cotygodniowej ankiety prowadzonej przez Giełdę Papierów Wartościowych
pokazują, że 38 proc. respondentów oczekuje w przyszłym tygodniu spadku
indeksu WIG 20, a jego wzrostu spodziewa się 33 proc.". Jak widać zdania są
podzielone. Zdaje się to potwierdzać piątkowy wzrost LOP. Na rynku pojawia
się polaryzacja oczekiwań. Jedni oczekują dalszego spadku, kierując się
przekonaniem, że polityka jeszcze namiesza, a cześć pewnie ocenia, że rynek
jest już w bessie. Inni oczekują wzrostu, gdyż polityka nie przyniesie już
gorszych wiadomości, a rynek gotów jest do wzrostu, co pokazała piątkowa
sesja. Z grupy graczy "prowzrostowych" część liczy jedynie na korektę, a
część jest zdania, że trend się jeszcze nie zakończył. Jeśli ktoś dokładnie
czyta moje komentarze to wie, że należę do tych ostatnich.
Gdyby nie piątkowa sesja, to tydzień zakończyłby się sporym spadkiem cen.
Trzeba jednak zauważyć, że nawet jego skala faktycznie nie odpowiadała skali
narzekań i czarnowidztwa jakie zalało media. Kłopoty w budowaniu koalicji i
rosnące prawdopodobieństwo pojawienia się rządu mniejszościowego urastało do
rangi kataklizmu. Fakt, brak stałego układu koalicyjnego jest problemem, a
właściwie będzie w przyszłości. W najbliższych miesiącach nie należy jednak
oczekiwać jakiś poważnych skutków tej sytuacji. Budżet jest już ustalony i
faktycznie za wiele nie można w nim zmienić. Owszem zapowiadana jest
agnie za
sobą skutki także na rok przyszły.
Zacznijmy od początku. Na rok 2005 w ustawie budżetowej założono 35 mld
złotych deficytu. Okazuje się jednak, że w praktyce wyniesie on ok. 28 mld
złotych. Mniejsza dziura w budżecie to efekt większych niż zakładano
dochodów. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że ustawa o
finansach publicznych nakłada pewne obostrzenia, gdy wartość długu
publicznego przekracza 50% wartości PKB. Jednym z takich obostrzeń jest
zapis, że deficyt w roku następnym nie może być wyższy w relacji do
dochodów, niż ten w roku bieżącym. W roku 2005 prawdopodobnie ta relacja
wyniesie ok. 15,5%. Tym samym wiadomo, że deficyt w roku 2006 nie może być
wyższy niż 15,5% planowanych dochodów na 2006 rok. Cezary Mech, który jest
kandydatem PiS na ministra finansów, zakłada, że w 2006 r. dochody państwa
wyniosą 191,7 mld zł. Znając tę liczbę wiadomo, że deficyt nie może być
większy niż 29,7 mld złotych. Jest to więc nie tylko mniej niż zakładał rząd
M. Belki, ale także mniej niż zakładał PiS proponując swoją "kotwicę".
Oczywiście można sprawę obejść metodami księgowymi i w autopoprawce nowej
ekipy wpisać większe "dochody planowane". Papier przyjmie wszystko. Rodzi
się pytanie, czy przyjmą to rynki finansowe? PiS wprawdzie w kampanii nieco
się na nie obrażał, ale teraz kampania się już skończyła i tak naprawdę nie
opłaca się pomijać ich wpływu. Faktycznie bowiem rząd jest do rynków
uzależniony. Nie chodzi tu nawet o chęć finansowania deficytu, choć to
przecież najważniejszy argument. W interesie rządzących jest bowiem
utrzymanie stosunkowo wysokiego kursu złotego oraz niskiej rentowności
papierów skarbowych. Innymi słowy, inwestorzy powinni być raczej przez rząd
rozpieszczani stabilizacją i jasnym przesłaniem chęci przeprowadzania
reform.
Jeśli tego nie będzie, to one jakby przymuszą rząd do tych reform. Wiele
bowiem zależy od relacji długu publicznego do PKB. Ta może skokowo wzrosnąć
przy wyższych stopach procentowych oraz słabszym złotym. Wyższe
oprocentowanie to wyższe koszty obsługi długu złotówkowego, a słabszy złoty
to wyższe koszty obsługi długu w walutach zagranicznych oraz wyższa wartość
tego długu w porównaniu do PKB. Jak więc widać, niezależnie jaki rząd
będziemy mieli, będzie miał on ograniczone możliwości harców. Oczywiście
dobrze by było, gdyby reformy były dokonywane zdecydowanie i szybko. Choćby
poprzez wejście na ścieżkę dostosowującą naszą gospodarkę do przyjęcia euro.
Chcąc utrzymać wiarygodność trzeba się wysilić, a przypuszczam, że nawet
PiSowi nie zależy na głupim narażaniu się na wyższe koszty obsługi długu i
przeznaczanie na ten cel większych niż potrzeba kwot. Kwot, których część
mogłaby jednak pójść na coś innego, co PiSowi pomogłoby choćby w części
zrealizować obietnice.
Piszę to wszystko, by uzmysłowić, że tragedii na razie nie należy się
spodziewać. Na rok 2006 właściwie większość zmiennych jest już znana.
