Za kilka dni zmieni się zapewne prezes Orlenu. O takiej możliwości pisaliśmy już wtedy, kiedy wyłaniano nowy zarząd w konkursie. Informowaliśmy wówczas, że prezesem będzie Wojciech Heydel, ale jego konkurent Jacek Krawiec też znajdzie ię w zarządzie. Tak się stało. Później we władzach koncernu pojawili się menedżerowie, którzy z Krawcem współpracowali w różnych firmach. Układ sił stał się czytelny.
Jeśli ktoś miał wątpliwości, musiał zmienić zdanie, uważnie analizując politykę informacyjną koncernu. Poznał bowiem odpowiedź na pytanie, kto najwięcej ma do powiedzenia (przynajmniej publicznie) w spółce.
Zmiana prezesa (najprawdopodobniej ze względu na rezygnację Heydla) to dobry ruch. Nie dlatego, że Krawiec jest lepszy od Heydla. Tego przecież jeszcze nie możemy wiedzieć. Najlepiej oceniać to w myśl biblijnej zasady: po owocach ich poznacie. Pierwszy dopiero pokaże, co potrafi, a drugi miał przynajmniej szansę. Będzie jeszcze czas na porównania.
Chodzi o to, że konflikt, rywalizacja, alienacja nie tworzą dobrego klimatu do rządzenia firmą, a więc i do jej rozwoju. Rada nadzorcza lub sam Heydel, składając dymisję, przynajmniej wyjaśni sytuację. To chyba zdecydowanie lepsze niż status quo.
Trzeba też się cieszyć, że wybór w tym przypadku dokonywany jest między menedżerami z wysokiej półki, bo tak należy postrzegać i Heydla, i Krawca, a nie na przykład politykami (nawet jeśli menedżerowie właśnie polityków mają za plecami, co w takiej firmie, jak Orlen, pozostającej pod kontrolą państwa, jest przecież i koniecznością, i oczywistością).
Akcjonariuszom jest pewnie wszystko jedno, jak ta personalna układanka będzie na końcu wyglądać. Ich irytują może częste przetasowania i rozmaite gierki, ale interesuje przede wszystkim stopa zwrotu, wyniki finansowe, projekty strategiczne (chętnie poznałbym gruntowną analizę takich inwestycji, jak niemieckie stacje paliw, czeskie firmy chemiczne, litewska rafineria etc.) itd., itp. Ryzyko zmian, decydujący wpływ Skarbu Państwa i jeszcze kilka okoliczności musieli brać pod uwagę już przy zakupie akcji. Bo choć czas płynie, w Orlenie pewne rzeczy pozostają bez zmian.
Konkurs miał to zmienić? Cóż, z meczami piłki nożnej jest, zdaje się, tak, że grać mogą wszyscy, a i tak wiadomo, że na końcu wygrywają Niemcy. Z konkursami bywa podobnie. Jednak dobrze by było, aby na końcu do wygranych w Orlenie należeli jego właściciele. Zakładam, że planowane zmiany mają na celu to, żeby zarząd, zamiast koncentrować się na sobie, skupił się na pracy. Cel powinien być tylko jeden: wzrost wartości największej, ale niekoniecznie najlepszej polskiej spółki.