodał.
Chwilę potem, na specjalnie zwołanej konferencji prasowej, ministra Sochę chwalił premier Marek Belka. - Nie jest doktrynerem, który prywatyzuje spółki wyłącznie poprzez giełdę, jeśli ich sytuacja tego wymaga, sprzedaje je również inwestorom branżowym - stwierdził. Z wypowiedzi premiera wynikało, że rząd będzie kontynuował prywatyzację dużych spółek, np. Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa (czemu sprzeciwia się opozycja).
Otwarta kurtyna