Amerykański S&P 500, który tuż przed decyzją Fedu o pierwszej od trzech lat podwyżce stóp procentowych zaliczył półtoramiesięczne minimum, od tego czasu błyskawicznie przeskoczył … w pobliże czerwcowego rekordu. Jest to dość spójne z historycznym, uśrednionym zachowaniem indeksu po rozpoczęciu podwyżek stóp, choć według tego samego wzorca istnieje ryzyko, że po tym początkowym entuzjazmie potem w ciągu pierwszych 2-3 miesięcy S&P 500 skoryguje się jednak pod wpływem przeszacowań związanych z wyższym kosztem pieniądza (ale później znów ruszy w górę).

Rzecz jasna tym razem, obok tych statystycznych wskazówek, liczy się przede wszystkim sytuacja na Bliskim Wschodzie, która promieniuje zarówno na oczekiwania odnośnie do stóp, jak i rentowności obligacji, a pośrednio też na akcje. Koniec tego konfliktu i powrót cen surowców energetycznych do normalności byłyby pozytywnym impulsem dla rynków na końcówkę roku, choć osobiście mam wątpliwości, czy Iran będzie skłonny do realnej deeskalacji już przed listopadowymi wyborami w USA.

Z pozytywów odnotowałbym dalsze skorygowanie się wskaźników ceny do prognozowanych zysków spółek na globalnych rynkach akcji. W USA na koniec ubiegłego tygodnia „wyprzedzający” P/E spadł poniżej 19, a zarazem poniżej 10-letniej średniej. A w przypadku indeksu rynków wschodzących P/E zjechał poniżej … 10, po raz pierwszy od wybuchu pandemii (oczywiście obecne oblicze emerging markets jest zgoła inne niż jeszcze kilka lat temu – pełno tu spółek technologicznych, związanych z boomem AI).