Reklama

Weekendowa Analiza Futures

Publikacja: 30.10.2005 22:26

Mijający tydzień był szczególny pod wieloma względami, ale oczywiście na

pierwszy plan wysuwa się polityka. Bardzo rzadko ma ona aż tak duże

znaczenie dla notowań polskich aktywów. Od dawna przyjęło się mówić, że w

Polsce polityka idzie swoją drogą, a ekonomia swoją. Było to widoczne

zwłaszcza na rynku akcji, który faktycznie niemal zupełnie ignorował

Reklama
Reklama

sporadycznie pojawiające się wydarzenia, czy wypowiedzi polityków, na które

reagowały bardziej wyczulone rynki długu i walut. Tym razem uznano, że

sytuacja jest na tyle poważna, że i na rynku akcji pojawiła się zmiana

wywołana właśnie czynnikami politycznymi. Nie sądzę, by był to jakiś

początek większego wyczulenia na sprawy polityki, ale raczej sytuacja

wyjątkowa, która swoim pojawieniem tylko potwierdza tezę, że rynek akcji

Reklama
Reklama

jest znacznie odporniejszy na tego typu impulsy. Tą chwilową większą czułość

można m.in. tłumaczyć większym zaangażowaniem inwestorów zagranicznych, a

może raczej ogólnej świadomości tego zaangażowania, i strachu uczestników

rynku przed wycofywaniem się "zagranicy" z Polski.

Zamieszanie na arenie politycznej faktycznie miało pewien wpływ na poziom

notowań polskich aktywów i polskiej waluty. Ruszyło się nieco na obligacjach

Reklama
Reklama

i akcjach i dało się zauważyć wycofujący się kapitał na rynku złotego.

Szacunki mówią, że z rynku długu wycofano niecałe 5% wcześniejszego

zaangażowania. Nie jest to więc jakiś poważny exodus, a na pewno nie można

tu mówić o panice. Jeśli przyjrzymy się notowaniom na rynku akcji to także

dojdziemy do wniosku, że reakcja owszem była, ale jej skala z pewnością nie

Reklama
Reklama

odpowiada biadoleniom i lamentom, jakie da się zauważyć w prasie. Owszem,

brak stabilizacji w polityce jest minusem w naszym równaniu ryzyka

inwestycji w Polsce, ale właśnie to małe wyczulenie gospodarki na sytuację

polityczną sprawia, że faktyczne skutki burzy na górze nie są na razie

wielkie. Jeśli mają szanse się pojawić to dopiero za wiele miesięcy. Teraz

Reklama
Reklama

nawet najgorszy rząd ma już ręce związane i za wiele zepsuć nie można. W

czasie piątkowych notowań chyba właśnie to dostrzeżono. Poprawiły się

wyceny.

Czy najgorsze mamy już za sobą? Jak pokazuje ostatnie ankieta, na bazie

której tworzy się WIGOMETR analitycy są nieco skołowani. Czytam: "Wyniki

Reklama
Reklama

cotygodniowej ankiety prowadzonej przez Giełdę Papierów Wartościowych

pokazują, że 38 proc. respondentów oczekuje w przyszłym tygodniu spadku

indeksu WIG 20, a jego wzrostu spodziewa się 33 proc.". Jak widać zdania są

podzielone. Zdaje się to potwierdzać piątkowy wzrost LOP. Na rynku pojawia

się polaryzacja oczekiwań. Jedni oczekują dalszego spadku, kierując się

przekonaniem, że polityka jeszcze namiesza, a cześć pewnie ocenia, że rynek

jest już w bessie. Inni oczekują wzrostu, gdyż polityka nie przyniesie już

gorszych wiadomości, a rynek gotów jest do wzrostu, co pokazała piątkowa

sesja. Z grupy graczy "prowzrostowych" część liczy jedynie na korektę, a

część jest zdania, że trend się jeszcze nie zakończył. Jeśli ktoś dokładnie

czyta moje komentarze to wie, że należę do tych ostatnich.

Gdyby nie piątkowa sesja, to tydzień zakończyłby się sporym spadkiem cen.

Trzeba jednak zauważyć, że nawet jego skala faktycznie nie odpowiadała skali

narzekań i czarnowidztwa jakie zalało media. Kłopoty w budowaniu koalicji i

rosnące prawdopodobieństwo pojawienia się rządu mniejszościowego urastało do

rangi kataklizmu. Fakt, brak stałego układu koalicyjnego jest problemem, a

właściwie będzie w przyszłości. W najbliższych miesiącach nie należy jednak

oczekiwać jakiś poważnych skutków tej sytuacji. Budżet jest już ustalony i

faktycznie za wiele nie można w nim zmienić. Owszem zapowiadana jest

agnie za

sobą skutki także na rok przyszły.

