W Polsce dość powszechne jest przekonanie, że działalność windykacyjna nie bywa operacją etyczną. Jak Pan ocenia ten problem, jako osoba od lat związana z obrotem wierzytelnościami?
Wchodząc do branży windykacyjnej, musiałem sobie odpowiedzieć na pytanie, czy nie pozostaje to w sprzeczności z moimi zasadami etycznymi, czy nie będę musiał postępować wbrew sobie. Moja odpowiedź i wówczas, i obecnie opiera się na trzech wątkach: ekonomicznym, prawnym i etycznym.
Po pierwsze, przyjęty przez nas piętnaście lat temu system gospodarki rynkowej opiera się na poszanowaniu własności prywatnej. Nieregulowanie przyjętych na siebie zobowiązań jest zaprzeczeniem tego poszanowania. Za każdy towar lub usługę należy się określona zapłata. Jeśli jej nie ma, zasady funkcjonowania systemu są naruszone. Ktoś zyskuje na niezapłaceniu, a ktoś na tym ponosi stratę i być może musi odejść z rynku. Gdy takie zdarzenia stają się w pewnym sensie normą, system gospodarczy przestaje działać, a gospodarka nie może się prawidłowo rozwijać. Wynagradzany jest spryt i nieuczciwość, a nie rzetelność i terminowość. Tracimy na tym wszyscy. Zatem aby następował rozwój gospodarki, konieczne jest, aby wszystkie transakcje w systemie były należycie rozliczane, a kontrahenci wzajemnie szanowali swoją własność.
Po drugie, nasz system prawny pryncypialnie nie toleruje nieregulowania wierzytelności. Żaden akt prawny w naszym kraju nie usprawiedliwia uchylania się od zapłaty słusznie należnych kontrahentowi sum. Zasada pacta sunt servanda obowiązuje przecież od czasów rzymskich. Tolerując niewypełnianie zobowiązań, podważylibyśmy nasz cały dorobek prawny.
I po trzecie, żyjemy w kulturze judeochrześcijańskiej. W dekalogu, który jest jedną z podstaw tej kultury, mamy przykazanie, które mówi wprost: nie kradnij. Trzeba sobie zdać sprawę, że nieopłacenie w terminie należności jest łamaniem tego przykazania.