O 5,4 proc. spadł wczoraj kurs Elektrimu, po tym jak zarząd Giełdy Papierów Wartościowych zgodził się warunkowo na wykluczenie akcji konglomeratu z obrotu. Na zamknięciu sesji za walor płacono już tylko 6,6 zł (w poniedziałek 7 zł).
Choć jeden z warunków postawionych przez GPW to ogłoszenie wezwania na akcje konglomeratu, to jednak inwestorzy nie byli wczoraj pewni, czy cena w ofercie pozwoli im zarobić. Nadal nie wiadomo, w jaki sposób wzywający - PAI Media, największy akcjonariusz Elektrimu - ustali cenę w wezwaniu. Zgodnie z przepisami, powinna ona odpowiadać wartości godziwej, a ta - według ustawy o rachunkowości - to wartość obowiązująca na aktywnym rynku. Nie wiadomo tylko, która - ostatni kurs czy średni z pewnego okresu. W e-mailach do "Parkietu" inwestorzy pisali też, że nie wiadomo, ile warta jest akcja Elektrimu, a audytorzy od kilku lat nie podpisują się pod sprawozdaniami firmy.
Inwestorzy nie byli też pewni, co ich czeka po wyjściu Elektrimu z giełdy, czy też w momencie zakończenia postępowania upadłościowego. "Myślę, że wielu posiadaczy akcji byłoby zainteresowanych odpowiedzią na pytanie, czy i w jakim trybie będą mogli uzyskać zwrot nakładów poniesionych na zakup akcji" - pisał jeden z nich.
Choć brokerzy mogą pośredniczyć w kojarzeniu ofert kupna i sprzedaży akcji spółek wycofanych z giełdy (nie wyklucza tego m.in. DM IDMSA), to jednak historia pokazuje, że obrót takimi walorami umiera śmiercią naturalną. Najczęściej kupującym jest tylko główny akcjonariusz spółki, który zbiera papiery od drobnych inwestorów za pośrednictwem wskazanego biura maklerskiego. Wielką niewiadomą jest, jaką wartość będzie miał majątek Elektrimu po spłaceniu wierzycieli, a zgodnie z prawem, akcjonariusze do nich nie należą.