rządzenia. Jeśli nie chodzi tylko o dryfowanie to niestety każde głosowanie
będzie poprzedzone targami. Można się obawiać, ile będzie to nas kosztować.
Jak już ostatnio zauważyliśmy, misyjność działalności PiS pozwala temu
ugrupowaniu iść na wielkie kompromisy. Ile jest w stanie poświęcić PiS, by
osiągnąć własne cele? Już wiadomo, że gospodarka nie jest dla tej partii
priorytetem. Niestety, wiele dobrego z tego nie może wyniknąć - mamy
alternatywę rządu bez inicjatywy, lub z inicjatywą, ale pociągającą za sobą
koszty, których akurat teraz powinniśmy unikać.
Perspektywa jest raczej przygnębiająca. Przyznam, że dla mnie jest to dość
dobry powód do oczekiwania na większy spadek cen. Rynek antycypuje przyszłe
wypadki, a te nie zapowiadają się dobrze. Wprawdzie najbliższy rok może być
jeszcze neutralny, to przyszły jest jedną wielką niewiadomą. Chodzi tu
zarówno o układ budżetu na 2007 rok, ale także choćby problem obsadzenia
szefa banku centralnego. Padające w ust nowego Prezydenta słowa "Balcerowicz
musi odejść" nie pozostawiają cienia wątpliwości, że obecny szef NBP
zakończy swoją misję. Pytaniem otwartym pozostaje kwestia, kto będzie jego
następcą, a raczej na ile będzie to osoba dyspozycyjna w stosunku do obecnej
ekipy rządzącej.
Tak nakreślone tło nie pozostawia wielkiego pola do optymizmu. Można
wprawdzilnymi rozwiązaniami szkodliwymi dla
gospodarki.
Jedno trzeba stwierdzić z całą pewnością - nie jest to układ wymarzony przez
uczestników rynków finansowych. Tym samym wymagana premia za ryzyko
posiadania polskich aktywów będzie prawdopodobnie większa, niż by to miało
miejsce przy współrządzeniu PO. Propozycje zmian w podatku dochodowego od
osób fizycznych mogą nie wystarczyć. Zresztą już teraz mówi się o możliwości
wprowadzenia forsowanej przez Samoobronę propozycji trzeciej stawki 50% dla
osób o najwyższych dochodach. Takie ruchy o zacięciu populistyczno-socjalnym
z pewnością nie pomogą w odzyskaniu zaufania u inwestorów, a przecież na tym
zaufaniu powinno rządowi zależeć. Większa premia za ryzyko, to większe
koszty obsługi długu, a tym samym mniejsza pula na pozostałe wydatki, jakie
by one nie były.
Perspektywa gospodarcza nie jest zachęcająca i sprzyja wątpliwościom. Spadek
cen akcji w takiej sytuacji byłby usprawiedliwiony. Tymczasem na naszym
rynku wykreślona została konsolidacja. Czy oznacza to, że rynek się nie boi?
Myślę, że sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Rynek został w pewnym
sensie zaskoczony. Na początku przez długo czas mówiło się o koalicji
PO-PiS. To był jeden z czynników wzrostu cen. Liczono, że PO coś zmieni.
Potem okazało się, że może to być koalicja PiS-PO. Rozmowy trwały, ale cały
czas gdzieś na końcu oczekiwano porozumienia. Chyba większość mimo wszystko
liczyła na zdrowy rozsądek, że populistyczne hasła PiS z wyborów zostaną
nieco przycięte do realiów. Myślę, że niewiele osób poważnie brało pod uwagę
koalicję, jaką mamy teraz. W ciągu tygodnia wszystko się przewróciło do góry
nogami. Wygląda na to, że gdy cały kraj przyglądając się letnim sondażom
liczył głosy przyszłej koalicji POPiS, Jarosław Kaczyński liczył także głosy
koalicji PiS, Samoobrony, LPR i PSL. Nasze szczęście, że nie mówił tego
głośno, bo rynki prawdopodobnie zareagowałyby zupełnie inaczej na wynik
wyborów.
Tak czy inaczej wygląda na to, że spora grupa inwestorów obudziła się z ręką
w nocniku. Można stwierdzić, że znaczna ich część to inwestorzy zagraniczni,
którzy posiadają aktywa w otoczeniu, które nie jest już tak sprzyjające.
Pozostaje im rozpocząć plan ewakuacji. W takich sytuacjach panika nie jest
dobrym rozwiązaniem. Tym bardziej, że najbliższe miesiące nie muszą oznaczać
katastrofy. Budżet jest już opracowany i nowa ekipa może w nim niewiele
zmienić. Tym samym ramy finansowe działalności na przyszły rok pozostają w
miarę znane. Zyskuje się tym samym czas na spokojne zredukowanie pozycji.
Myślę, że właśnie ten spokój i przeświadczenie, że na wyjście z rynku będzie
czas sprawiło, że nie mamy nerwowych ruchów na rynku akcji.
