Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo (PGNiG) chce sprzedawać nadwyżki gazu, które będzie miał gazoport, krajom sąsiadującym z Polską. Eksperci twierdzą, że takie plany są jednak trochę na wyrost. - Inwestycja ma zapewniać bezpieczeństwo energetyczne Polsce. To będzie jej podstawowa funkcja - mówi "Parkietowi" Ludomir Zalewski, analityk Domu Maklerskiego PKO BP. - Gaz skroplony, czyli taki, jaki będzie dostarczany do Świnoujścia, jest droższy niż naturalny przesyłany rurociągami - dodaje. Jego zdaniem, z finansowego punktu widzenia, trudno więc będzie sprzedać surowiec za granicą. Główną zaletą gazoportu będzie stworzenie alternatywy dla rosyjskiego gazu. - Ponieważ będziemy mieli dodatkowe źródło zaopatrzenia w gaz, negocjacje z moskiewskim Gazpromem w sprawie dostaw błękitnego paliwa będą łatwiejsze (obecnie najwięcej surowca kupujemy w Rosji - przyp. red.) - uważa Ludomir Zalewski.
Kto mógłby kupić
skroplony gaz?
Czy Białoruś, której Rosja może już 1 stycznia zakręcić kurek, będzie w przyszłości korzystać z polskiego gazoportu w celu dywersyfikacji źródeł zaopatrzenia? Zdaniem ekspertów, raczej nie, bo teraz nasi wschodni sąsiedzi nie są w stanie zapłacić Gazpromowi nieco ponad 100 dolarów za tysiąc metrów sześciennych. Tym bardziej nie kupią gazu ze Świnoujścia, którego cena może być wyższa nawet od tej, po jakiej PGNiG kupuje surowiec od rosyjskiego Gazpromu (z nieoficjalnych informacji wynika, że jest to około 280 dolarów za tysiąc metrów sześciennych).
Jeśli nie Białoruś, to kto?