Zacznijmy od początku. Na rok 2005 w ustawie budżetowej założono 35 mld

złotych deficytu. Okazuje się jednak, że w praktyce wyniesie on ok. 28 mld

złotych. Mniejsza dziura w budżecie to efekt większych niż zakładano

dochodów. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że ustawa o

finansach publicznych nakłada pewne obostrzenia, gdy wartość długu

publicznego przekracza 50% wartości PKB. Jednym z takich obostrzeń jest

zapis, że deficyt w roku następnym nie może być wyższy w relacji do

dochodów, niż ten w roku bieżącym. W roku 2005 prawdopodobnie ta relacja

wyniesie ok. 15,5%. Tym samym wiadomo, że deficyt w roku 2006 nie może być

wyższy niż 15,5% planowanych dochodów na 2006 rok. Cezary Mech, który jest

kandydatem PiS na ministra finansów, zakłada, że w 2006 r. dochody państwa

wyniosą 191,7 mld zł. Znając tę liczbę wiadomo, że deficyt nie może być

większy niż 29,7 mld złotych. Jest to więc nie tylko mniej niż zakładał rząd

M. Belki, ale także mniej niż zakładał PiS proponując swoją "kotwicę".

Oczywiście można sprawę obejść metodami księgowymi i w autopoprawce nowej

ekipy wpisać większe "dochody planowane". Papier przyjmie wszystko. Rodzi

się pytanie, czy przyjmą to rynki finansowe? PiS wprawdzie w kampanii nieco

się na nie obrażał, ale teraz kampania się już skończyła i tak naprawdę nie

opłaca się pomijać ich wpływu. Faktycznie bowiem rząd jest do rynków

uzależniony. Nie chodzi tu nawet o chęć finansowania deficytu, choć to

przecież najważniejszy argument. W interesie rządzących jest bowiem

utrzymanie stosunkowo wysokiego kursu złotego oraz niskiej rentowności

papierów skarbowych. Innymi słowy, inwestorzy powinni być raczej przez rząd

rozpieszczani stabilizacją i jasnym przesłaniem chęci przeprowadzania

reform.

Jeśli tego nie będzie, to one jakby przymuszą rząd do tych reform. Wiele

bowiem zależy od relacji długu publicznego do PKB. Ta może skokowo wzrosnąć

przy wyższych stopach procentowych oraz słabszym złotym. Wyższe

oprocentowanie to wyższe koszty obsługi długu złotówkowego, a słabszy złoty

to wyższe koszty obsługi długu w walutach zagranicznych oraz wyższa wartość

tego długu w porównaniu do PKB. Jak więc widać, niezależnie jaki rząd

będziemy mieli, będzie miał on ograniczone możliwości harców. Oczywiście

dobrze by było, gdyby reformy były dokonywane zdecydowanie i szybko. Choćby

poprzez wejście na ścieżkę dostosowującą naszą gospodarkę do przyjęcia euro.

Chcąc utrzymać wiarygodność trzeba się wysilić, a przypuszczam, że nawet

PiSowi nie zależy na głupim narażaniu się na wyższe koszty obsługi długu i

przeznaczanie na ten cel większych niż potrzeba kwot. Kwot, których część

mogłaby jednak pójść na coś innego, co PiSowi pomogłoby choćby w części

zrealizować obietnice.

Piszę to wszystko, by uzmysłowić, że tragedii na razie nie należy się

spodziewać. Na rok 2006 właściwie większość zmiennych jest już znana.

Najbliższe miesiące nie powinny więc niczym zaskoczyć. Pewną niewiadomą

pozostają propozycje podatkowe, które pewnie szczegółowo poznamy dopiero za

kilka miesięcy, gdy już będą dyskutowane na forum parlamentu. Wejdą one

najwcześniej w roku 2007 roku. Faktycznie więc nawet rząd mniejszościowy nie

jest tu poważnym zagrożeniem, a więc i reakcja rynku nie powinna być zbyt

emocjonalna. Trzeba zauważyć, że w rzeczywistości nie była. Spadek cen akcji

dopiero w piątek rano osiągnął poziom lokalnego dołka z poprzedniego

tygodnia. Brak porozumienia w sprawie koalicji sprzedawano jako niemal

rozpad finansów publicznych. Tak, PO była postrzegana przez rynek jako

gwarant reform. Tak, retoryka wypow. Okazało się, że te nowe minima były dobrym momentem na zakup

papierów. Niby wiadomo to dopiero po fakcie, ale już w czasie piątkowej

sesji bierność podaży przy wyznaczaniu nowych minimów spadku powinna była

zastanowić. Późniejszy wzrost cen był tylko tego konsekwencją.

