Cisza wokół transakcji zawartej przez Deutsche Telekom i Elektrim (Niemcy podali, że mają po niej 97 proc. udziałów Polskiej Telefonii Cyfrowej) wywołała wczoraj odzew obligatariuszy "Elka". Nie odnieśli się do przetasowań w Erze, gdzie DT zdominowało radę nadzorczą i zarząd, ale oskarżyli Elektrim o ukrywanie trupów w szafie i opisali próbę wyprowadzenia z "Elka" Portu Praskiego.
Wpadli na to, analizując wycenę majątku Elektrimu zamówioną przez sąd upadłościowo-naprawczy. Mechanizm operacji miał być podobny jak w przypadku wyprowadzenia poza Elektrim akcji ZE Pątnów-Adamów-Konin. W 2004 r. Embud, wehikuł utworzony przez Elektrim, miał pożyczyć Portowi Praskiemu 58 mln zł, którą to pożyczkę zabezpieczono wekslem in blanco. PP kupił potem za 55 mln zł udziały w firmie Laris Investments o kapitale zakładowym 50 tys. zł, kierowanej przez Tadeusza Holca, prezesa Elektrimu Megadex, a teraz również członka zarządu PTC. Według wierzycieli "Elka", podniesienie kapitału Laris Investments nigdy nie zostało zarejestrowane, ale kolejnym etapem działania było przeniesienie należących do Elektrimu udziałów w Embudzie do Inwestycji Polskich, kontrolowanych przez Zygmunta Solorza-Żaka.
Rzecznik obligatariuszy pytał w przesłanej wczoraj informacji prasowej: "Ile jeszcze trupów w szafie musi ujrzeć światło dzienne, aby 4 października, kiedy odbędzie się kolejna rozprawa w sprawie upadłości Elektrim S. A., sąd upadłościowy dostrzegł, że król jest nagi?".
Zgodnie z nowym prawem, giełdowe spółki nie muszą już pytać KPWiG o to, czy wolno im utajnić na pewien czas istotne informacje. Wystarczy, że powiadomią urząd, że wyślą komunikat później, niż powinny. Czy tak było w przypadku Elektrimu i ceny za Erę? - Nie mamy od Elektrimu żadnej informacji o opóźnieniu - informuje Łukasz Dajnowicz, rzecznik KPWiG. O personalnej roszadzie w Erze "Elek" poinformował dzień później. O warunkach transakcji - w ogóle. KPiWG sprawdza, czy spółka naruszyła obowiązki informacyjne.