I to akurat w momencie, gdy wydawało się, że znany z lat 70. scenariusz drugiej fali inflacji staje się coraz mniej adekwatny. Ba, po wygaszeniu inflacyjnego pożaru z czasów pandemii zaczęto nawet mówić o potencjalnie deflacyjnym wpływie rozwoju AI na gospodarki. Tymczasem zahaczenie cen ropy o pułap 100 dolarów za baryłkę na skutek ataku USA/Izraela na Iran znów prowadzi do różnych historycznych skojarzeń. I to nie tylko z tzw. drugim szokiem naftowym z końcówki lat 70., u którego źródeł leżała rewolucja w... Iranie.

O innym skojarzeniu pisał kilka dni temu strateg Bank of America Michael Hartnett, porównując obecną sytuację z tą z 2008 r., kiedy to drożejącej ropie towarzyszyły napięcia na rynku instrumentów hipotecznych – teraz ich odpowiednikiem jest jego zdaniem „run” inwestorów detalicznych na fundusze „private credit” w USA. W okolicznościach, w których rosną oczekiwania na zacieśnienie monetarne w strefie euro, Hartnett przypomniał, że podwyżka stóp przez EBC na samym szczycie cen ropy w połowie 2008 r., tuż przed globalnym kryzysem finansowym, była „największym w historii błędem polityki monetarnej”.

Rzecz jasna, w odróżnieniu od połowy 2008 r., rynki akcji nie przeżywają obecnie bessy. Amerykański S&P 500 do momentu pisania tego komentarza zaledwie otarł się o próg 5-proc. korekty i zatrzymał się o krok od 200-sesyjnej średniej kroczącej. Komplet wyników finansowych za I kwartał pokazał dość solidny wzrost zysków spółek.