ale wycofania się sporej grupy ankietowanych z podjęcia decyzji. Jedynie
co czwarty z pytanych liczy na wzrost co pozwala na przypuszczenie, że ten
wzrost faktycznie ma szansę się pojawić.
Równie ciekawie zachowuje się baza. Fakt wyjścia indeksu ponad poziom
górnego ograniczenia kanału spadkowego szczególnie nie zmienił jej
wartości. Nadal jest ona ujemna. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę możliwe
wypłaty dywidendy to i tak poziom notowań kontraktów znajduje się pod
poziomem wartości teoretycznej. Zatem i "teoretyczna baza" jest ujemna.
Gdyby taka sytuacja miała miejsce w zakresie obserwowanego ostatnio
kanału, to nikt nie mógłby się temu dziwić. Tym razem taka baza to brak
oznak optymizmu w chwili kreślenia przez indeks rekordów, co można
odczytać jako rezerwę graczy. Czy wszyscy są tak przebiegli, że nie mają
zamiaru się podpinać pod zwyżkę? Skoro mamy tylu sprytnych inwestorów to
kto ostatnio kupował, a zwłaszcza na co ten kupujący liczy? Być może
chodzi tylko o wybicie cen poza obszar konsolidacji, by wywołać euforię?
Jeśli tak, to na razie się to udaje połowicznie
Brak euforii zakupów ma zapewne wiele powodów, z których kilka przewija
się w komentarzach. Część z nich stało się jeszcze bardziej wyrazistych w
czasie piątkowych notowań. Przykład pokonanie bariery 4,7%. Chyba każdy już wie, że
taka tendencja nie jest dla nas korzystna, gdyż skłania do przeniesienia
kapitału z rynków bardziej ryzykownych do tego, który uważany jest za
najbardziej bezpieczny.
Odpowiedzią na zwiększenie rentowności papierów w USA jest wzrost
rentowności papierów w Polsce. Wprawdzie w Radzie Polityki Pieniężnej
dominują gołębie, co pokazał wynik ostatniego głosowania, to już na rynku
daje się zauważyć zmianę. Na środowej aukcji sprzedano obligacje z
rentownością wyższą od osiągniętej na wcześniejszej aukcji. Obligacje
dwuletnie sprzedane z rentownością na poziomie 4,37%. Na aukcji, która
miała miejsce miesiąc wcześniej rentowność dwulatek wyniosła 3,975%. Tym
samym sukces oferty, o jakim trąbiły serwisy, był po prostu związany z
niższą ceną, po jakiej sprzedano papiery.
Czy to już pierwsza oznaka walki o kapitał globalny? Walki, na którą
jesteśmy skazani. Problemem Polski jest fakt, że nie możemy sobie pozwolić
na odrzucenie kapitału zagranicznego. Trzymanie się własnego poglądu na
sprawy rynkowe bez kontekstu zmian, jakie zachodzą na świecie nie ma
sensu. Nawet jak się komuś marzą niskie stopy procentowe to nie może ich
na siłę obniżać, bo kapitał zagraniczny nie będzie nami zainteresowany.
Nikt nie kupi drogich obligacji, gdy gdzieś indziej ma je tańsze.
Krążący po świecie kapitał kieruje się prostą zasadą ryzyko/dochód.
Inwestorzy zagraniczni dopuszczają możliwość zaangażowania w bardziej
ryzykowne papiery (np. polskie), ale przy odpowiednio większym dochodzie.
Jeśli ten dochód będzie za mały, to po prostu tych papierów nie kupią.
Pokazała to już wspomniana wcześniej aukcja obligacji. Nie ma się co
łudzić, że ktoś będzie kupował polskie papiery na tych samych warunkach,
gdy rentowność amerykańskich wzrasta. Różnica stóp procentowych między
Polską, a USA jest korzystna dla nas jedynie w wartościach nominalnych. W
inwestycjach ważniejsza jest wartość realna i tu wychodzi faktyczny poziom
ryzyka, jakie jest akceptowane przez inwestorów. Nie wolno tego ignorować.