Teraz można się zastanawiać, co dalej. Niestety będę musiał się powtarzać i

przytaczać myśli, które przewijały się tu już wielokrotnie. Spójrzmy na całą

sytuację tylko w kontekście wyglądu wykresu i układu nastrojów rynkowych.

Myślę, że konsolidacja z sierpnia jest poważnym wsparciem dla rynku i dwa

ostatnie testu tego poziomu tylko to potwierdzają. Na wykresie tygodniowym

po dwóch czarnych świecach mamy dwie, które sygnalizują równowagę

FUTUREStyg.gif WIG20tyg.gif Mając w pamięci ostatnią sesję tygodnia można

liczyć, że następny zacznie się od zwyżki. Poniedziałek tym bardziej będzie

intrygujący, gdyż prawdopodobnie nie będzie to dzień z dużą aktywnością ze

względu na wtorkowe święto. Zwykle takie dni są nudne i jest całkiem

prawdopodobne, że będzie tak i tym razem. Nie dajmy się jednak zaskoczyć,

jak komuś z większych przyjdzie ochota wykorzystać niską aktywność do

wahnięcia rynkiem.

Jak już tu wielokrotnie wspominałem, dla w mnie w tej chwili kluczowym jest

poziom konsolidacji z sierpnia. To on wg mnie cały czas oddziela rynek byka

od rynku niedźwiedzia w dłuższym okresie. Na razie, po dwóch tygodniach

spadku i dwóch mieszania się na podobnych poziomach, za wcześniej jest mówić

o końcu wzrostów. Tym bardziej, że spadek cen sięgnął do tej pory tylko

poziomu zniesienia 38,2% poprzedniej fali wzrostów. Mowa tu tylko o wzroście

z tego roku. Nie wspominam nawet o zwyżce liczonej do dołka ustanowionego

jesienią 2003 roku, czy też jesienią 2001 roku. Gdyby wziąć pod uwagę taką

skalę, to ten spadek jest po prostu jedynie śmiesznie małą korektą. W takim

kontekście twierdzenie, że mamy już bessę jest moim zdaniem dość ryzykowne i

przedwczesne.

Nie jest to jakieś upieranie się przy swoim zdaniu, bo te potrafię zmienić,

ale jeśli są ku temu poważne argumenty. Na razie takich nie widzę. Po

pierwsze, tak długa hossa powinna zakończyć się szałem zakupów i euforią

optymizmu. Wtedy będzie można powiedzieć, że cykl się wypełnił. Oczywiście

nie będę biernie oczekiwał na tą euforię, gdy ceny będą nadal spadać.

Przyjmuję do świadomości, że być może w tym cyklu takiej euforii nie

zobaczymy, albo że to co widzieliśmy miesiąc temu było taką euforią.

Wprawdzie wydaje mi się to w tej chwili mocno podejrzane, ale przecież

niczego wykluczyć z góry nie można. Po to właśnie określam poziom, po

przejściu którego na nowe szczyty nie będę już czekał.

Ten poziom nie został jeszcze pokonany, więc niby dlaczego miałbym teraz

twierdzić, że już trwa bessa? Tym bardziej mając świadomość, że każda

dłuższa hossa przed swoim zakończeniem była przerywana nieco większą

korektą. Dlaczego nie mam myśleć, że ten spadek to właśnie ta wyczekiwana

większa korekta? Zapomnijmy na razie o polityce. Spójrzmy tylko na wykresy.

Co skłania część graczy do stwierdzenia, że mamy już bessę? Te 12,5% spadku?

Jak dla mnie to za mało. Moim zdaniem, ten spadek nie różni się niczym

szczególnym od tych kreślonych przed poprzednimi szczytami. Powiem więcej,

na razie sądzę, że spełnia swoją funkcję, jako ruch, który miał zbudzić

poważne obawy o trend. Właśnie po to on jest i dlatego musi być taki duży,

by pora grupa uczestników rynku zaczęła wątpić w zwyżkę, lub właśnie

ogłosiła bessę. Takie nastroje najlepiej sprzyjają zwyżkom cen. Czy kolejną

falę wzrostu zaczęliśmy już w piątek? Nie wiem. Poziom pesymizmu jest

sprzyjający baza.gif ale ninr jeden.

Kamil Jaros

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama