Elektrim, jedna z najstarszych firm giełdowych (zadebiutowała na GPW w 1992 r.) znowu jest w opałach. Fani losów konglomeratu, arcyciekawych, pełnych absurdu, naszpikowanych skandalami i procesami, mają na pewno nadzieję, że i tym razem wyjdzie z nich obronną ręką. Przeciwnie: wierzyciele, kontrahenci i zmęczeni "brazylijskim" serialem czytelnicy. Dziś warszawski Sąd Rejonowy przy Marszałkowskiej rozpatrzy wniosek o upadłość Elektrimu, a (dopiero) w środę inny skład sędziowski pochyli się nad ważnym z punktu widzenia wypłacalności konglomeratu dokumentem. Wyniki obu rozpraw mogą okazać się kluczowe dla dalszego istnienia spółki. A przypomnijmy, że swego czasu Elektrim był jedną z lokomotyw polskiej giełdy. Miał największy udział w indeksie WIG20, w skład którego wchodziły tzw. blue chips. W najlepszych czasach - w marcu 2000 r. - kurs Elektrimu wynosił prawie 75 zł (historyczne maksimum). Teraz waha się wokół zaledwie 3 zł.
Co na wokandzie
O upadłość giełdowej firmy, drugi raz w tym roku, wnioskuje Law Debenture Trust (LDT), powiernik obligacji konglomeratu. W maju sąd układowo-upadłościowy oddalił wniosek LDT, stwierdzając, że spór powinien zostać rozstrzygnięty w Londynie.
Teraz sprawa wróciła do Polski. Podpierając się orzeczeniami angielskich sądów obligatariusze spółki wskazują, że Elektrim na początku tego roku naruszył warunki papierów i w związku z tym już wówczas powinien był je wykupić. Wierzyciele co tydzień naliczają odsetki za zwłokę i według ich obliczeń spółka winna jest im już ponad 480 mln euro, których nie spłaca, bo nie ma z czego. Aktywa, które mogłaby spieniężyć, są albo sporne, albo zajęte.
Dlatego pełnomocnicy LDT będą dziś domagać się ogłoszenia upadłości Elektrimu. Z kolei przedstawiciele konglomeratu z pewnością złożą wniosek o odroczenie rozprawy do momentu, gdy zostanie ustalone, co składa się na majątek spółki. To, jak wiele wydarzeń w historii firmy, nie jest jasne.