„Kiedy kraj (USA) traci miliardy dolarów na handlu z niemal każdym państwem, z którym prowadzi biznes, wojny handlowe są dobre i łatwe do wygrania" – ten wpis Donalda Trumpa na Twitterze brzmiał, jakby powstał w trakcie kampanii wyborczej, gdy walczył o poparcie robotniczego elektoratu z północno-wschodnich stanów tzw. pasa rdzy. Tweet ten jednak został napisany całkiem niedawno, a prezydent odnosił się w ten sposób do zapowiedzi wprowadzenia przez jego administrację 25-proc. ceł na stal i 10 proc. na aluminium. Sprawa podwyżki ceł wywołała szok od Australii po Niemcy. Komisja Europejska stworzyła listę amerykańskich produktów, które mogą zostać objęte odwetowymi 25-proc. cłami, Trump zaś zapowiedział, że na europejski odwet odpowie wyższym cłem na samochody ze Starego Kontynentu. Groźba globalnej wojny handlowej zaczęła zaglądać w oczy inwestorom. Groźba, która wydawała się w zeszłym roku bardzo oddalać. Co kryje się za tą nagłą decyzją amerykańskiego prezydenta? Czy to tylko negocjacyjny blef rodem z jego książki „Art of the Deal"? I w kogo Trump naprawdę chcę uderzyć wyższymi cłami? W Chiny, Europę czy też Kanadę i Meksyk?