administrację prezydenta G.W. Busha planu pomocy osobom, które zaciągnęły
kredyty hipoteczne klasy subprime. Już teraz, kilka dni po poinformowaniu
o szczegółach rządowej propozycji, mieliśmy okazję poznać część opinii na
ten temat. Celem tego projektu jest zapobieżenie skokowego wzrostu liczby
zerwanych umów kredytowych. Już obecnie liczba umów kredytowych, które
zostały zamknięte jest rekordowo wysoka, a istnieje zagrożenie, że w ciągu
najbliższych dwóch lat może ona skokowo wzrosnąć do poziomów, które trudne
będą do zaakceptowania. Skąd to nagłe zagrożenie? Nie jest no nagłe, ale
zaczęło być poważne, gdy okazało się, że rynek nieruchomości słabnie oraz
słabnie wypłacalność kredytobiorców, którzy właściwie kredytu otrzymać
wcześniej nie powinni. Teraz by już nie otrzymali, bo zaostrzono
procedury. To odcięło rynek nieruchomości od nowego kapitału, co szybko
przełożyło się na poziom cen.
Teoretycznie banki nie powinny się przejmować trudniejszą sytuacją części
kredytobiorców. W końcu nie każdy kredyt jest spłacany. Część umów jest
zrywana wcześniej, a banki przejmują przedmiot zabezpieczenia. Nie jest
przecież tak, że wszystkie kredyty są regularnie spłacane. Teoria mija się
z praktyką, gdy dodamy efekt skali. Okazuje się, że banki zbyt lekką ręką
dopuściły do kredytów osoby nie posiadające zdolności, by takie kredyty
zaciągać. Takich potencjarzez sektor bankowy zdusiłaby ceny nieruchomości jeszcze
bardziej. Oczywiście to przełożyłoby się także na resztę gospodarki.
Plan rządowy ma temu zapobiec poprzez zamrożenie oprocentowania kredytów
typu subprime na okres pięciu lat. Ma to być ulga głownie dla tych
kredytobiorców, którzy zaciągnęli kredyty z opóźnionym naliczaniem
realnych odsetek i te odsetki miały się pojawić w ciągu najbliższych dwóch
lat. Wg propozycji rządowej, nie pojawią się teraz, ale później. Ma to
uratować rynek kredytów, a zatem i banki, oraz ustrzec rynek nieruchomości
przed załamaniem. Wątpliwości pozostaje jednak wiele.
Najpoważniejszą jest pytanie, czy to faktycznie pomoże, czy tylko odroczy
w czasie nieuniknione załamanie na rynku nieruchomości. W końcu po pięciu
latach ci sami kredytobiorcy będą jednak musieli się zmierzyć z
obciążeniem wynikającym z zaciągniętego przez nich kredytu. Czy w ogóle
jest sens angażowania się administracji w coś, co powinno być domeną
rynku? Skoro banki zbyt pochopnie udzieliły kredytów, to niech teraz za to
zapłacą. Zbyt lekkie podejście do ryzyka powinno mieć swoje konsekwencje.
Premiowane byłyby te instytucje, które nie poddały się tej tendencji.
Wreszcie, istnieje wiele zastrzeżeń co do samego mechanizmu pomocy.
Analitycy wspominają, że zakres osób, które potencjalnie mogą z tego
programu korzystać jest trudny do oszacowania. Administracja wspomina o
1,2 mln kredytobiorców, ale już mówi się o tym, że oczekuje się, że część
osób, które nie podpadałyby pod ten program może się skusić na podjęcie
działań mających na celu spełnienie warunków. Chodzi tu głównie o
manipulację wartością wskaźnika oceny wypłacalności kredytobiorcy FICO. Im
jest on niższy, tym niższa ocena, a więc i większa szansa na pięcioletnią
ulgę. Można go obniżyć m.in. poprzez zaprzestanie płacenie rachunków za
prąd czy gaz.
Wprowadzając ten program, przyjęto założenie, że problem jest zbyt duży,
by pozostawić go tylko rynkowi, gdyż konsekwencje załamania na rynku
nieruchomości i skokowego wzrostu złych kredytów w bankach byłyby
katastrofalne, co mogłoby się przełożyć na poważny kryzys. Uznano, że
koszty wprowadzenia programu będą niższe od ewentualnych skutków
zaniechania. Dla wielu ekonomistów takie podejście jest dyskusyjne, gdyż
demoralizuje uczestników rynku. Wg nich to kolejny krok, który oducza
kalkulacji ryzyka.
Rynek akcji po zbliżeniu się do okolic poważnych długoterminowym wsparć
odbił się od nich i zakończył ostatni tydzień znacznie wyżej końcówki
poprzedniego. Biała świeca na wykresie tygodniowym indeksu robi wrażenie
( Wykres_1.gif ). Na wykresie dziennym sytuacja wygląda bardziej
klarownie. Ceny kontraktów wyszły ponad poziom oporu, który wcześniej nie
były w stanie pokonać, co należało uznać za sygnał kupna ( Wykres_2.gif ).
Miało to miejsce w środę, a dwa kolejny dni to utrzymująca się przewaga
popytu, na co wskazuje płaski przebieg notowań. Perspektywy są pomyślne,
choć można się spodziewać, że bariera 3800 pkt. będzie dla byków trudną
próbą. Trzeba oczywiście pamiętać, że wzrost nie jest przesądzony. Gdyby
czwartkowo-piątkowa korekta miała się przedłużać, to wśród byków
pojawiłoby się zwątpienie. Wsparciem jest dołek z 4 grudnia.
Kamil Jaros