Najbliższe miesiące nie powinny więc niczym zaskoczyć. Pewną niewiadomą
pozostają propozycje podatkowe, które pewnie szczegółowo poznamy dopiero za
kilka miesięcy, gdy już będą dyskutowane na forum parlamentu. Wejdą one
najwcześniej w roku 2007 roku. Faktycznie więc nawet rząd mniejszościowy nie
jest tu poważnym zagrożeniem, a więc i reakcja rynku nie powinna być zbyt
emocjonalna. Trzeba zauważyć, że w rzeczywistości nie była. Spadek cen akcji
dopiero w piątek rano osiągnął poziom lokalnego dołka z poprzedniego
tygodnia. Brak porozumienia w sprawie koalicji sprzedawano jako niemal
rozpad finansów publicznych. Tak, PO była postrzegana przez rynek jako
gwarant reform. Tak, retoryka wypow. Okazało się, że te nowe minima były dobrym momentem na zakup
papierów. Niby wiadomo to dopiero po fakcie, ale już w czasie piątkowej
sesji bierność podaży przy wyznaczaniu nowych minimów spadku powinna była
zastanowić. Późniejszy wzrost cen był tylko tego konsekwencją.
Teraz można się zastanawiać, co dalej. Niestety będę musiał się powtarzać i
przytaczać myśli, które przewijały się tu już wielokrotnie. Spójrzmy na całą
sytuację tylko w kontekście wyglądu wykresu i układu nastrojów rynkowych.
Myślę, że konsolidacja z sierpnia jest poważnym wsparciem dla rynku i dwa
ostatnie testu tego poziomu tylko to potwierdzają. Na wykresie tygodniowym
po dwóch czarnych świecach mamy dwie, które sygnalizują równowagę
FUTUREStyg.gif WIG20tyg.gif Mając w pamięci ostatnią sesję tygodnia można
liczyć, że następny zacznie się od zwyżki. Poniedziałek tym bardziej będzie
intrygujący, gdyż prawdopodobnie nie będzie to dzień z dużą aktywnością ze
względu na wtorkowe święto. Zwykle takie dni są nudne i jest całkiem
prawdopodobne, że będzie tak i tym razem. Nie dajmy się jednak zaskoczyć,
jak komuś z większych przyjdzie ochota wykorzystać niską aktywność do
wahnięcia rynkiem.
Jak już tu wielokrotnie wspominałem, dla w mnie w tej chwili kluczowym jest
poziom konsolidacji z sierpnia. To on wg mnie cały czas oddziela rynek byka
od rynku niedźwiedzia w dłuższym okresie. Na razie, po dwóch tygodniach
spadku i dwóch mieszania się na podobnych poziomach, za wcześniej jest mówić
o końcu wzrostów. Tym bardziej, że spadek cen sięgnął do tej pory tylko
poziomu zniesienia 38,2% poprzedniej fali wzrostów. Mowa tu tylko o wzroście
z tego roku. Nie wspominam nawet o zwyżce liczonej do dołka ustanowionego
jesienią 2003 roku, czy też jesienią 2001 roku. Gdyby wziąć pod uwagę taką
skalę, to ten spadek jest po prostu jedynie śmiesznie małą korektą. W takim
kontekście twierdzenie, że mamy już bessę jest moim zdaniem dość ryzykowne i
przedwczesne.
Nie jest to jakieś upieranie się przy swoim zdaniu, bo te potrafię zmienić,
ale jeśli są ku temu poważne argumenty. Na razie takich nie widzę. Po
pierwsze, tak długa hossa powinna zakończyć się szałem zakupów i euforią
optymizmu. Wtedy będzie można powiedzieć, że cykl się wypełnił. Oczywiście
nie będę biernie oczekiwał na tą euforię, gdy ceny będą nadal spadać.
Przyjmuję do świadomości, że być może w tym cyklu takiej euforii nie
zobaczymy, albo że to co widzieliśmy miesiąc temu było taką euforią.
Wprawdzie wydaje mi się to w tej chwili mocno podejrzane, ale przecież
niczego wykluczyć z góry nie można. Po to właśnie określam poziom, po
przejściu którego na nowe szczyty nie będę już czekał.
Ten poziom nie został jeszcze pokonany, więc niby dlaczego miałbym teraz
twierdzić, że już trwa bessa? Tym bardziej mając świadomość, że każda
dłuższa hossa przed swoim zakończeniem była przerywana nieco większą
korektą. Dlaczego nie mam myśleć, że ten spadek to właśnie ta wyczekiwana
większa korekta? Zapomnijmy na razie o polityce. Spójrzmy tylko na wykresy.
Co skłania część graczy do stwierdzenia, że mamy już bessę? Te 12,5% spadku?
Jak dla mnie to za mało. Moim zdaniem, ten spadek nie różni się niczym
szczególnym od tych kreślonych przed poprzednimi szczytami. Powiem więcej,
na razie sądzę, że spełnia swoją funkcję, jako ruch, który miał zbudzić
poważne obawy o trend. Właśnie po to on jest i dlatego musi być taki duży,
by pora grupa uczestników rynku zaczęła wątpić w zwyżkę, lub właśnie
ogłosiła bessę. Takie nastroje najlepiej sprzyjają zwyżkom cen. Czy kolejną
falę wzrostu zaczęliśmy już w piątek? Nie wiem. Poziom pesymizmu jest
sprzyjający baza.gif ale ninr jeden.
Kamil Jaros