Poniedziałkowa decyzja zarządu GPW oznacza, że inwestorzy wciąż będą mogli swobodnie obracać (a może lepiej użyć określenia spekulować) akcjami Elektrimu. Papiery spółki już od kilku lat, od kiedy popadł w tarapaty finansowe, cieszą się wyjątkową estymą najbardziej agresywnie handlujących na giełdzie. Szerokim łukiem omijają je natomiast poważni inwestorzy. Brak w akcjonariacie Elektrimu instytucji finansowych, których obecność stabilizuje notowania, powoduje, że kilkunasto-, a nawet kilkudziesięcioprocentowe skoki lub spadki kursu są na porządku dziennym. Dlatego do Elektrimu, wydaje się w pełni zasłużenie, przylgnął tytuł króla, niektórzy mówią cesarza, spekulacji.
Dla spekulantów mało istotne jest, czym zajmuje się spółka, w którą inwestują, ani jaką branżę reprezentuje. Ważne jest, żeby akcje były płynne, a w firmie dużo się działo. Elektrim doskonale pasuje to takiego schematu. Free-float na poziomie 50 proc. gwarantuje, że nigdy nie zabraknie papierów do handlowania. Kłopoty finansowe, z którymi boryka się spółka, spory z obligatariuszami i wierzycielami i wiecznie "rozgrzebana" sprawa PAK-u zapewniają nieustający dopływ na rynek cenotwórczych komunikatów.
Każda z wiadomości spekulantom zapewnia niezłą zabawę. Starzy wyjadacze, którzy stracili zęby na Elektrimie, wiedzą, że trwa ona zaledwie kilka godzin. Na drugim biegunie są mniej doświadczeni giełdowi leszcze. Zwabieni gwałtownymi skokami kursu kupują akcje od wyjadaczy, którzy realizują zyski, gdy inni dopiero włączają się do gry. Taki wyścig "kto kogo" trwa już od lat i, dzięki wczorajszemu werdyktowi zarządu GPW, potrwa jeszcze parę kolejnych. Chyba że, czego nie życzę nikomu, Elektrim naprawdę zbankrutuje.