Wzrost rentowności papierów w USA ma szersze skutki niż tylko zmiana cen
obligacji u nas. Zmusza ona skarb państwa do obsługi zadłużenia na mniej
korzystnych warunkach, a tym samym bardziej obciąża budżet. Innymi słowy
pieniądze, które mogłyby iść na inne cele, albo których obecność
zmniejszyłaby deficyt budżetowy będą musiały został wydatkowane na wyższy
procent dla kupujących polskie obligacje. Każdy wzrost rentowności
obligacji przekłada się na konkretną kwotę pieniędzy z budżetu. Kwotę,
którą trzeba zapłacić, bo inaczej nikt nie kupi obligacji, a tym samym nie
pożyczy pieniędzy na wydatki zapisane w budżecie. To uzależnienie nie jest
wygodne, ale przy obecnej strukturze wydatków nie ma innego wyjścia. Na
nieszczęście nie zapowiada się, by miała się ona zmienić. Ostatnie
propozycje płynące z ministerstwa finansów dotyczyły głównie strony
dochodowej. Za wydatki nikt się nie chce brać, bo właściwie każda zmiana
wymusza podjęcie mało popularnych decyzji, na co obecnie rządzących nie
stać. Budowana w ostatnich dniach koalicja PiS i Samoobrony nie tylko nie
sprzyja odważnym decyzjom, ale jeszcze rodzi kolejne obawy o dalsze psucie
stanu finansów publicznych.
Pewnym paradoksem jest to, że jedno z zagrożeń dla rynku amerykańskiego,
jakim jest wzrost cen surowców dla nas jest kołem ratunkowym. Wzrost cen
ropy naftowej, miedzi czy srebra sprawia, że umacniają się ceny polskich
spółek surowcowych. Kto dziś pamięta panikę na papierach KGH i krzyki o
początku bessy? Było, minęło na sytuację u nas. Ten mechanizm jest jednak
wolniejszy, a więc na razie przeważa radość.
Zachowanie indeksów w ostatnich dniach pozwala na stwierdzenie, że
pozytywne czynniki krótkoterminowe przeważają, nad tymi mniej
sprzyjającymi w dłuższym terminie. Kupujący w chwili, gdy indeks bije
rekordy hossy dają do zrozumienia, że na razie żyją chwilą, a kacem, który
z pewnością się pojawi, zbytnio się nie przejmują. Łącząc takie podejście
z faktem, że nastroje są dalekie od euforycznych można oczekiwać dalszej
zwyżki cen.
Jak daleko rynek jest w stanie wzrosnąć? Zadawanie takiego pytania w
czasie hossy jest mało rozsądne, a rzeczą jeszcze mniej rozsądną jest
próba odpowiedzi na takie pytanie. Hossa ma swoje prawa, a jednym z
podstawowych jest to, że w czasie jej trwania, to nie opory i możliwe do
osiągnięcia poziomy są ważne. W czasie wzrostów liczą się sygnały, które
mogłyby świadczyć o ich zakończeniu. Należy się skupić na wsparciach. Jest
to mało widowiskowe, ale za to daje nadzieję na podjęcie bardziej
racjonalnej decyzji. Ile razy w czasie tej hossy odtrąbiono jej
zakończenie? Jak pokazuje ostatni piątek, każde z takich wydarzeń było
fałszywe.
Czy tym razem będzie inaczej i ta fala rekordów będzie tą ostatnią? Nie
wiem. Porównując zachowanie się rynku w ostatnich dniach, z tym co
mieliśmy kilka miesięcy temu, to daje się zauważyć wygaśnięcie pewnego
wigoru. Wzrosty nie przychodzą już tak łatwo. Może to świadczyć o tym, że
hossa ma się ku końcowi, ale z pewnością nie pozwala na wyznaczanie
prawdopodobnych poziomów jej zakończenia. Obecnie można jedynie się
pokusić o stwierdzenie, że wybicie z kanału powinno dać ruch przynajmniej
równy wysokości tego kanału. Wynika z tego, że mogą to być okolice 3150
pkt. Czy faktycznie tam dojdziemy, a tym bardziej, czy będzie to już
koniec hossy dowiemy się z opóźnieniem. Pewną wskazówką mogą być nastroje,
które w chwili kreślenia szczytu powinny być optymistyczne. Na razie do
optymizmu nam daleko. Łącząc ten brak optymizmu z nowymi rekordami hossy
nie sposób zakończyć wnioskiem, że posiadacze długich pozycji mają w tej
chwili nieco więcej szans na zyski. Nie jest to łatwy wniosek mając w
głowie szereg poważnych wątpliwości i argumentów skłaniających bardziej do
skracania pozycji. Z rynkiem jednak walczyć nie należy. W tej chwili
wygląda na to, że ten ma szansę na poprawienie wartości z ubiegłego
tygodnia.
Kamil Jaros
[email protected]