Pozostaje się zastanowić, co oznacza to mała konsolidacja? Czy to tylko
korekta październikowego spadku cen, czy też powrót do trendu wzrostowego,
gdzie październikowy spadek był tylko korektą. Mając na uwadze ostatnie
wydarzenia w sferze polityki, można odnieść wrażenie, że scenariusz spadkowy
ma znacznie więcej argumentów za sobą. Kto będzie kupował papiery, gdy
szykuje nam się rząd populistyczno-roszczeniowy? Faktycznie perspektywa nie
jest zbyt dobra, ale tu argumentem pozostaje fakt istnienia wspomnianego
okresu ochronnego.
Sygnały płynące z rynku nie są jednak tak jednoznacznie negatywne. Nie
chodzi tu już nawet o sam fakt konsolidacji, ale także o zachowanie się
innych zmiennych opisujących stan walki popytu z podażą. Na szczególną uwagę
zasługuje liczba otwartych kontraktów, bo tu może być najciekawsze
wskazówka. Przyjrzyjmy się jej zachowaniu w czasie wzrostu cen sprzed dwóch
tygodni. Ownie dynamiczny spadek LOP,
co wynika z faktu, że zwyżka była jedynie efektem zamykania krótkich
pozycji.
W naszym wypadku LOP rosła, a zatem wzrost był wynikiem pojawienia się na
rynku nowego kapitału, a nie tylko strachu niedźwiedzi. Ten wzrost LOP w
czasie zwyżki cen jest argumentem za oczekiwaniem na dalszy ruch w górę.
Dlaczego więc ceny nie rosną? Niedźwiedziom wpadło w ręce kilka dobrych
argumentów za spadkami i skwapliwie z tego korzystają. Tym bardziej, że
wspomniana zwyżka sprzed dwóch tygodni zaprowadziła ceny do poziomu
zniesienia 61,8% poprzedniego spadku, a więc (zapominając o LOP) nadal
uznawana jest za korektę.
Moje zdanie jest odmienne. Ja nadal trzymam się zdania, że to właśnie
październikowy spadek cen był jedynie korektą wzrostu. Świadczy o tym choćby
jego skała, która przecież nie była znacząca w porównaniu z poprzednimi
wzrostami cen. Dwie czarne świece na wykresie tygodniowym, moim zdaniem, nie
są wystarczającym powodem, by przekreślać dorobek byków. Tym samym nadal
obowiązującym pozostaje nastawienie bycze.
Myślę, że właśnie ścieranie się tych dwóch wniosków prowadzi do wahań cen w
dość wąskim przedziale. W efekcie mamy konsolidację. Nie jest to bynajmniej
okres spokoju. Wewnętrznie rynek się napina, by w końcu wystrzelić poza
obszar konsolidacji. Zauważmy, że cały czas rośnie LOP. Tym samym, rośnie
polaryzacja oczekiwań i zaangażowanego kapitału. Jak zwykle w takich
wypadkach, jak już dojdzie do wybicia, to można spodziewać się dynamicznego
ruchu, który będzie wynikał także z zamykania stratnych pozycji.
Jak zwykle w konsolidacjach, niewiadomym pozostaje kierunek wybicia. Każdy
ma swoje przesłanki, ale nie ma tu wskazówek rozstrzygających. W sumie nie
powinno to dziwić, bo inaczej nie dochodziłoby do konsolidacji. Mimo tych
ograniczeń, skłaniam się ku tezie, że wybicie nastąpi górą. Przekonują mnie
do tego przynajmniej dwa czynniki. Pierwszym jest wcześniejszy wzrost cen,
który kreślenie konsolidacji poprzedzał. Skoro po takim dynamicznym wzroście
rynek kreśli konsolidację, a nie spada, to można tu mówić raczej o jego
sile, a samą konsolidację brać rodzaj formacji flagi Wykres_1.gif
Drugim czynnikiem, nie mniej ważnym jest stan rynkowych nastrojów. Tu cały
czas notuje się ujemną bazę Wykres_2.gif Właściwie można by się było
przyzwyczaić, gdyby nie przeświadczenie, że to jest ułomność naszego rynku.
Ujemna baza to wskazówka, że na rynku terminowym panują raczej ponure
nastroje, czemu właściwie nie można się dziwić zważywszy na okoliczności.
Rynek rządzi się jednak swoimi prawami i wcale nie musi zachowywać się
racjonalnie. Ten widoczny pesymizm wskazuje, że potencjał spadku jest
ograniczony. Rynek ma tendencję do wykonywania większych ruchów w kierunku,
który nie był spodziewany. Skoro tak, to większy potencjał na sukces ma
scenariusz wzrostowy. Nie zapominajmy także, że mamy za sobą formację
podwójnego dna. Na razie nie doszło nawet do testu poziomu wybicia.
Kamil Jaros
[email protected]